niedziela, 27 października 2013

Rozdział 1: Zielone jeziora (cz. 2)

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo... :P Ale lubię pisać, a historia, jaką mam zamiar przedstawić w "Deszczach" naprawdę mnie wciągnęła. 
Dziś wreszcie udało mi się złożyć wszystkie wymyślone wcześniej sceny w całość, ale jak znam siebie, coś się jeszcze pozmienia, coś wypadnie, coś dodam... Materia jest płynna. Na dzień dzisiejszy wychodzi szesnaście rozdziałów plus epilog. Ale że na każdy rozdział będzie się składać kilka scen, opowiadanie zapowiada się długie :P Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Okaże się. 
Zanim wrzucę odcinek 2, chciałam jeszcze powiedzieć, że absolutnie wciągnęłam się w tę historię: Let me fix what I destroyed Jestem bardzo ciekawa, jak autorka rozwiąże to psychologicznie. Trudne zadanie przed nią, ale opowiadanie jest ciekawe. 

__________________________________

***

- Tęskniłem za tym widokiem. – Louis z uśmiechem otworzył okno w swoim pokoju, pozwalając, by ciepłe powietrze wpłynęło do środka. – W Londynie moje okno wychodzi na dość ponure podwórze, odkąd zamieniłem pokoje z Joshem. Widzę, że róże kwitną w tym roku jak szalone. – Odwrócił się. – Rebecco, opowiadaj, co słychać w Castamere. Oprócz plotek – zaznaczył wesoło. – Nie chcę słuchać żadnych plot.
Kobieta w średnim wieku, ubrana w skromną, czarną sukienkę i biały fartuch, uśmiechnęła się, co uwidoczniło sympatyczne zmarszczki na jej nie najmłodszej już twarzy.
- A co pan chce usłyszeć, panie Louis?
- No nie, znowu ten „pan”! – Louis załamał ręce, chociaż jego oczy nadal się śmiały. – Ile razy mam powtarzać, że nie chcę od ciebie żadnych tytułów, choćbym był lordem czy samym królem. Zwłaszcza, gdy rozmawiamy sam na sam. Znasz mnie od narodzin, opiekowałaś się mną przez tyle lat, a teraz nagle „pan” i „pan”. Daj spokój…
Kobieta uprzejmie skinęła głową.
- Jak pan… znaczy, jak sobie życzysz, Louis.
- Zaraz lepiej. 
Rebecca Trent służyła u Tomlinsonów od ponad trzydziestu lat. Zaczynała jako zwykła pokojówka i pomocnica w kuchni, jeszcze za życia ojca obecnego właściciela Castamere, sir Williama Tomlinsona. Dała się poznać jako osoba niezwykle obowiązkowa, dokładna i trzeźwo myśląca, a jednocześnie dyskretna i lojalna. Te cechy sprawiły, że szybko zaczęto powierzać jej poważniejsze obowiązki, a wreszcie awansowała na kogoś w rodzaju zarządcy domu. Gdy syn Williama, George, poślubił pannę Mary Wilder i na świecie pojawił się ich pierwszy potomek, Louis, Rebecca została jego piastunką. Tomlinsonowie nie byli aż tak zamożni, by zatrudnić guwernantkę na pełen etat, zatem małym Louisem – a potem także jego siostrami – w pierwszych latach życia opiekowała się właśnie Rebecca. Kobieta oddała trójce małych arystokratów całe serce, ale jej ulubieńcem zawsze był Louis. Chłopiec pokochał ją z wzajemnością. To do niej biegł, gdy stłukł kolano albo potargał niedzielne ubranko przełażąc przez płot. U Rebeki zawsze mógł liczyć na pomoc i wsparcie, a także ukrycie swoich dziecięcych wybryków przed rodzicami.
Louis bowiem jako dziecko nie miał w sobie nic z mola książkowego ani zadzierającego nos dziedzica majątku. Przeciwnie, był niezwykle żywym chłopcem, który uwielbiał zabawy na świeżym powietrzu i zawsze tryskał energią. Przez swoje szalone pomysły niekiedy pakował się w kłopoty, a wtedy pomoc i dyskrecja Rebeki okazywały się nieodzowne. Oczywiście o jego najwcześniejszą edukację dbali inni ludzie, gdyż zwykła służąca nie mogła mu zapewnić niczego w tym zakresie, jednak codzienne sprawy związane z opieką nad małym Tomlinsonem spoczywały na barkach panny Trent.
Louis czasem zastanawiał się, czy to nie od Rebeki nauczył się racjonalnego, trzeźwego spojrzenia na świat i szybkiego podejmowania decyzji. Zawsze podziwiał jej opanowanie, logiczne myślenie i decyzyjność. Pomimo braku wykształcenia Rebecca odznaczała się bystrym umysłem i trafnością wyborów. Jednocześnie cechowała ją wielka tolerancja dla ludzkich błędów i potknięć, dla różnorodności świata i ludzi. Tę cechę Louis również od niej przejął. Mimo swego racjonalnego i obowiązkowego podejścia do życia, był człowiekiem o niezwykle otwartym umyśle, chłonnym wiedzy, informacji i nowych doświadczeń. Nie zamykał się w żadnych ramach.
Ta niezwykła, niemal rodzinna więź, jaka wytworzyła się przez lata pomiędzy Louisem a Rebeccą, powodowała, że chłopak dziwnie czuł się, gdy kobieta mówiła do niego na „pan”. Chociaż był już dorosłym mężczyzną, studentem prawa na uniwersytecie, dla niej chciał pozostać po prostu Louisem.
- Pani Mary zaplanowała kolację na dziewiętnastą – powiedziała Rebecca. – Twój ojciec powinien już wrócić od Lloydów. Ostatnio ma dużo obowiązków, z Indii ma wyjść nowy transport herbaty.
- Teraz, jak jestem w domu, mogę mu pomóc z papierami. – Louis zabrał się już za rozpakowywanie pierwszego z kufrów, przyniesionych do jego pokoju przez Boba. – Mama wspominała w ostatnim liście, że trzeba przejrzeć rachunki.
- Niech pan najpierw odpocznie. Egzaminy z pewnością nie były łatwe.
Louis przewrócił oczami.
- Tragedia, zwłaszcza historia doktryn prawnych. Nie lubię takich teoretycznych banialuk, zdecydowanie wolę praktyczną wiedzę. Mózg mam jak sito po wkuwaniu tych bzdur.
- Zatem trochę rozrywki jest jak najbardziej wskazane. Co prawda młody pan Wilson już nie mieszka w Greenvalley…
- Tak, wiem, Bob mi wspominał po drodze – wpadł jej w słowo Louis, jednocześnie wyjmując z kufra naręcze koszul. Zawsze sam pakował i rozpakowywał bagaż. Nie znosił, gdy robiła to za niego służba, bo nic potem nie umiał znaleźć. – Idiota, przepuścił wraz z ojcem taką willę. Lubiłem go, ale mimo wszystko uważam, że przez lata postępował jak głupek i w końcu się doigrał. 
- Cóż, każde działanie ma swój skutek – podsumowała Rebecca. – W każdym razie pana Wilsona już nie ma, za to podobno pan Thomas MacPherson ma przyjechać na krótko w lipcu. A pani Calder z córką wróciły już z Wenecji.
- Tak, Eleanor pisała mi, że wracają w połowie czerwca. Cieszę się.
- I mamy też gościa. – Głos Rebeki stał się ledwo wyczuwalnie chłodniejszy. – Z Ameryki.
- A właśnie! – Louis przerwał rozpakowywanie walizy. – Ten cały Harry. Bob zaczął coś o nim mówić, potem Suzi też o nim świergotała. Gdzie on jest? Nie przywitał się ze mną, jak przyjechałem. Pojechał z ojcem do Lloydów?
- Och, nie, nie. – Rebecca zaprzeczyła gwałtownie. – Pewnie krąży gdzieś wokół Castamere. Często znika na całe godziny; mówił kiedyś, że uwielbia okolicę i poznaje ją, wędrując na piechotę.
Louis lekko zmrużył oczy, uważnie przyglądając się kobiecie. Gdyby jej nie znał, mógłby przysiąc, że jest zdenerwowana. Ale po takiej ostoi spokoju, jaką była Rebecca Trent ciężko było się tego spodziewać.
- Rebecco, coś się stało? – Mimo wszystko Louis nieco się zaniepokoił.
- Nie, nic. Cóż mogło się stać? – Służąca uśmiechnęła się, ale nie wyglądało to naturalnie.  – Wszystko w porządku.
- Nie wydaje mi się. – Położył dłonie na jej ramionach, co było dość nietypowym gestem między państwem a służbą. Jednak Louis miał w nosie konwenanse, jeśli chodziło o jedną z najbliższych mu osób; co z tego, że niższą stanem. – Znam cię nie od dziś. Mów prawdę. Coś jest nie w porządku z tym chłopakiem? Był dla ciebie niemiły? Ogólnie źle się zachowuje?... O co tu chodzi?
Rebecca delikatnie odsunęła się od Louisa i podeszła do otwartego okna, wpatrując się gdzieś w bliżej nieokreśloną przestrzeń.
- On jest… dziwny, Louis.
- Dziwny? – Louis zmarszczył brwi. – Co masz na myśli?
- Nietypowy. – Rebecca odwróciła się. – Nie obawiaj się, nie jest jakimś wariatem, nic z tych rzeczy. Z wyglądu jest uroczy, jak mam być szczera; naprawdę piękny chłopak. Jeśli by stanął wśród stu innych, a tobie kazano by wskazać Harry’ego Stylesa, bez wahania byś go wybrał…
Styles… Louis wreszcie poznał jego nazwisko.
- …ale ma w sobie coś dziwnego. – Głos Rebeki lekko drgnął. – Sama nie wiem, jak to określić, jestem tylko prostą służącą, ale to jakaś… tajemnica? Mrok? Nie wiem, jak to nazwać. Mam niejasne przeczucie, że on wniesie do tego domu zamęt i nieszczęście, Louis. Że wniesie zło.
Louis nie bardzo wierzył w to, co właśnie usłyszał. Rebecca Trent, ta do bólu racjonalna i przyziemna pięćdziesięcioletnia kobieta, która nie okazywała emocji w najbardziej stresujących sytuacjach, teraz mówi niemal rozedrganym głosem o jakimś dzieciaku z dalekiego kraju, który pewnie spędzi w Castamere parę tygodni, wyjedzie i wszyscy o nim zapomną? Nie do pomyślenia!
- Rebecco, kochana. – Louis ujął jej dłonie w uspokajającym geście. – To tylko jakiś chłopak. Nasz gość. Na pewno nie będzie miał żadnego wpływu na naszą rodzinę i ten dom. I nie wniesie żadnego zła. Nie masz się czego obawiać.
Rebecca spojrzała w ciepłe, błękitne oczy Louisa, w jego przystojną twarz, delikatne usta i lekko rozwichrzone po podróży włosy. Był taki dobry i szlachetny. Nie mogła… po prostu nie mogła powiedzieć mu, co przypadkiem zobaczyła kilka dni temu.
Postarała się uśmiechnąć i zrelaksować.
- Z pewnością masz rację – powiedziała swobodniej. – Jestem głupia i tyle. Nie zwracaj uwagi na to gadanie. Pójdę do kuchni i powiem, by przygotowano ci podwieczorek. Na pewno jesteś głodny po podróży, a kolacja będzie dopiero o dziewiętnastej.
- Dziękuję.
Rebecca uśmiechnęła się ciepło.
- Cieszę się, że jesteś w domu, Louis.
Chłopak odpowiedział tym samym gestem.
- Ja też.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz