poniedziałek, 21 października 2013

Rozdział 1: Zielone jeziora (cz.1)



Rozdział 1
ZIELONE JEZIORA

***

- Wszyscy w domu już nie mogą się pana doczekać, panie Louis – powiedział szpakowaty mężczyzna, ubrany w szarą marynarkę i takiego samego koloru spodnie, pakując na tył powozu ostatni z kufrów i mocując cały bagaż specjalnymi linkami. – Pana matka zapewne już wygląda przez okno.
Młody mężczyzna, pomagający przypiąć walizki, uśmiechnął się kącikiem ust.
- Przesadzasz, Bob. Widzieli mnie w grudniu, chyba aż tak się nie stęsknili.
- Och, zapewniam, że bardzo.
Chłopak zaśmiał się.
- Zatem teraz będą mnie mieli na trzy miesiące, jeszcze zdążą się znudzić i zamarzą, bym wrócił do Londynu. – Zajął miejsce z tyłu powozu, podczas gdy stangret wspiął się na przód i ujął lejce w dłonie. – Ruszajmy, pora odpocząć od miasta.
Bob cmoknął na konie i dorożka ruszyła brukowaną, szeroką ulicą, zostawiając za sobą świeżo odremontowany budynek dworca kolejowego w Leicester oraz gwarny tłum mężczyzn i kobiet. Godziny wczesnopopołudniowe były prawdziwymi godzinami szczytu w tym rejonie, gdyż o 14:15 odjeżdżał jeden z trzech w ciągu doby pociągów do Londynu, natomiast niedługo później przybywał pociąg ze stolicy. Właśnie nim przyjechał – obarczony sporym bagażem – młody Louis Tomlinson.
Louis od dwóch lat mieszkał w Londynie, gdzie studiował prawo na uniwersytecie, równocześnie zdobywając praktyczne doświadczenie zawodowe w kancelarii notarialnej prowadzonej przez własnego stryja. Mnogość obowiązków powodowała, że chłopak nieczęsto odwiedzał rodzinne strony – w zasadzie bywał w domu jedynie z okazji świąt i wakacji. Teraz, skończywszy ze świetnymi wynikami drugi rok studiów, mógł z czystym sumieniem rozkoszować się perspektywą niemal trzymiesięcznego odpoczynku.
Powóz, sprawnie prowadzony przez doświadczonego Boba, minął już centrum Leicester, przemierzając teraz podmiejskie okolice, usiane ładnymi domami w otoczeniu ogrodów. Louis zdjął kapelusz, wystawiając twarz na działanie ciepłego, czerwcowego słońca.
- Jaka pogoda w Castamere? – zagadnął wesoło. – Nie mów, że leje, bo nie uwierzę.
Ramiona Boba zatrzęsły się ze śmiechu.
- Wyjątkowo nie – odparł. – A przynajmniej nie padało, gdy wyjeżdżałem.
Castamere, rodzinna posiadłość Tomlinsonów, była dość specyficzna. A raczej okolica, położona w odległości około sześciu mil od Leicester, była specyficzna. Ukształtowanie terenu powodowało, iż nad tymi terenami często gromadziły się chmury, a deszcz padał tam częściej niż w innych pobliskich rejonach. A biorąc pod uwagę, że Anglia ogólnie nie jest zbyt pogodna, suma opadów w okolicach Castamere znacznie przewyższała średnią. Gdy Louis był dzieckiem, opiekunka opowiedziała mu starą historię, według której w tych okolicach mieszkała kiedyś piękna dziewczyna, którą porzucił ukochany. Nieszczęśliwa panna opłakiwała swą straconą miłość, a w końcu popadła w szaleństwo i popełniła samobójstwo. ‘Deszcze Castamere’ miały być łzami ich obojga – dziewczyny oraz wiarołomnego narzeczonego, który do końca życia nie wyzbył się wyrzutów sumienia. Louis w to nie wierzył. Był człowiekiem trzeźwo myślącym, praktycznie nastawionym do świata i wiedział, że częste opady w rejonie są jedynie wynikiem specyficznego mikroklimatu i ukształtowania powierzchni, a nie pochodną jakichś babskich bajań. W końcu był rok 1898, a nie głębokie średniowiecze.
Widzę wodę…
Łzy, deszcz i…
W głowie Louisa niespodziewanie pojawiła się scena, która miała miejsce zaledwie kilka godzin wcześniej, na londyńskim dworcu kolejowym.
Gdy już przekazał swoje walizki w ręce bagażowego, postanowił jeszcze szybko wypić kawę w jednej z dworcowych kawiarni. Siedział przy stoliku, sącząc czarny napój i czytając dzisiejszy numer „The Times”, gdy ni z tego ni z owego przysiadła się do niego kobieta. Nie wyglądała na damę (zresztą dama nigdy nie dosiadłaby się do mężczyzny), nie wyglądała nawet na kobietę lekkich obyczajów. Jej twarz była zupełnie pospolita, podobnie jak fryzura i ubranie. Jedynym charakterystycznym elementem jej wyglądu były oczy – dziwnie ciemne i wyjątkowo przenikliwe.
- Przepraszam, czy mogę czymś pani służyć? – zapytał Louis nieco niepewnie, zaskoczony jej zachowaniem, milczeniem i przeszywającym spojrzeniem.
- Przepowiedzieć ci przyszłość, chłopcze? 
Louis zamrugał szybko. Co to z ogóle za oferta, na litość boską? Nie wierzył w takie rzeczy ani odrobinę.
- Przyszłość? Nie, dziękuję – odparł, starając się zachować uprzejmość. – Nie jestem zainteresowany.
Kobieta, niezrażona jego odmową – jakby się jej spodziewała – ujęła dłoń Louisa w swoje ręce. Chłopak był tak skrajnie zaskoczony, że nawet nie cofnął dłoni z jej uścisku.
- Woda – powiedziała po kilku sekundach. Zdawała się patrzeć w głąb własnych myśli. Jej twarz miała nieobecny wyraz. – Widzę wodę. Deszcz, łzy i… i zielone jeziora...
Louis kompletnie osłupiał. Że co?
- Zatopisz się w nich – szeptała dalej kobieta, sama jakby przestraszona tym, co „widzi”. – Tak…, utoniesz w zielonych jeziorach… Strzeż się ich, chłopcze, nie zbliżaj się do nich…
- Umm, przepraszam, ale muszę już iść. – Louis wreszcie ocknął się, odsuwając rękę. – Mój pociąg zaraz odjeżdża. - Szybko podniósł swój płaszcz, kapelusz oraz podręczną walizkę – Do widzenia, pani.
I zostawiwszy na stoliku gazetę oraz niedopitą kawę, opuścił kawiarnię.
Wariatka!, pomyślał o „wróżce”. Albo raczej zwykła oszustka.
Dlaczego zatem tak szybko, niespokojnie biło mu serce?
I dlaczego przypomniał sobie o całej sytuacji teraz, gdy w słoneczne popołudnie zmierzał w kierunku rodzinnego domu, by spędzić w nim zasłużone wakacje? Może dlatego, że dziwaczka mówiła coś o deszczu, a jemu deszcz nieodmiennie kojarzył się z Castamere? Tak, zapewne.
Reszta „przepowiedni” była kompletnie niedorzeczna, zwłaszcza to o topieniu się w zielonych jeziorach. W pobliżu Castamere nie było żadnych zbiorników wodnych, z wyjątkiem strumienia, ale w nim nie utopiłoby się nawet niezdarne dziecko. Parę mil na północ, owszem, znajdowało się jezioro, jednak jego wód nawet przy dużym zaangażowaniu wyobraźni nie dało się określić mianem zielonych. Były raczej sinoniebieskie, zimne i nieprzyjemne. A poza tym Louis nieźle pływał. Zakładając, że w ogóle przyszłoby mu do głowy zanurzać się w tej niemiłej topieli.
Czym ja się w ogóle przejmuję?, pomyślał, sam zaskoczony, że rozważa w głowie słowa kobiety z dworca. Zwykłe banialuki pomylonej oszustki.
- …i wyjechali do Birmingham.
Do Louisa dopiero teraz dotarło, że Bob coś opowiada, zapewne od dłuższego czasu.
- Co, co mówiłeś? – ocknął się. – Przepraszam, zamyśliłem się.
Stangret uśmiechnął się.
- Mówiłem o Wilsonach. Przypomniało mi się, bo właśnie minęliśmy ich posiadłość. Czy raczej byłą posiadłość, jeśli chce się być szczerym. Byli zmuszeni ją sprzedać, by pospłacać długi obu panów Wilson – starego i młodego. Greenvalley kupili jacyś nuworysze z Leicester, jak określa ich pańska matka, natomiast Wilsonowie wyjechali do Birmingham, gdzie zapewne żyją dużo, dużo skromniej niż tutaj.
- No nie! – jęknął Louis. – To znaczy, że Martina już tu nie ma?
- W rzeczy samej, panie Louis. Nie napisał o tym panu, jak mniemam. Cóż, nie ma się czym chwalić…
Wiadomość, jaką przekazał mu Bob, była nieprzyjemna dla młodego Tomlinsona.
Martin Wilson z Greenvalley był jednym z jego nielicznych przyjaciół w pobliżu rodzinnego Castamere. Lubili się, choć charaktery mieli zgoła odmienne. Louis był dużo spokojniejszy (przynajmniej odkąd dorósł), bardziej opanowany i trzeźwiej patrzył na świat. Nie podzielał zainteresowania Martina zabawami, hazardem, whiskey i – co tu kryć – kobietami o nie najlepszej reputacji. Przypuszczał, że skłonność do hulanek, ryzyka i wydawania pieniędzy ponad miarę Martin odziedziczył po ojcu, o którym w okolicy szeptano, że byłby w stanie przegrać w karty pałac Buckingham. Matka Louisa od lat złowróżbnie powtarzała, że wcześniej czy później Greenvalley pójdzie pod młotek.
- Niech to licho – mruknął. – Martin wyjechał, Thomasa też nie ma, odkąd wstąpił do armii. Wychodzi na to, że czekają mnie wakacje w towarzystwie Charlotte i Suzi, nie licząc kurtuazyjnych wizyt u Calderów.
- Niekoniecznie – odparł Bob, strzelając lejcami. – Jest jeszcze młody pan Harry.
- Harry? – Louis zamrugał szybko. – Jaki Harry, na litość boską?
- Matka panu nie napisała? – Bob obejrzał się przez ramię. – Widocznie nie zdążyła. Chłopak przebywa w Castamere niecałe dwa tygodnie. To jakiś pański daleki kuzyn, przyjechał z Ameryki.
Tych nieprzyjemnych wiadomości było za dużo jak na biedną głowę Louisa, która jeszcze nie zdążyła odpocząć po męczących egzaminach na uniwersytecie. Nie dość, że jego ostatni dobry znajomy zbankrutował i zmuszony był wyjechać do Birmingham, to jeszcze okazywało się, że w Castamere przebywa jakiś fircyk zza oceanu.
Nie znał żadnego „kuzyna” Harry’ego z Ameryki. Wiedział, że jego matka ma w Bostonie dalszą rodzinę, ale nie utrzymywali oni kontaktu z Tomlinsonami, nie licząc bardzo okazjonalnych listów. W życiu też nie widział żadnego z jej członków. A tu nagle okazuje się, że jeden z nich pomieszkuje w jego rodzinnym domu. Louis sam nie wiedział, dlaczego ta informacja wywołała w nim tak negatywne emocje. Nie miał wszak pojęcia, jaki jest ten chłopak, czym się interesuje, jak się zachowuje… Ale mimo to przeszedł go niemiły dreszcz, gdy pomyślał o owym Harrym.
- Ile on ma lat?
- Hmm, jest mniej więcej w pańskim wieku – odpowiedział Bob. – Może rok albo dwa  młodszy. Dość, powiedziałbym, ciekawa osobowość…
Louis nie zdążył zapytać, co Bob miał na myśli, gdyż w tej samej chwili, gdy tylko bryczka wyłoniła się zza zakrętu, dał się słyszeć wesoły okrzyk.
- Louis!!!
Dziewczynka w bladofioletowej sukieneczce zeskoczyła z głazu, na którym siedziała i podbiegła do powozu. Bob zatrzymał konie.
- Panienko Susanne, co powie panienki matka…
- Mama nadzoruje obiad na cześć Louisa. – Dziewczynka wdrapała się do bryczki. – Nawet nie zauważy, że mnie nie ma. Och, Louis, jak się cieszę, że cię widzę! Specjalnie tu siedziałam, bo nie mogłam się doczekać!
Młody Tomlinson przytulił siostrę.
- Suzi, łobuziaro kochana, ja też się cieszę, że cię widzę. – Odsunął ją od siebie na długość ramion i przyjrzał się z dumą. – Ależ ty wyrosłaś! Od zimy przybyło ci chyba kilka cali.
- Ale kłamiesz… - spojrzała na niego z przerysowaną dezaprobatą, a chłopak roześmiał się wesoło.
Uwielbiał młodszą ze swych sióstr. Susanne Tomlinson miała jedenaście lat i była dość drobną dziewczynką o brązowych włosach z delikatnym kasztanowym połyskiem. Ona i Louis odziedziczyli skromną posturę i błękitne oczy po matce, natomiast kolor włosów po ojcu. Natomiast „środkowa” z rodzeństwa, Charlotte, figurą bardziej wdała się w rodzinę Tomlinsonów, nad czym strasznie ubolewała, gdyż daleko jej było do secesyjnego kanonu urody – szczupłej talii i dość obfitego biustu. Louis w skrytości uważał, że dziewczyna przesadza – miała wszak dopiero piętnaście lat i mogła jeszcze bardzo się zmienić, nim osiągnie pełnię kobiecości. Charlotte była natomiast niezwykle dumna ze swych pięknych włosów w kolorze miodu, odziedziczonych niewątpliwie po matce; typowych dla Wilderów.
Gdyby Louis dokładnie się zastanowił, doszedłby do wniosku, że Suzi lubi dużo, dużo bardziej niż Charlotte, mimo, iż była od niego młodsza o dziesięć lat. Lubił jej energię, błyskotliwość, wesoły charakter. Charlotte było znacznie bliżej do kobiecego świata, wraz z typowym zamiłowaniem do strojów, spotkań towarzyskich, przyjaciółek i ploteczek. Louis miał jedynie nadzieję, że siostra nie wyrośnie na nudną, pretensjonalną damulkę „z towarzystwa”, pozbawioną szerszych horyzontów intelektualnych.
Bryczka zbliżała się już do Castamere, a Suzi nie przestawała szczebiotać. Opowiadała uwielbianemu bratu o wszystkim, począwszy od tego, że jej nauczycielka francuskiego nosi okropną perukę, a skończywszy na marzeniach, że we wrześniu pojedzie wraz z Louisem do Londynu.
- Och, i musisz poznać Harry’ego! – Dziewczynka niemal podskoczyła na siedzeniu. – Po prostu musisz! On jest taki cudowny, naprawdę. Kocham go! Jak będę duża, wyjdę za niego za mąż. Nie śmiej się, Bob! Zrobię tak, już mu obiecałam!
Louis z radosnym rozbawieniem przyglądał się pełnemu uwielbiania wyrazowi twarzy siostry, gdy mówiła o tajemniczym przybyszu z Ameryki. Słodka mała! Niech jak najdłużej żyje w pięknym przekonaniu, że poślubi człowieka, którego zupełnie sama sobie wybierze – i że w ogóle kobieta może zaproponować małżeństwo mężczyźnie.
Mimo wszystko słowa Suzi o Harrym sprawiły, że negatywne uczucia Louisa wobec nieznanego jeszcze chłopaka nieco opadły. Jeśli zdołał zaskarbić sobie sympatię rezolutnej jedenastolatki, nie mógł być totalnym gburem. Choć z drugiej strony, Suzi była gotowa darzyć uwielbieniem każdego, kto nie zmuszał jej do nauki francuskiego i grał z nią w badmintona.
Powóz wspiął się na ostatnie niewielkie wzniesienie i oczom Louisa ukazało się Castamere, skąpane w ciepłym świetle czerwcowego popołudnia. Kochał to miejsce. Było tak różne od gwarnego, chwilami męczącego Londynu. Kochał zieleń, ciszę, piękne krajobrazy. Nawet deszcz.
Jestem w domu, pomyślał.
Nie mógł przypuszczać, jak bardzo te wakacje zmienią jego poukładane życie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz