Rozdział 1
ZIELONE JEZIORA
***
- Wszyscy w domu już
nie mogą się pana doczekać, panie Louis – powiedział szpakowaty mężczyzna,
ubrany w szarą marynarkę i takiego samego koloru spodnie, pakując na tył powozu
ostatni z kufrów i mocując cały bagaż specjalnymi linkami. – Pana matka zapewne
już wygląda przez okno.
Młody mężczyzna,
pomagający przypiąć walizki, uśmiechnął się kącikiem ust.
- Przesadzasz, Bob.
Widzieli mnie w grudniu, chyba aż tak się nie stęsknili.
- Och, zapewniam, że
bardzo.
Chłopak zaśmiał się.
- Zatem teraz będą mnie
mieli na trzy miesiące, jeszcze zdążą się znudzić i zamarzą, bym wrócił do
Londynu. – Zajął miejsce z tyłu powozu, podczas gdy stangret wspiął się na
przód i ujął lejce w dłonie. – Ruszajmy, pora odpocząć od miasta.
Bob cmoknął na konie i
dorożka ruszyła brukowaną, szeroką ulicą, zostawiając za sobą świeżo
odremontowany budynek dworca kolejowego w Leicester oraz gwarny tłum mężczyzn i
kobiet. Godziny wczesnopopołudniowe były prawdziwymi godzinami szczytu w tym
rejonie, gdyż o 14:15 odjeżdżał jeden z trzech w ciągu doby pociągów do
Londynu, natomiast niedługo później przybywał pociąg ze stolicy. Właśnie nim
przyjechał – obarczony sporym bagażem – młody Louis Tomlinson.
Louis od dwóch lat
mieszkał w Londynie, gdzie studiował prawo na uniwersytecie, równocześnie
zdobywając praktyczne doświadczenie zawodowe w kancelarii notarialnej
prowadzonej przez własnego stryja. Mnogość obowiązków powodowała, że chłopak
nieczęsto odwiedzał rodzinne strony – w zasadzie bywał w domu jedynie z okazji
świąt i wakacji. Teraz, skończywszy ze świetnymi wynikami drugi rok studiów,
mógł z czystym sumieniem rozkoszować się perspektywą niemal trzymiesięcznego
odpoczynku.
Powóz, sprawnie
prowadzony przez doświadczonego Boba, minął już centrum Leicester,
przemierzając teraz podmiejskie okolice, usiane ładnymi domami w otoczeniu
ogrodów. Louis zdjął kapelusz, wystawiając twarz na działanie ciepłego,
czerwcowego słońca.
- Jaka pogoda w
Castamere? – zagadnął wesoło. – Nie mów, że leje, bo nie uwierzę.
Ramiona Boba zatrzęsły
się ze śmiechu.
- Wyjątkowo nie –
odparł. – A przynajmniej nie padało, gdy wyjeżdżałem.
Castamere, rodzinna
posiadłość Tomlinsonów, była dość specyficzna. A raczej okolica, położona w odległości
około sześciu mil od Leicester, była specyficzna. Ukształtowanie terenu powodowało,
iż nad tymi terenami często gromadziły się chmury, a deszcz padał tam częściej
niż w innych pobliskich rejonach. A biorąc pod uwagę, że Anglia ogólnie nie
jest zbyt pogodna, suma opadów w okolicach Castamere znacznie przewyższała
średnią. Gdy Louis był dzieckiem, opiekunka opowiedziała mu starą historię,
według której w tych okolicach mieszkała kiedyś piękna dziewczyna, którą
porzucił ukochany. Nieszczęśliwa panna opłakiwała swą straconą miłość, a w
końcu popadła w szaleństwo i popełniła samobójstwo. ‘Deszcze Castamere’ miały
być łzami ich obojga – dziewczyny oraz wiarołomnego narzeczonego, który do
końca życia nie wyzbył się wyrzutów sumienia. Louis w to nie wierzył. Był
człowiekiem trzeźwo myślącym, praktycznie nastawionym do świata i wiedział, że częste
opady w rejonie są jedynie wynikiem specyficznego mikroklimatu i ukształtowania
powierzchni, a nie pochodną jakichś babskich bajań. W końcu był rok 1898, a nie
głębokie średniowiecze.
Widzę
wodę…
Łzy,
deszcz i…
W głowie Louisa
niespodziewanie pojawiła się scena, która miała miejsce zaledwie kilka godzin
wcześniej, na londyńskim dworcu kolejowym.
Gdy już przekazał swoje
walizki w ręce bagażowego, postanowił jeszcze szybko wypić kawę w jednej z
dworcowych kawiarni. Siedział przy stoliku, sącząc czarny napój i czytając
dzisiejszy numer „The Times”, gdy ni z tego ni z owego przysiadła się do niego
kobieta. Nie wyglądała na damę (zresztą dama nigdy nie dosiadłaby się do
mężczyzny), nie wyglądała nawet na kobietę lekkich obyczajów. Jej twarz była
zupełnie pospolita, podobnie jak fryzura i ubranie. Jedynym charakterystycznym
elementem jej wyglądu były oczy – dziwnie ciemne i wyjątkowo przenikliwe.
- Przepraszam, czy mogę
czymś pani służyć? – zapytał Louis nieco niepewnie, zaskoczony jej zachowaniem,
milczeniem i przeszywającym spojrzeniem.
- Przepowiedzieć ci
przyszłość, chłopcze?
Louis zamrugał szybko.
Co to z ogóle za oferta, na litość boską? Nie wierzył w takie rzeczy ani
odrobinę.
- Przyszłość? Nie,
dziękuję – odparł, starając się zachować uprzejmość. – Nie jestem
zainteresowany.
Kobieta, niezrażona
jego odmową – jakby się jej spodziewała – ujęła dłoń Louisa w swoje ręce.
Chłopak był tak skrajnie zaskoczony, że nawet nie cofnął dłoni z jej uścisku.
- Woda – powiedziała po
kilku sekundach. Zdawała się patrzeć w głąb własnych myśli. Jej twarz miała
nieobecny wyraz. – Widzę wodę. Deszcz, łzy i… i zielone jeziora...
Louis kompletnie
osłupiał. Że co?
- Zatopisz się w nich –
szeptała dalej kobieta, sama jakby przestraszona tym, co „widzi”. – Tak…,
utoniesz w zielonych jeziorach… Strzeż się ich, chłopcze, nie zbliżaj się do
nich…
- Umm, przepraszam, ale
muszę już iść. – Louis wreszcie ocknął się, odsuwając rękę. – Mój pociąg zaraz
odjeżdża. - Szybko podniósł swój płaszcz, kapelusz oraz podręczną walizkę – Do
widzenia, pani.
I zostawiwszy na
stoliku gazetę oraz niedopitą kawę, opuścił kawiarnię.
Wariatka!,
pomyślał o „wróżce”. Albo raczej zwykła
oszustka.
Dlaczego zatem tak
szybko, niespokojnie biło mu serce?
I dlaczego przypomniał
sobie o całej sytuacji teraz, gdy w słoneczne popołudnie zmierzał w kierunku
rodzinnego domu, by spędzić w nim zasłużone wakacje? Może dlatego, że dziwaczka
mówiła coś o deszczu, a jemu deszcz nieodmiennie kojarzył się z Castamere? Tak,
zapewne.
Reszta „przepowiedni”
była kompletnie niedorzeczna, zwłaszcza to o topieniu się w zielonych
jeziorach. W pobliżu Castamere nie było żadnych zbiorników wodnych, z wyjątkiem
strumienia, ale w nim nie utopiłoby się nawet niezdarne dziecko. Parę mil na
północ, owszem, znajdowało się jezioro, jednak jego wód nawet przy dużym
zaangażowaniu wyobraźni nie dało się określić mianem zielonych. Były raczej
sinoniebieskie, zimne i nieprzyjemne. A poza tym Louis nieźle pływał.
Zakładając, że w ogóle przyszłoby mu do głowy zanurzać się w tej niemiłej
topieli.
Czym
ja się w ogóle przejmuję?, pomyślał, sam zaskoczony, że
rozważa w głowie słowa kobiety z dworca. Zwykłe
banialuki pomylonej oszustki.
- …i wyjechali do
Birmingham.
Do Louisa dopiero teraz
dotarło, że Bob coś opowiada, zapewne od dłuższego czasu.
- Co, co mówiłeś? –
ocknął się. – Przepraszam, zamyśliłem się.
Stangret uśmiechnął
się.
- Mówiłem o Wilsonach.
Przypomniało mi się, bo właśnie minęliśmy ich posiadłość. Czy raczej byłą
posiadłość, jeśli chce się być szczerym. Byli zmuszeni ją sprzedać, by
pospłacać długi obu panów Wilson – starego i młodego. Greenvalley kupili jacyś
nuworysze z Leicester, jak określa ich pańska matka, natomiast Wilsonowie
wyjechali do Birmingham, gdzie zapewne żyją dużo, dużo skromniej niż tutaj.
- No nie! – jęknął
Louis. – To znaczy, że Martina już tu nie ma?
- W rzeczy samej, panie
Louis. Nie napisał o tym panu, jak mniemam. Cóż, nie ma się czym chwalić…
Wiadomość, jaką
przekazał mu Bob, była nieprzyjemna dla młodego Tomlinsona.
Martin Wilson z
Greenvalley był jednym z jego nielicznych przyjaciół w pobliżu rodzinnego
Castamere. Lubili się, choć charaktery mieli zgoła odmienne. Louis był dużo
spokojniejszy (przynajmniej odkąd dorósł), bardziej opanowany i trzeźwiej
patrzył na świat. Nie podzielał zainteresowania Martina zabawami, hazardem,
whiskey i – co tu kryć – kobietami o nie najlepszej reputacji. Przypuszczał, że
skłonność do hulanek, ryzyka i wydawania pieniędzy ponad miarę Martin
odziedziczył po ojcu, o którym w okolicy szeptano, że byłby w stanie przegrać w
karty pałac Buckingham. Matka Louisa od lat złowróżbnie powtarzała, że
wcześniej czy później Greenvalley pójdzie pod młotek.
- Niech to licho –
mruknął. – Martin wyjechał, Thomasa też nie ma, odkąd wstąpił do armii.
Wychodzi na to, że czekają mnie wakacje w towarzystwie Charlotte i Suzi, nie
licząc kurtuazyjnych wizyt u Calderów.
- Niekoniecznie –
odparł Bob, strzelając lejcami. – Jest jeszcze młody pan Harry.
- Harry? – Louis
zamrugał szybko. – Jaki Harry, na litość boską?
- Matka panu nie
napisała? – Bob obejrzał się przez ramię. – Widocznie nie zdążyła. Chłopak
przebywa w Castamere niecałe dwa tygodnie. To jakiś pański daleki kuzyn,
przyjechał z Ameryki.
Tych nieprzyjemnych
wiadomości było za dużo jak na biedną głowę Louisa, która jeszcze nie zdążyła
odpocząć po męczących egzaminach na uniwersytecie. Nie dość, że jego ostatni
dobry znajomy zbankrutował i zmuszony był wyjechać do Birmingham, to jeszcze
okazywało się, że w Castamere przebywa jakiś fircyk zza oceanu.
Nie znał żadnego
„kuzyna” Harry’ego z Ameryki. Wiedział, że jego matka ma w Bostonie dalszą
rodzinę, ale nie utrzymywali oni kontaktu z Tomlinsonami, nie licząc bardzo
okazjonalnych listów. W życiu też nie widział żadnego z jej członków. A tu
nagle okazuje się, że jeden z nich pomieszkuje w jego rodzinnym domu. Louis sam
nie wiedział, dlaczego ta informacja wywołała w nim tak negatywne emocje. Nie miał
wszak pojęcia, jaki jest ten chłopak, czym się interesuje, jak się zachowuje…
Ale mimo to przeszedł go niemiły dreszcz, gdy pomyślał o owym Harrym.
- Ile on ma lat?
- Hmm, jest mniej
więcej w pańskim wieku – odpowiedział Bob. – Może rok albo dwa młodszy. Dość, powiedziałbym, ciekawa
osobowość…
Louis nie zdążył
zapytać, co Bob miał na myśli, gdyż w tej samej chwili, gdy tylko bryczka
wyłoniła się zza zakrętu, dał się słyszeć wesoły okrzyk.
- Louis!!!
Dziewczynka w
bladofioletowej sukieneczce zeskoczyła z głazu, na którym siedziała i podbiegła
do powozu. Bob zatrzymał konie.
- Panienko Susanne, co
powie panienki matka…
- Mama nadzoruje obiad
na cześć Louisa. – Dziewczynka wdrapała się do bryczki. – Nawet nie zauważy, że
mnie nie ma. Och, Louis, jak się cieszę, że cię widzę! Specjalnie tu
siedziałam, bo nie mogłam się doczekać!
Młody Tomlinson
przytulił siostrę.
- Suzi, łobuziaro
kochana, ja też się cieszę, że cię widzę. – Odsunął ją od siebie na długość
ramion i przyjrzał się z dumą. – Ależ ty wyrosłaś! Od zimy przybyło ci chyba
kilka cali.
- Ale kłamiesz… -
spojrzała na niego z przerysowaną dezaprobatą, a chłopak roześmiał się wesoło.
Uwielbiał młodszą ze
swych sióstr. Susanne Tomlinson miała jedenaście lat i była dość drobną
dziewczynką o brązowych włosach z delikatnym kasztanowym połyskiem. Ona i Louis
odziedziczyli skromną posturę i błękitne oczy po matce, natomiast kolor włosów
po ojcu. Natomiast „środkowa” z rodzeństwa, Charlotte, figurą bardziej wdała
się w rodzinę Tomlinsonów, nad czym strasznie ubolewała, gdyż daleko jej było
do secesyjnego kanonu urody – szczupłej talii i dość obfitego biustu. Louis w
skrytości uważał, że dziewczyna przesadza – miała wszak dopiero piętnaście lat
i mogła jeszcze bardzo się zmienić, nim osiągnie pełnię kobiecości. Charlotte
była natomiast niezwykle dumna ze swych pięknych włosów w kolorze miodu,
odziedziczonych niewątpliwie po matce; typowych dla Wilderów.
Gdyby Louis dokładnie
się zastanowił, doszedłby do wniosku, że Suzi lubi dużo, dużo bardziej niż
Charlotte, mimo, iż była od niego młodsza o dziesięć lat. Lubił jej energię,
błyskotliwość, wesoły charakter. Charlotte było znacznie bliżej do kobiecego
świata, wraz z typowym zamiłowaniem do strojów, spotkań towarzyskich,
przyjaciółek i ploteczek. Louis miał jedynie nadzieję, że siostra nie wyrośnie
na nudną, pretensjonalną damulkę „z towarzystwa”, pozbawioną szerszych
horyzontów intelektualnych.
Bryczka zbliżała się
już do Castamere, a Suzi nie przestawała szczebiotać. Opowiadała uwielbianemu
bratu o wszystkim, począwszy od tego, że jej nauczycielka francuskiego nosi
okropną perukę, a skończywszy na marzeniach, że we wrześniu pojedzie wraz z
Louisem do Londynu.
- Och, i musisz poznać
Harry’ego! – Dziewczynka niemal podskoczyła na siedzeniu. – Po prostu musisz!
On jest taki cudowny, naprawdę. Kocham go! Jak będę duża, wyjdę za niego za
mąż. Nie śmiej się, Bob! Zrobię tak, już mu obiecałam!
Louis z radosnym
rozbawieniem przyglądał się pełnemu uwielbiania wyrazowi twarzy siostry, gdy
mówiła o tajemniczym przybyszu z Ameryki. Słodka mała! Niech jak najdłużej żyje
w pięknym przekonaniu, że poślubi człowieka, którego zupełnie sama sobie
wybierze – i że w ogóle kobieta może zaproponować małżeństwo mężczyźnie.
Mimo wszystko słowa
Suzi o Harrym sprawiły, że negatywne uczucia Louisa wobec nieznanego jeszcze
chłopaka nieco opadły. Jeśli zdołał zaskarbić sobie sympatię rezolutnej
jedenastolatki, nie mógł być totalnym gburem. Choć z drugiej strony, Suzi była
gotowa darzyć uwielbieniem każdego, kto nie zmuszał jej do nauki francuskiego i
grał z nią w badmintona.
Powóz wspiął się na
ostatnie niewielkie wzniesienie i oczom Louisa ukazało się Castamere, skąpane w
ciepłym świetle czerwcowego popołudnia. Kochał to miejsce. Było tak różne od
gwarnego, chwilami męczącego Londynu. Kochał zieleń, ciszę, piękne krajobrazy.
Nawet deszcz.
Jestem
w domu, pomyślał.
Nie mógł przypuszczać,
jak bardzo te wakacje zmienią jego poukładane życie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz