Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louis Tomlinson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louis Tomlinson. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 sierpnia 2014

Rozdział 6: Strach (cz. 2)

Aww, dziękuję Wam za komentarze, kochane :* To naprawdę dużo dla mnie znaczy. Miałam plan, by w sierpniu zamieścić dwa odcinki, ale niestety nie wyszło. Cóż, muszę chyba przyspieszyć tempo pisania tego opowiadania, jeśli chcę je skończyć przed dniem Sądu Ostatecznego :P
A zatem nie przeciągając, zapraszam na kolejny odcinek. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.


*    *    *


 
W miarę upływu czasu czasu – i alkoholu – impreza robiła się coraz głośniejsza.
- Panowie! – Thomas starał się przekrzyczeć towarzystwo. - Przypominam, żeby pozostać w miarę na chodzie, bo o jedenastej przyjadą damy!
- Ooo, damy! - zaśmiał się Gilbert Grant. - Mam nadzieję, że od Madame Rose?
- Na pewno – powiedział przysadzisty blondyn, bogaty Robin Marbrandt. - Przecież Thomas nie zamawia nic pośledniego.
- Damy? - Harry zagadnął po cichu Liama Payne'a. - O czym oni mówią?
- Domyśl się, Harry – skrzywił się ironicznie chłopak. - Raczej nie divy operowe ani fraucymer królowej Wiktorii.
Styles przełknął ślinę.
- To miała być męska impreza.
- Nie powinno ci to przeszkadzać – wciął się Louis. - Wszak w Londynie przez tydzień mieszkałeś w burdelu i nie narzekałeś.
Harry spojrzał na niego chłodno.
- To było...
Nie dokończył, gdyż w tym momencie Thomas ponownie skupił na sobie wzrok wszystkich obecnych.
- Uwaga, panowie! Ci oto moi koledzy – położył ręce na ramionach dwóch młodych mężczyzn – uczynili właśnie zakład. A mianowicie, czy Gilbert da radę wypić ćwiartkę oryginalnej, rosyjskiej wódki, stojąc na jednej nodze na stole. Za jednym zamachem! Robin twierdzi, że nie ma szans, Gilbert mówi, że podoła. Sprawdźmy! Gil, właź!
W ogólnym zamieszaniu i pośród dopingujących okrzyków syn bogatego lekarza wczołgał się na stół i ujął w dłoń butelkę.
- Jeśli spadnie, stanie na dwóch nogach albo oderwie butelkę od ust, przegrywa! - wyjaśnił zasady Thomas. - Zaczynamy!
Towarzystwo poczęło ryczeć „Gilbert! Gilbert!”, podczas gdy Grant stanął na prawej nodze i zaczął żłopać rosyjską wódkę. Zachwiał się już po kilku sekundach, ale zdołał odzyskać równowagę. Nadmiar trunku ciekł mu po brodzie i skapywał na koszulę (kamizelki i marynarki już dawno się pozbył).
- Gilbert! Gilbert! - dopingowała reszta. Tylko Harry, Louis i Liam przyglądali się z boku.
Grant, student medycyny, musiał mieć spore doświadczenie z chemikaliami i być dość odporny na ich działanie, ponieważ wlewał w siebie wódkę z werwą godną prawdziwego Rosjanina. I gdy już wydawało się, że wygra zakład, zakołysał się niebezpiecznie, przez moment balansował na jednej nodze, aż wreszcie zwalił się z łoskotem. Spadł ze stołu, strącając po drodze wszystko, co na nim stało i przewracając jednego z kolegów. Wszyscy ryknęli śmiechem. Na blacie i podłodze powstała wielka mieszanina rozlanego alkoholu, rozbitego szkła i niedopałków papierosów.
- Przyszłość angielskiego narodu – skomentował cierpko Liam, ale słyszeli go tylko Harry i Louis.
Tomlinson po raz kolejny zastanowił się głęboko, w jaki sposób on i Thomas mogą być przyjaciółmi. 

 
*


Thomas MacPherson miał gest, to trzeba było przyznać. Swoim przyjaciołom zapewnił nie tylko wybór alkoholi, papierosów i cygar, ale także dodatkowe atrakcje.
Dodatkowe atrakcje”, w liczbie pięciu, zajechały około godziny dwudziestej trzeciej ciemny, krytym powozem, prowadzonym przez eleganckiego mężczyznę. Nie były tandetne, wulgarnie umalowane ani wyuzdanie ubrane. Madame Rose dbała o reputację swojego lokalu.
- Masz piękny dom, Thomasie – odezwała się jedna z nich, rudowłosa, ubrana w wydekoltowaną, zieloną suknię z mocno zasznurowanym gorsetem. - I równie przystojnych gości. - Posłała zgromadzonym mężczyznom figlarny uśmiech.
- Felicity, moja droga. - Thomas przesadnym gestem ucałował jej dłonie. - Witaj w moich progach.
- Ha, nareszcie! Ty nie raz gościłeś w moich. - Kobieta puściła mu uwodzicielskie oczko.
Louis, który słyszał ich wymianę zdań, nie czuł się nadmiernie zdziwiony. Thomas zawsze lubił towarzystwo kobiet, uwielbiał błyszczeć w ich otoczeniu i popisywać się swoją wydziwianą elokwencją. Nawet gdy musiał za to płacić.
- Panowie, pozwólcie, że przedstawię swoje koleżanki. - Rudowłosa najwyraźniej pełniła rolę przewodniczki całej grupki. - Elisa, Fanny, Margaret i Kathy.
Oczy Harry'ego Stylesa spotkały się z zaciekawionym wzrokiem urodziwej Margaret i chłopak głośno przełknął ślinę, po czym sięgnął po kolejnego drinka i wypił go niemal jednym duszkiem.


*


Louis starał się unikać tych kobiet, odkąd tylko przyjechały. Rozmawiał, wypił nawet kolejną porcję absyntu w towarzystwie Thomasa i rudowłosej Felicity, ale nie miał ochoty na bliższą znajomość z nią, ani z żadną z jej towarzyszek. Czuł się skrępowany i onieśmielony, denerwowały go chichoty, szepty, zachęty i dotknięcia. Gdzieś pod skórą pałał mu gniew (może na Thomasa, że nie uprzedził go o wszystkich planowanych „atrakcjach” tego wieczoru) i nawet coś na kształt obrzydzenia. Najchętniej wróciłby do Castamere, ale jak na złość zniknął gdzieś Harry.
Louis niespokojnie starał się uzmysłowić sobie, czy od chwili, w której po raz ostatni zauważył kuzyna, widział też wszystkie „damy” Madame Rose. Myśl, że chłopak o kręconych włosach właśnie w tej chwili oddaje się grzesznym uciechom z którąś z tych ladacznic, była dla Louisa z jakiegoś powodu nie do zniesienia.
Tak naprawdę nigdy nie rozmawiał z Harrym o kobietach, a tym bardziej o intymnych aspektach jego życia. Styles wyjawił mu jedynie, że kiedyś był zakochany, ale ta osoba złamała mu serce. Obejrzany w tajemnicy pamiętnik i wypisane na jego okładce urywkowe sentencje też niewiele Louisowi powiedziały; potwierdzały jedynie wersję o nieszczęśliwej miłości. Tomlinson zastanawiał się, czy gdyby jeszcze raz znalazł się sam w sypialni Harry'ego, oparłby się pokusie, by przejrzeć zawartość notesu.
Ale wszystko to dało Louisowi wrażenie, że Harry – mimo młodego wieku – jest raczej osobą poszukującą stałego uczucia. Dlatego tak przykra wydawała mu się myśl, że kuzyn mógł skusić się na szybką przygodę z którąś z pięciu zamówionych przez Thomasa „atrakcji”. Z drugiej strony... Harry był młodym mężczyzną, na pewno miał swoje potrzeby, a tutaj recepta była mu podawana jak na tacy.
Nie!
Louis oparł się o ścianę, zaciskając mocno oczy, gdy wizja Harry'ego w objęciach jednej z tych kobiet stała się zbyt paląca. Nie powinien o tym myśleć! Nie może!
- Dobry wieczór. - Usłyszał dziewczęcy głos.
Drgnął i szybko uniósł powieki. W stłumionym świetle, w jakim skąpany był korytarz na piętrze, Louis dostrzegł jedną z przybyłych dziewcząt. Miała na sobie czerwono-czarną suknię, mocno już rozsznurowaną przy dekolcie, a w brązowe włosy wpięty kwiat orchidei. Uśmiechała się do niego zalotnie.
- Nie czuje się pan samotny? - Podeszła bliżej.
- Nieszczególnie – bąknął Louis. - Właśnie szukałem...
- Mnie? - zatrzepotała rzęsami. Mimo, iż trudniła się takim a nie innym procederem, w tej chwili na jej twarzy wypisana była cała niewinność tego świata.
- Swojego kuzyna – sprecyzował Louis. - Nie widziała go pani? Młody chłopak z kręconymi włosami...
- Niewątpliwie jest teraz zajęty – zachichotała, ale dla Louisa jej słowa były niczym zdzielenie z bicza. - A pan wygląda na bardzo samotnego.
- Myli się pani, panno...
- ...Eliso. I proszę mi mówić po imieniu.
Jej dłoń wylądował u podstawy szyi Louisa i zaczęła igrać kołnierzykiem jego koszuli. Ciemne oczy dziewczyny błyszczały w stłumionym świetle dwóch lampek elektrycznych, zamontowanych na ścianach.
- Chętnie umilę panu dzisiejszą noc. - Ciepły oddech połaskotał szyję Louisa.
- Eliso... ekhm, to nie jest dobry pomysł. Mam... narzeczoną... - To była pierwsza wymówka, jaka przyszła mu do głowy.
- Jak większość z tu obecnych – uśmiechnęła się dziewczyna. - Ale jedno nie przeszkadza drugiemu.
Louis nie był naiwny. Doskonale zdawał sobie sprawę, że znaczny odsetek angielskich mężczyzn – nieważne, czy wolnych, zaręczonych czy żonatych – odwiedza prostytutki. To była powszechna praktyka. Żony istniały po to, by rodzić dzieci i pilnować domowego ogniska, natomiast przyjemności i rozrywki szukało się gdzie indziej. Jednak Louis nie chciał być hipokrytą. Raz dał się namówić i...
Z parteru dał się słyszeć odgłos tłuczonego szkła i kobiecy śmiech, natomiast z któregoś z zamkniętych pokojów co jakiś czas dobiegały stłumione głosy i chichoty.
- Jest pan takim przystojnym mężczyzną. - Głos Elisy stawał się coraz bardziej uwodzicielski. - To grzech, by został pan sam dzisiejszej nocy.
Louis sam nie wiedział, w jaki sposób nagle znalazł się za drzwiami pokoju, przed którym jeszcze dosłownie kilkanaście sekund wcześniej oboje stali. Zaczynało mu się kręcić w głowie.
Za dużo alkoholu...
Na dodatek Elisa pachniała ciężkimi, orientalnymi perfumami, pudrem i jakimś dziwnym specyfikiem do włosów. Wszystko razem tworzyło mieszankę, od której czuł się niezbyt przytomny.
Dziewczyna zapaliła światło i pomieszczenie zalał mętny, żółty poblask. Pokoik musiał niegdyś należeć do którejś ze starszych sióstr Thomasa, zanim ta wyszła za mąż i wyprowadziła się, bowiem urządzony był raczej w damskim stylu.
Louis zdążył tylko rzucić pobieżne spojrzenie na wnętrze, ponieważ jego uwagę ponownie przykuła Elisa. Uśmiechając się uwodzicielsko, odsunęła się kilka kroków od chłopaka i zaczęła powoli rozwiązywać gorset sukni, zasznurowany na piersi. Louis stał jak sparaliżowany. Nie wiedział, czy uciec, czy zostać, powiedzieć coś, kazać jej ubrać się, oznajmić, że nie ma ochoty...
Bo nie miał, prawda?
Ale... wtedy, w Londynie, też nie miał, a mimo wszystko zrobił to. Dał się namówić Joshowi. Pamiętał dywan w czerwone wzory, ciemnozielone, pluszowe kanapy ze złoconymi okuciami, wino, które szumiało mu w głowie... A potem korytarz i pokój z szerokim łóżkiem. I ją.
Dorothy, przypomniał sobie. Miała na imię Dorothy.
Pamiętał, jak się rozbierała, a potem rozpinała jego koszulę. Pamiętał jej rudo-kasztanowe włosy, w które wczepiał palce... Wszystko trwało tak krótko, że na pewno nie dał jej przyjemności, ale mimo to uśmiechała się zadowolona.
Odwiedź mnie jeszcze”, mówiła, gdy ubierał się zawstydzony.
Tamtej listopadowej nocy stał się mężczyzną. Nie czuł jednak z tego powodu żadnej dumy, wręcz przeciwnie – starał się upchnąć to doświadczenie gdzieś w głębi podświadomości i nigdy nie wracać do niego myślami. Josh lubił się przechwalać, otwarcie opowiadał o swoich licznych przygodach – płatnych i nie, natomiast Louis nigdy więcej nie powtórzył swojego wypadu do domu uciech. Nawał obowiązków był jedną kwestią, chęć dochowania wierności Eleanor (mimo, że formalnie nie łączyły ich jeszcze zaręczyny), drugą, natomiast trzecią i być może najważniejszą, brak chęci.
Louis w swoim pragmatycznym podejściu do życia nie rozpamiętywał tego, co się stało. Nauczył się o tym nie myśleć. Ale całe doświadczenie pozostawiło w nim wspomnienie czegoś niewłaściwego, lepkiego, brudnego... Na dodatek wypranego z emocji i prawdziwego zaangażowania.
Dorothy naturalnie już nie odwiedził.
Natomiast wspomnienie tamtych chwil powróciło z całą siłą, gdy Elisa rozbierała się przed nim. Była bardzo ładną i pociągającą kobietą, obdarzoną szczupłą talią i pełnymi, jędrnymi piersiami, a mimo to nie czuł ku niej żadnego pożądania.
Widząc niezdecydowanie Louisa, dziewczyna podeszła do niego, lekko kołysząc biodrami.
- Nie podobają się panu widoki?
Louis przełknął ślinę.
- Jesteś piękną kobietą, ale...
- Chcę sprawić panu przyjemność – szepnęła, przytulając się do Louisa i owiewając jego szyję gorącym oddechem. Chłopak poczuł przez koszulę miękkość i ciepło jej piersi. - Czy nie tego pan oczekuje?
W zasadzie nic by się nie stało, gdybym...
Ale nie pragnął jej. Kleiła się do niego półnaga, młoda kobieta, a on nie czuł w żyłach żadnego ognia. Nie czuł nawet prymitywnej fizycznej potrzeby. Elisa chyba to zauważyła, bo zaczęła poruszać biodrami, chcąc go podniecić. Syknął, a ona odebrała to jako zachętę do dalszych działań, bo jej dłonie znalazły się szybko w okolicach paska do spodni Louisa i zaczęły igrać z klamrą.
Louis przygryzł wargę. Czuł się koszmarnie, wiedząc, że jego ciało nie reaguje na jej zabiegi. A jeszcze koszmarniejsza była świadomość, że w ogóle dopuścił do takiej sytuacji. W tym wszystkim było coś sztucznego, płytkiego, toksycznego... Nagle ogarnęło go poczucie wstrętu.
- Przepraszam, ale nic z tego nie będzie. - Odsunął się, poprawiając koszulę i zapięcie spodni. - Nie powinno mnie tutaj być.
- Możemy zacząć powoli – uśmiechnęła się Elisa, źle odczytując jego słowa. - Znam kilka przyjemnych sztuczek.
- Zatem wypróbuj je na kimś innym. - Louisa zaczęła już irytować nachalność dziewczyny. - Chętnych tu nie brakuje. Żegnaj.
Nie mówiąc już nic więcej, wyszedł z pokoju, zostawiając za drzwiami zdezorientowaną, półnagą Elisę. Cała ta sytuacja sprawiła, że było mu niedobrze. Czuł wściekłość, że w ogóle przyjechał na tą imprezę, że pił, że dał się obmacywać tej ladacznicy. Ten wieczór od samego początku był jedną wielką pomyłką.
I gdzie, do cholery, podział się Harry?!
Louis zbiegł po schodach, zdeterminowany, by odnaleźć Stylesa, nawet gdyby miał przetrząsnąć dom od piwnic po dach, przeszkadzając po drodze kilku zajętym sobą parkom. Chciał zabrać Harry'ego (choćby wywlec go nagiego z pościeli!) i wracać do Castamere. Dla niego impreza była skończona.
W salonie na dole zastał Simona Rothschilda, kiwającego się smętnie nad kolejną porcją absyntu. Stół zasłany był rozbitym szkłem i rozlaną whiskey, a Rothschild znajdował się już w znacznym oddaleniu do rzeczywistości. Przyglądał się tępo zawartości kieliszka i mamrotał coś do siebie, nie zwracając uwagi na kanapę, gdzie Gilbert Grant kołysał na kolanach ciemnowłosą dziewczynę, chyba Fanny albo Kathy. Kobieta chichotała, gdy Grant raz za razem zanurzał twarz w jej rozchełstanym dekolcie.
- Nie widziałeś Harry'ego? - Louis zagadnął Simona. Granta i jego rozrywki wolał zostawić w spokoju.
Rothschild podniósł nieprzytomny wzrok.
- Harry'ego...?
- Mojego kuzyna – zniecierpliwił się Louis. - Wysoki, kręcone włosy... Cholera jasna, przez godzinę siedzieliście razem nad tym zielonym gównem, a teraz go nie kojarzysz?!
- Nie kojarzę... - bąknął Simon, nic sobie nie robiąc z podniesionego głosu Louisa.
- Daj mu spokój – odezwał się rozbawiony Gilbert Grant, chwilowo odrywając się od piersi swojej towarzyszki. - Jest zajęty pieprzeniem się ze swojej ukochaną zieloną wróżką.
Półprzytomny Simon pokiwał tylko głową, za to siedząca Grantowi na kolanach dziewczyna wybuchnęła śmiechem. Louis zazgrzytał zębami. Miał dość całego tego burdelu!
- Niech was wszystkich szlag – syknął.
Złapał swoją marynarkę i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Była już głęboka noc. Na ganku paliły się pomarańczowe lampiony, natomiast droga dojazdowa i cała reszta otoczenia tonęła w mroku, nie licząc bladego poblasku księżyca.
Louis odetchnął głęboko chłodnym nocnym powietrzem, usiłując stłumić w sobie wściekłość. Dobrze mu to zrobiło po godzinach przebywania w dusznym pomieszczeniu, wypełnionym mieszaniną zapachów alkoholu, papierosów, potu i perfum.
- Jeśli szukasz Harry'ego, poszedł sobie.
Louis drgnął i spojrzał w lewo, skąd dochodził głos.
Na jednym z wiklinowych foteli, opierając stopy o balustradę, siedział Liam Payne. Palił papierosa. Louis szybko uzmysłowił sobie, że od dawna już nie wiedział przyjaciela Thomasa. W zasadzie od momentu, gdy przyjechały „damy” Madame Rose.
- Twój kuzyn, Harry – mówił Liam, wypuszczając z ust kolejną chmurkę dymu i nie spoglądając na Louisa. - Poszedł jakieś dwadzieścia minut temu.
- Dokąd poszedł?
- Chyba do domu. W każdym razie tak mówił, chociaż był pijany. Że wraca do domu.
- Do Castamere?
- A bo ja wiem, co on uważa za dom? - Liam przewrócił oczami, uśmiechając się nieco ironicznie. Wreszcie spojrzał na Louisa. - Tyle zdążyłem usłyszeć.
- Co mu się stało? - Louisowi zimny dreszcz przebiegł po plecach. - Przecież mieliśmy wracać razem. Mieliśmy...
- Ale Harry najwyraźniej zmienił zdanie – wpadł mu w słowo Liam. - Gdy zniknąłeś w drugim salonie z Thomasem i tą jego lalą, Harry zabrał się za opróżnianie kolejnych kieliszków. W szybkim raczej tempie. Potem z nim rozmawiałem. A potem wybiegł i nie zdołałem go zatrzymać.
- Jak to... jak to wybiegł? - Louis nic z tego nie rozumiał. - Liam, do cholery jasnej, co ty mu powiedziałeś?
- Nic nadzwyczajnego. Tylko, że wiem, co czuje, bo to widać na kilometr, i że ma się nie bać.
Louis stanął jak wryty. Co ten Liam chrzanił, na litość boską? Spił się? Upalił opium? Raczej nie, wyglądał na zupełnie przytomnego i świadomego wypowiadanych słów.
- O czym ty mówisz?
- Jezu, Louis, jesteście obaj takimi idiotami! - Payne wstał z fotela i podszedł do Tomlinsona. - Ale Harry przynajmniej wie, kim się czuje i nie odgrywa żałosnej komedii częściej niż musi. Ale ty... Powiedz mi, zabawiłeś się dzisiaj z którąś z tych panienek? A w ogóle kiedykolwiek? Wiem, wiem, masz piękną, słodziutką narzeczoną, ale czy kiedyś robiłeś z nią coś więcej niż trzymanie za rączkę na ukwieconej łące? Miałeś kiedykolwiek ochotę ją przelecieć? Albo inną babę? Założę się, że odpowiedź na wszystkie te pytania brzmi „nie”. A nawet jeśli kiedyś coś przeżyłeś, to tylko dlatego, że jeszcze nie wiesz, kim jesteś i co cię rajcuje.
- Co ty do cholery, sugerujesz, co?! - Louis cały się trząsł. Ta monolog Liama był pokręcony i nienormalny.
- Nie muszę nic sugerować, bo mam oczy. Wystarczyło mi pół godziny obserwacji, gdy weszliście obaj do salonu. Wasz wzrok... To, jak się pilnujecie nawzajem. Jak czujecie się o siebie zazdrośni... Inni są ślepi, ale ja jestem dobrym psychologiem i obserwatorem. I umiem dodać dwa do dwóch.
- Bredzisz! - wściekł się nie na żarty Louis, jednocześnie rozglądając się wokół, czy przypadkiem nikt nie podsłuchuje. - Mnie i Harry'ego nie łączy żaden... żadna tego typu relacja.
Starał się opanować i zachować zimną krew, ale średnio mu wychodziło. Słowa Liama sprawiały, że było mu na przemian gorąco i zimno, a na plecach czuł spływający stróżkami pot.
- Tylko dlatego, że ty jeszcze nie uświadomiłeś sobie, kim jesteś – nie ustępował Liam. Jego głos stał się nagle bardziej miękki i pełen wyrozumiałości. - Powiedziałem Harry'emu, by się nie bał i zaryzykował, bo inaczej nigdy się nie przekona i zawsze będzie żałował. A ty, Louis, otwórz oczy i nie bój się siebie. Ja was nie zdradzę, nie obawiaj się. Zresztą nie będę tutaj długo.
- Łżesz! - syknął Louis. - Wszystko, co mówisz, jest kłamstwem. Harry to mój kuzyn i nic więcej. Zapamiętaj to sobie.
Zbiegł ze schodów, zostawiając Liama samego na ganku. Cały się trząsł, idąc przez trawnik w kierunku bramy. W głowie mu szumiało.
To, co przed chwilą usłyszał, to nieprawda! On nigdy... I Harry nie...
- Nie bój się siebie, Louis – usłyszał jeszcze, gdy znikał w ciemności.

______________________

 
Jeszcze tak gwoli wyjaśnienia. Może trochę dziwny i niesmaczny wyda się Wam motyw Louisa przeżywającego swój „pierwszy raz” z londyńską prostytutką, ale w tamtych czasach było to zjawisko dość powszechne. W XIX-wiecznej Anglii niby obowiązywały sztywne rygory moralne (osławiona wiktoriańska moralność), a prostytucja kwitła na gigantyczną skalę. I wielu zamożnych młodych mężczyzn przeżywało swoją inicjację z kobietami lekkich obyczajów, służącymi itp. A Louis mający „prawdziwy” romans nie pasował z kolei do fabuły :P

piątek, 27 czerwca 2014

Rozdział 5: Pytania bez odpowiedzi (cz. 3)

Tragedia, naprawdę. Jeśli ktokolwiek jeszcze zagląda na tego bloga, chciałam serdecznie przeprosić za swoją prawie trzymiesięczną nieobecność. Złożyło się na to wiele czynników, nie chce mi się o nich pisać.
Powrót – czyli poniższy odcinek – jest raczej słaby w moim mniemaniu, ale obiecuję, że to już ostatni odcinek nudów ;) Od przyszłego rozdziału będzie ciekawiej i bardziej emocjonująco, przede wszystkim na linii Louis – Harry ;)
Pozdrawiam wszystkich czytających:)))


*    *    *


- Eleanor, jesteś gotowa?
Ciemnowłosa dziewczyna, stojąca przed lustrem, poprawiła włosy, upięte pod lekkim kapeluszem. Wyglądała bardzo elegancko, ubrana w piaskową sukienkę, która ładnie kontrastowała z jej brązowymi lokami.
- Tak, mamo, już idę. - Wrzuciła kilka drobiazgów do torebki.
- Eleanor, czy coś się stało? Wyglądasz na zdenerwowaną.
- Nie, skąd ten pomysł. - Nerwowe ruchy dziewczyny przeczyły jej słowom. - Wszystko jest w porządku.
- Dziecko drogie, nie oszukasz mnie. - Kobieta, bardzo podobna do Eleanor, podeszła bliżej do córki, układającej biżuterię i kosmetyki na toaletce. - Źle się czujesz? Nie chcesz jechać do Tomlinsonów?
- Oczywiście, że chcę. Po prostu... trochę boli mnie głowa.
- Może powiem Kathy, żeby przyniosła ci jakieś proszki?
- Nie, naprawdę nie trzeba, mamo, to przejdzie. Czy... hmm... wiesz może, kto będzie u Tomlinsonów?
- Oprócz nas, Lloydowie, Allenowie oraz pastor Cox z żoną. A dlaczego pytasz?
Eleanor usiłowała uniknąć wzroku matki, ale Frances Calder nie na darmo wychowywała cztery córki. Dziewczęce półsłówka, gesty i miny miała opanowane do perfekcji.
- Eleanor, powiedz mi, o co tutaj chodzi? - zapytała ostrzej. - Jeśli jest jakikolwiek powód twojej niechęci do spędzenia tego popołudnia u Tomlinsonów, chcę go poznać. Czy Louis w jakiś sposób cię uraził?
- Nie, oczywiście, że nie – zaprzeczyła dziewczyna gorąco. Drobną sytuację z niedawnej kolacji u przyszłych teściów, kiedy to Louis nie wykazywał wystarczającego zainteresowania jej talentem muzycznym, puściła już w niepamięć. Nie była małostkowa. - Po prostu... nie mam ochoty spotkać jego kuzyna.
Pani Calder zmarszczyła brwi.
- Tego młodego Stylesa ze Stanów?
Eleanor kiwnęła głową, unikając spojrzenia matki. Poprawiała kapelusz, patrząc w lustro.
- Zrobił coś niestosownego? Źle się zachował w stosunku do ciebie?
Frances Calder nie miała wielkiej styczności z chłopakiem goszczącym u Tomlinsonów. Widziała go raptem trzy razy – na pikniku, kilka dni temu na kolacji oraz gdy wraz z córką odwiedziły Louisa po skręceniu przez niego nogi. Harry Styles wydawał się jej dobrze wychowanym młodym człowiekiem, nawet jeśli widoczny był jego lekki dystans do wszystkiego co go otaczało i do ludzi, z którymi spędzał czas. Z tym większym zdziwieniem przyjęła słowa Eleanor.
- Po prostu nie czuję się dobrze w jego obecności – powiedziała dziewczyna wymijająco. Nie miała ochoty zwierzać się matce ze szczegółów wieczornej rozmowy z Harrym w altanie. Obiecała sobie, że nie powie nikomu. Ani rodzicom, ani Louisowi, ani nikomu innemu. Na zawsze zachowa szczegóły tej upokarzającej konwersacji dla siebie.
- Ale zrobił coś konkretnego, że tak się czujesz? - dopytywała pani Calder.
- Mam wrażenie, że on w dyskretny sposób się ze mnie naśmiewa – odparła, chcąc jakoś wybrnąć. Nie miała pojęcia, że powtarza niemal dokładnie słowa Charlotte. - Jakby uważał mnie za bezwartościową, głupią i... i niegodną Louisa – zakończyła niemal szeptem.
- Niegodną Louisa? - Farnces otworzyła szeroko oczy. - A co to znowu za wymysły! Jakim cudem daleki kuzyn, którego Louis zna raptem kilka tygodni, ma decydować o podobnych kwestiach? Wydaje mi się, że przesadzasz. Nie sądzę, by Louis aż tak liczył się z jego zdaniem. Nawet zakładając, że faktycznie chłopak wtyka nos w te sprawy.
- Może masz rację, mamo. - Eleanor najwyraźniej uznała, że rozmowa nie ma sensu. Jeśli nie zdradzi matce szczegółów spotkania w altanie, czego robić nie zamierzała, nie przekona jej. Sama spostrzeżenia i wrażenia to za mało. - Może tylko wmawiam to sobie.
- Eleanor – pani Calder delikatnie ujęła córkę pod brodę – wiem, że zależy ci na Louisie. Nam, nie ukrywam, też. To wyśmienita partia. Rozumiem, że dużo lepiej poczujesz się po ślubie, albo chociażby po zaręczynach, ale naprawdę uważam, że nie masz czego się obawiać. Louis jest mądrym, odpowiedzialnym mężczyzną, a jego rodzice popierają wasz mariaż. To jest twoja gwarancja. I żaden przybyły ze Stanów daleki krewny nie zmieni tego stanu rzeczy, nie będzie miał wpływu na decyzje podejmowane w tej rodzinie. Możesz być spokojna.
Eleanor odetchnęła lekko. Faktycznie, może niepotrzebnie denerwuje się i przejmuje. Harry Styles może sobie gadać co chce, ale nie ma żadnej realnej możliwości, by cokolwiek pozmieniać na linii Tomlinsonowie – Calderowie. Przyjechał, pojedzie, a rzeczy zostaną po staremu i to, co było postanowione dawno temu, dojdzie do skutku. A nieszczęsna rozmowa w altanie i nieprzystojne słowa Harry'ego pozostaną jedynie bladym wspomnieniem.
Uśmiechnęła się lekko.
- Zaraz lepiej – powiedziała Fances. - Nie przejmuj się takimi drobnostkami. A ze swojej strony dopilnuję, byś miała jak najmniej sposobności zetknięcia się z tym chłopakiem, skoro źle się czujesz w jego obecności.
- Dziękuję, mamo.
- Jesteś piękną, dystyngowaną kobietą. - Położyła córce dłonie na ramionach, spoglądając na jej odbicie w lustrze. - Louis nie mógłby wymarzyć sobie wspanialszej żony. Ten osobnik z Bostonu niczego nie zmieni.
Frances Calder nie wiedziała, jak bardzo się myli.


*


Spotkanie u Tomlinsonów było natury towarzysko – biznesowej. Rozegrano mecz krykieta, po czym służba podała obiad w ogrodzie. Następnie kobiety w swoim gronie raczyły się kawą, a mężczyźni w swoim brandy i rozmowami o polityce, interesach i pieniądzach. Ku uldze Eleanor Harry nie był obecny, nawet go nie widziała. Za to Louis oczywiście uczestniczył w spotkaniu, ale Eleanor wydawał się dziwnie roztargniony. Często popadał w zamyślenie, w minimalnym stopniu uczestniczył w konwersacji, a jeśli ktoś bezpośrednio do niego skierował pytanie, musiał je powtarzać, by Louis zareagował. Wyglądał, jakby myślami był daleko od krykieta, zupy szpinakowej, faszerowanego bażanta, spółki handlowej ojca i całej reszty tego, czym zajmowało się towarzystwo owego słonecznego popołudnia.
Nikt jednak nawet w najśmielszych fantazjach nie mógł podejrzewać, co kryje się w głowie młodego Tomlinsona. A zajmował ją niemal w całości młody chłopak o kręconych włosach i promiennych zielonych oczach. Louis nie zapomniał o snach. Gdy tego poranka wszedł do salonu, niemal automatycznie zerknął na fortepian. Ale taboret był pusty, a całe pomieszczenie piękne, wykwintne i skąpane w lekkim świetle sączącym się z okien. Ani śladu ruiny, kurzu, zniszczonych draperii czy wybitych szyb. I ani śladu nagiego Harry'ego składającego na jego ustach erotyczny pocałunek.
- Louis... Louis, mówię do ciebie. - Jak przez mgłę przebił się do chłopaka głos matki. Tomlinson otrząsnął się z sennych wspomnień.
- Słucham, mamo. Mówiłaś coś?
- Owszem, od kilku dobrych chwil, ale ty dziś wyjątkowo bujasz w obłokach.
- Przepraszam, pisałem rano pracę na temat odpowiedzialności deliktowej i nadal zaprząta mi umysł. - Było to tylko po części kłamstwo. Louis naprawdę starał się przygotować materiały na jeden z zadanych tematów, których opracowaniem studenci mieli zająć się podczas wakacji; spędził nad tym całe przedpołudnie. Ani matka jednak, ani nikt inny nie musieli wiedzieć, że prawnicze zagadnienia zupełnie nie wchodziły mu do głowy, wypełnionej obrazami Harry'ego Stylesa i gmatwaniną sprzecznych emocji.
- Nie dyskutujmy o obowiązkach w tak przyjemne popołudnie – powiedziała lekko Frances Calder. - Prawo poczeka.
- Całkowicie się zgadzam – poparła ją Mary. - Może zabrałbyś Eleanor na spacer? Jest tak piękna pogoda.
Louis zbyt dobrze znał układy towarzyskie, by na podobną „zachętę” odpowiedzieć: nie. Podał zatem ramię przyszłej narzeczonej i oboje udali się na przechadzkę po okolicy, odprowadzani dyskretnymi spojrzeniami pozostałych.
Jedno lubił w Eleanor: nie była kapryśna i nie robiła problemów z byle czego. W zasadzie zgadzała się na wszystkie jego propozycje, więc tym razem również nie miała nic przeciwko spacerowi po łące, nie utyskując, że pobrudzi sobie buty albo ugryzie ją komar.
Pogoda była rzeczywiście cudowna. Po wczorajszej burzy nie doskwierał już upał, powietrze było ciepłe i rześkie. Eleanor niosła w dłoni beżową parasolkę, osłaniając się od słońca.
Rozmawiali w zasadzie o wszystkim i o niczym. Louis starał się koncentrować na tym, co mówi dziewczyna i odpływać zanadto myślami w kierunku Harry'ego.
Styles ponownie zniknął, jak to często miał w zwyczaju; nie było go nawet na obiedzie, co już wcześniej zakomunikował domownikom, gdy tylko dowiedział się, że przychodzą goście. Louis z jednej strony był za to wdzięczny losowi, ale z drugiej, konieczność tkwienia w nieszczególnie interesującym towarzystwie męczyła go potwornie.
- Nie tęsknisz za Londynem? - zapytała Eleanor, gdy stanęli na niewielkim wzniesieniu i spoglądali na okolicę. - Tu musi wydawać się nudno w porównaniu z wielkim miastem.
- Czasem dobrze jest odpocząć – odparł Louis. - Odciąć się od tego zgiełku, tłumów, ciągłego pośpiechu. Ale na dłuższą metę nie chciałbym prowadzić życia ziemianina. Mam nadzieję, że tobie też spodoba w Londynie.
- Z pewnością... Louis... czy tam ktoś leży?
Louis zerknął we wskazanym przez dziewczynę kierunku i serce uderzyło mu szybciej. Te kasztanowe loki poznałby wszędzie.
- Harry... - powiedział cicho.
Młody Styles leżał wśród traw, wystawiając twarz do słońca. Koszulę miał rozpiętą, a ręce założone za głowę. Być może spał. W każdym razie zdawał się nie widzieć Louisa i Eleanor.
- Zostawmy go. - Tomlinson przełknął ślinę. - Pewnie śpi.
- Dlaczego nie we własnym łóżku?
Bo jego „własne łóżko” jest tysiące kilometrów stąd, odpowiedział w myślach Louis. O ile on w ogóle gdziekolwiek ma swoje miejsce...
- Harry jest specyficzny – odparł, z trudem odrywając wzrok od sylwetki kuzyna. - Lubi wolność. Chodźmy.
Nie powiedział nic więcej. Zdecydowanie nie chciał rozmawiać z Eleanor na temat Stylesa. Musiał sam uporać się z dziwnymi uczuciami, jakie zaczynał żywić w stosunku do niego. Nikt nie mógł o tym wiedzieć, bo nikt by go nie zrozumiał, a tym bardziej nie pomógł.
- Czy ty... dobrze go znasz? - odezwała się po chwili Eleanor, gdy już szli w przeciwnym kierunku.
Louis spiął się. Nie mógł twardo oznajmić, że nie chce poruszać tematu Harry'ego, bo Eleanor wydałoby się to podejrzane. Musiał wybrnąć bardziej dyplomatycznie.
- Lubię go. - Może nawet bardziej niż powinienem. - Jest dobrym człowiekiem, nawet jeśli stara się to ukrywać pod maską sarkazmu albo znudzenia.
Louis poluzował kołnierzyk przy szyi. Było mu gorąco w koszuli i marynarce. Boże, ile by oddał, by móc teraz leżeć razem z Harrym na trawie, wystawiając nagą klatkę piersiową w stronę słońca. Być czuć chłód nadal chłodnej po nocnym deszczu ziemi, podmuchy wiatru i promienie słońca muskające skórę. By rozmawiać swobodnie, bez wymuszonej grzeczności obowiązującej względem kobiet. Tak bardzo zazdrościł Harry'emu jego nonkonformizmu i wolności.
Nikt nie jest wolny, przypomniał sobie, co powiedział kiedyś Harry. I każdy ma tajemnice.
- Wracajmy do Castamere – zdecydował. - Niedługo powinni podać podwieczorek.
Eleanor być może chciała jeszcze o coś zapytać, ale zrezygnowała. W reakcji Louisa wyczuła nerwowość, a podświadomie czuła, że nie powinna drążyć tematu. Wścibstwo nie było dobrze widziane i wiedziała, że Louis nie znosi nadmiernie ciekawskich kobiet. Bo Eleanor szczerze zależało na Tomlinsonie. Matka patrzyła na ich przyszłe małżeństwo głównie pod kątem materialnym, ale dziewczyna naprawdę chciała stworzyć z młodym prawnikiem szczęśliwy związek. Marzyła o domu, dzieciach, rodzinie. Chciała być dla niego dobrą żoną.
Louis milczał przez większość drogi powrotnej do Castamere, ale Eleanor była niemal pewna, że nie myślał o wypracowaniu prawniczym. Co zaprzątało jego myśli? Nie wiedziała.
Pytania nadal pozostawały bez odpowiedzi.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Rozdział 5: Pytania bez odpowiedzi (cz.2)

Witajcie:) Odcinek tragicznie krótki, za co z góry serdecznie przepraszam. Miał być dłuższy, ale czuję się fatalnie z faktem, że przez miesiąc nie wrzucałam totalnie nic, zatem dam chociaż tyle. Postaram się napisać jego kontynuację w miarę szybko, choć zmagam się z brakiem weny i zapału :( A na dodatek nie ma ostatnio nic nowego związanego z Larrym... Może sytuacja odmieni się, gdy rozpocznie się trasa ;)
Miłego czytania:)
A tak w ogóle zakochałam się w opowiadaniach na TYM BLOGU! Dziewczyna ma naprawdę niesamowity talent, muszę jej napisać jakiś komentarz. Świetne historie, a do tego kapitalnie napisane. Polecam, choć pewnie wszyscy już znają;)


 *

 
Po całym dniu upału, wieczorem nad Castamere przeszła burza. Deszcz padał jeszcze długo potem, bębniąc w szyby i szumiąc w liściach drzew.
Louis bezskutecznie usiłował zasnąć. Dziwne, bo w Londynie nie przeszkadzał mu hałas ulicy za oknem, natomiast tutaj drażnił go nawet szmer deszczu. Próbował czytać, by zmęczyć oczy, ale nie potrafił skoncentrować się na lekturze; wracał po kilkanaście razy do jednego zdania, nie rozumiejąc w ogóle treści. W końcu sfrustrowany odrzucił książkę na nocny stolik.
Mając pełną świadomość tego, że postępuje głupio, wymknął się nawet na korytarz, by sprawdzić, czy może tej nocy Harry gra na fortepianie. Ale z parteru nie dobiegało żadne światło i najlżejszy nawet dźwięk muzyki. Harry zatem spał. Spał w tym swoim niewielkim pokoiku, po którym Louis buszował zaledwie kilkanaście godzin wcześniej. Spał, mając tuż koło siebie oprawiony w brązową skórę notatnik, o którym Louis nie umiał przestać myśleć.
Jezu, zwariuję przez tego chłopaka!, myślał, wracając do swojej sypialni. Co się ze mną dzieje?
Wgramolił się do łóżka, opadając ciężko na poduszki. Próbował, jak to się mówi, wyłączyć umysł, jednak starania szły na marne, gdyż ciągle pod jego powiekami pojawiały się tak dobrze mu znane zielone oczy, kasztanowe loki i idealnie wycięte, kuszące wargi. Było około pierwszej w nocy, gdy wreszcie udało mu się zapaść w płytki sen.
Stał w dobrze sobie znanym hallu Castamere, ale dom nie wyglądał tak, jak powinien. Był zaniedbany i pusty, a ponadto skąpany w dziwnym szarym świetle. Na schodach leżały wyblakłe dywany, a podłogę pokrywała gruba warstwa kurzu. Wiszące na klatce schodowej portrety przodków Tomlinsonów ktoś porozcinał; płótno było poprute i gdzieniegdzie smętnie zwisało z ram, tak, że nawet nie dało się rozpoznać postaci.
Louis, zdezorientowany, rozejrzał się dookoła.
- Mamo?
Odpowiedziała mu jedynie cisza.
- Tato?... Suzi?! Rebecco?!
Wykrzykiwał imiona domowników coraz głośniej, ale nikt się nie odezwał. Wyglądało, jakby wszyscy dawno stąd odeszli albo wymarli. Castamere było puste, brudne, martwe... Przestraszony Louis spojrzał na swoje odbicie w lustrze, ale wbrew temu, czego mógł oczekiwać, nie dostrzegł zgrzybiałego starca; nadal miał swoje dwadzieścia jeden lat, a na ciele ubranie z końca dziewiętnastego wieku. Ale ten wymarły dom... W jakich czasach się znalazł?
Nagle skądś dobiegła muzyka, miarowe, hipnotyzujące dźwięki fortepianu.
Harry.
Nogi same poniosły Louisa do salonu, gdzie, jak pamiętał, stał fortepian. Pomieszczenie, dawniej będące dumą Castamere, przedstawiało sobą tak samo smętny obraz jak hall. Wszędzie zalegał kurz, złocone draperie na ścianach poszarzały i wyblakły, z sufitu zwieszał się zaśniedziały żyrandol, a w oknach wybito dwie szyby, co sprawiało, że wystrzępione firany powiewały smętnie. Z każdego kąta zdawała się wyzierać żałoba za dawnymi dniami chwały tego domu, które bezpowrotnie minęły.
A w środku tej scenerii martwoty i upadku, przy fortepianie, który cudem uniknął dewastacji, siedział Harry Styles. On również, podobnie jak Louis, w cudowny sposób oparł się działaniu niszczycielskiego czasu. Był tak samo młody i piękny, jak Louis go zapamiętał. Z tymi swoimi zielonymi oczami, lokami i kształtnymi ustami. Harry grał. I... był zupełnie nagi.
Louis stanął niczym zahipnotyzowany, zupełnie nieświadomie przesuwając wzrokiem po sylwetce Harry'ego. Jego zgrabne, młode ciało było kwintesencją najskrytszych marzeń. Louis poczuł mrowienie w dole brzucha i głośno przełknął ślinę.
Harry podniósł wzrok znad klawiatury i uśmiechnął się lekko, a następnie wstał, sprawiając, że Louis mógł go podziwiać w całej okazałości. W chłopaku o kręconych włosach nie było śladu zawstydzenia, natomiast Louis daremnie usiłował nie spoglądać na jego ciało – a zwłaszcza dolne rejony – by nie pogarszać swego stanu. Stał jak wrośnięty w ziemię, podczas gdy Harry szedł w jego kierunku, stąpając bosymi stopami po zakurzonym dywanie.
- Czekałem na ciebie – odezwał się swoim charakterystycznym, lekko zachrypniętym głosem. - Oni odeszli, ale ja zostałem. Wiedziałem, że kiedyś tu przyjdziesz...
Louis nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Oczy Harry'ego przewiercały go na wylot.
- Już nikogo nie ma, tylko my – szepnął. - Wreszcie będziesz mój...
Nachylił się i... złożył na ustach Louisa pocałunek. Pocałunek wzbierający na sile z każdą sekundą, władczy, wyczekiwany, upragniony przez lata... Louis poczuł, jak jego własne ciało ogarnia gorąco, jakiego nigdy w życiu nie czuł...
...A potem obraz zniknął, zastąpiony przez inny.
Był parny, letni dzień, samo południe. Louis szedł leśną ścieżką, a przez korony drzew sączyło się światło słońca. Las nie był szczególnie gęsty, przypominał raczej zagajniki, jakich wiele znajdowało się w pobliżu Castamere. Niewykluczone, że Louis przechadzał się po jednym z nich, choć nie potrafił dokładnie określić lokalizacji. W miarę jak szedł, robiło się coraz cieplej, a wokół narastała kakofonia nieokreślonych dźwięków. Było tam kukanie kukułki, szum wodospadu, gwar londyńskiej ulicy, odgłos syreny ogłaszającej wypłynięcie statku z portu, głos matki wydającej polecenia służbie, śmiech Suzi, stukot kół pociągu – i wiele innych mieszających się ze sobą dźwięków. Z każdym krokiem Louisa las stawał się coraz bardziej niesamowity, zdawał się zamykać nad głową chłopaka, wciągał go w swą zieloną otchłań. Mimo to Louis, choć odczuwał lęk, szedł dalej, wabiony nieznaną siłą. Serce tłukło mu się w piersi, pot spływał strużkami z czoła.
- Znajdź mnie - usłyszał prowokujący, zabarwiony śmiechem głos. - Wiem, że mnie szukasz.
Zachęta powtórzyła się trzykrotnie i Louis zdał sobie sprawę, że głos należy do Harry'ego. Przestraszył się.
- Nie szukam! - odkrzyknął, ale mimo to nie zatrzymał się. Pot płynął mu po twarzy.
Odpowiedzią był jedynie śmiech.
- Zostaw mnie w spokoju!
- Nie oszukasz siebie. Toniesz...
Louis nagle spostrzegł, że trawa pod jego nogami wcale nie jest trawą, a wodą – zieloną i migotliwą. Nagle znikły wszystkie drzewa i zarośla, ucichły wszelkie dźwięki i chłopak zauważył, że stoi na środku jeziora. Od brzegu dzieliło go dobre sześćdziesiąt jardów. Ogarnęło go przerażenie.
- Nie!
W tej samej sekundzie toń rozstąpiła się pod jego stopami i zapadł się pod wodę. Zielona kipiel zamknęła się nad nim z głośnym pluskiem i strumieniem białej piany. Przerażony trzepotał rękami, ale nie był w stanie płynąć; coś ciągnęło go w dół. Wokół migotała zdradziecka zieleń, przez którą przebijały promienie letniego słońca. Walczył ze wszystkich sił, ale nie potrafił wypłynąć na powierzchnię. Dusił się, dusił...! Gdy usiłował zaczerpnąć powietrza, woda wdarła się mu do płuc paraliżującym strumieniem...
Krzyknął i usiadł na łóżku, kurczowo chwytając się za gardło. Przez dłuższą chwilę nie umiał złapać oddechu, mając wrażenie, że coś go dławi.
Zamrugał szybko.
Sen... Tylko śniłem...
Nie było żadnego jeziora, żadnego lasu, żadnej orkiestry dźwięków. Była jedynie jego znajoma sypialnia i własne łóżko. I jego dom, piękny i elegancki, a nie tamta ponura ruina ze snu.
Ale... co to wszystko znaczyło?
Utoniesz w zielonych jeziorach, przypomniało mu się znienacka. Woda w koszmarze miała dziwny zielony kolor, a on nie był w stanie w niej pływać... tonął... Ale dlaczego o wszystkim mówił Harry? Bo to jego głos słyszał. I dlaczego wcześniej widział go nagiego...? Co znaczyło, że Harry powiedział „czekałem na ciebie”, grając na fortepianie w zrujnowanym Castamere?
To tylko sen, powtórzył sobie Louis. Mimo to nie potrafił zasnąć ponownie.
Na zewnątrz deszcz przestał padać. Wokół panowała cisza. Ciężka, dusząca, pełna sekretów cisza.

niedziela, 9 marca 2014

Rozdział 5: Pytania bez odpowiedzi (cz. 1)



Witajcie:)
Przechodzimy do kolejnego rozdziału, który będzie miał tylko dwie części; dziś pierwsza. Scenę z Louisem z dzisiejszego odcinka wymyśliłam zaledwie kilka dni temu, jadąc rano do pracy ;D I tak to wygląda – plan planem, a czasem w rzeczywistości coś idzie innym torem :P Choć w tym przypadku akurat uważam, że wyszło do opowiadaniu na dobre.
Dzięki za follow na tt:) Będę tam informować o nowych rozdziałach.
Miłego czytania:)

______________________________


 

ROZDZIAŁ 5
PYTANIA BEZ ODPOWIEDZI


Charlotte Tomlinson nie wyróżniała się niczym szczególnym na tle swojego rodzeństwa. W porównaniu z inteligentnym, pracowitym Louisem i żywiołową Suzi, była zupełnie pospolita. Uczyła się na pensji dla bogatych panien w Leicester, gdzie kształciło się większość młodych arystokratek z okolicy, umiała tańczyć, grać na pianinie i nie najgorzej recytować wiersze, ale w zasadzie na tym jej zdolności się kończyły. Charakterem wdała się w swoją matkę – była spokojna i opanowana, obce jej było wyrachowanie, ale też nie przejawiała szczególnych ambicji życiowych. Wolała prowadzić poukładane życie, zgodne z przynależnością do swojej klasy społecznej, a najbardziej w świecie bała się nieprzychylnych opinii „towarzystwa” na swój temat.
Na pensji w Leicester miała kilka przyjaciółek, ale najbliżej związała się z Christine Stevenson, córką Barbary, z którą matka Charlotte utrzymywała bliskie relacje towarzyskie. Dzięki temu dziewczynki mogły spotykać się również w wakacje.
Tego popołudnia siedziały w mniejszym saloniku w Castamere, podczas gdy ich matki popijały kawę na werandzie.
- Mama mówiła mi o wczorajszym przyjęciu. – Christine sięgnęła po kolejne ciastko migdałowe, które tak uwielbiała. – Podobno twój kuzyn przepięknie grał na fortepianie. Musiałaś go słyszeć kiedyś. Naprawdę jest taki dobry?
- Przy mnie nigdy oficjalnie nie zagrał. – Charlotte skrzywiła się nieco. Nie mogła doczekać się, aż skończy szesnaście lat i będzie mogła oficjalnie, pod opieką rodziców, brać udział w spotkaniach towarzyskich dorosłych. – Słyszałam tylko kilka razy zza ściany. Ale jest niezły.
Charlotte była trochę zazdrosna o talent Harry’ego. Zanim pojawił się w Castamere, to ona była naczelną pianistką w rodzinie. Louis i ojciec w ogóle nie znali się na muzyce, matka sporo już zapomniała, bo nie ćwiczyła, a Suzi dopiero stawiała pierwsze kroki w tej dziedzinie. Tymczasem pojawienie się kędzierzawego chłopaka zza oceanu zepchnęło ją z piedestału. Oczywiście dobre wychowanie nie pozwalało Charlotte dać wyraz swoim uczuciom, jednak zadra tkwiła w sercu piętnastolatki.
- Niezły jest nie tylko pod względem gry – Christine zniżyła głos do szeptu, pochylając się ku przyjaciółce i puszczając jej porozumiewawcze oczko. – Widziałam go na pikniku. Te oczy mogłyby zawrócić w głowie niejednej kobiecie. A usta…
Charlotte przewróciła oczami. Ta niepoprawna Christine Stevenson! Dziewczyna uwielbiała plotkować o chłopakach, w szkolnych dormitoriach zawsze była prowodyrką tego typu rozmów. Oczywiście wszelakie zainteresowanie młodych panienek płcią przeciwną spotkałoby się z natychmiastową reakcją wychowawczyń, ale czego oczy nie widziały, tego sercu nie żal. Wieczorami, za zamkniętymi drzwiami plotkowano i marzono zatem na potęgę. Wszak zarówno Christine, jak i Charlotte były dorastającymi dziewczętami i drobne platoniczne miłostki nie były im obce. Z tym, że córka Tomlinsonów dużo bardziej pilnowała się, by niczego nie dać po sobie poznać.
- Powiedz – kontynuowała Christine konspiracyjnym szeptem – jaki on jest?
- Harry? W zasadzie nie wiem, nie mam z nim zbyt dobrego kontaktu. Dużo więcej czasu spędza z Louisem albo z Suzi.
- Z Suzi? – zdziwiła się Christine. – Przecież ona ma jedenaście lat. Co oni robią razem?
- Grają w badmintona, albo różne gry, czasem coś sobie opowiadają. Suzi jest straszną gadułą, a jemu najwyraźniej to nie przeszkadza. Przynajmniej do czasu.
- To znaczy? – Panna Stevenson najwyraźniej była zdeterminowana dowiedzieć się jak najwięcej.
- Harry czasem wpada w jakąś dziwną melancholię. Wtedy siedzi sam, albo chodzi po okolicy. Często znika. Rodzice już się do tego przyzwyczaili.
- Tajemniczy – zachichotała Christine. – Interesująca cecha.
Charlotte przez chwilę wyglądała, jakby gryzła się z myślami, czy kontynuować temat kuzyna. Ale wreszcie zwyciężyła chęć wygadania się komuś, a to mógł być do tego celu odpowiedniejszy, jak nie najlepsza przyjaciółka.
- Wiesz – powiedziała, bawiąc się materiałem sukienki – dla mnie on jest dziwny. Niby całkiem przystojny, zabawny, podobno nieźle sytuowany, ale ma w sobie coś, co mi się nie podoba. Dziwnie się przy nim czuję. Jakby cały czas mnie obserwował i potajemnie się ze mnie naśmiewał. Nie lubię jego spojrzenia.
Christine niemal podskoczyła z podekscytowania, jednocześnie nerwowo zerkając w stronę drzwi, czy aby nie nadchodzą matki. Upewniwszy się, że wszystko w porządku, pochyliła się ku przyjaciółce.
- Lottie, kochanie, a może zwyczajnie mu się podobasz! I dlatego cię obserwuje. Och, zazdroszczę ci – zaśmiała się. – Wspaniała partia. W Anglii takich mężczyzn nie ma.
- Nie wygaduj głupstw – prychnęła Charlotte, ale widać było, że sugestia przyjaciółki nie była jej niemiła. – Ze strony Harry’ego nie jest to z pewnością ten rodzaj zainteresowania. Zresztą… on chyba nie lubi dziewczyn.
Christine uniosła brwi.
- Co masz na myśli?
- Kiedyś przez przypadek wymsknęło mi się przy Rebece, że Harry na pikniku wpadł w oko Lucy Bellward. A Rebecca odpowiedziała, żeby Lucy nie robiła sobie nadziei, bo Harry raczej nie interesuje się kobietami.
- Nie interesuje się kobietami? – powtórzyła Christine zdziwiona. – A co to znaczy?
- Nie mam pojęcia. Akurat weszła mama i temat był skończony.
- Może on ma jakąś narzeczoną w Bostonie? – zastanawiała się dziewczyna. – Albo ukochaną, której przysięgał wierność?
- Nic mi o tym nie wiadomo. O nikim takim nie wspominał. Kiedyś przy kolacji – zamyśliła się Charlotte – mama zapytała, jakie ma plany na życie po powrocie z Europy. W jakim kierunku chce się uczyć, czy zamierza się ożenić… A Harry zaśmiał się i powiedział, że małżeństwo to raczej nie dla niego.
- Może jakaś złamała mu serce. – Christine najwyraźniej w tajemnicy naczytała się za dużo ckliwych romansów. – I dlatego zraził się do kobiet.
- Nie sądzę. – Charlotte zmarszczyła brwi, starając się przypomnieć sobie więcej szczegółów. – Rebecca mówiła to w taki sposób, jakby Harry w ogóle nie interesował się kobietami, jakimikolwiek i kiedykolwiek. Tak z zasady.
- Dziwna sprawa – skrzywiła się Christine. – Nie rozumiem tego ani trochę. A ty?
- Ja też nie.
- Przecież mężczyzna wcześniej czy później musi się ożenić, założyć rodzinę… Jak twój brat i Eleanor Calder. Może Rebecca tak tylko gadała, żeby nie przyszło ci do głowy swatać Harry’ego z Lucy.
- Możliwe. – Charlotte nie wydawała się przekonana. – Ale zostawmy już ten temat. I tak nic nie wymyślimy. Mówiłam ci już, że w przyszłym tygodniu jadę na zabawę do Calderów? Eleanor mnie zaprosiła…

 *
 
Louis wiedział, że nie powinien tego robić. Zdecydowanie. Jeszcze idąc korytarzem w kierunku ostatniego pokoju na piętrze, walczył w wyrzutami sumienia. Do cholery, zachowywał się jak drobny złodziejaszek, który pod nieobecność właściciela zakrada się do jego mieszkania, by przeprowadzić rekonesans!
W sumie co mi to da?, próbował przekonać samego siebie. Postępuję jak świr.
Ale nogi same niosły go ku mahoniowym drzwiom.
Wiedział, że Harry’ego nie ma w domu; wybrał się do pobliskiego Oadby, by odebrać w wiejskim sklepiku papier nutowy, który właściciel sprowadził specjalnie dla niego. Louis wyłgał się od towarzyszenia mu obowiązkami względem ojca. Ale prawda była inna: korzystając z nieobecności Harry’ego postanowił zrealizować plan, który pojawił się w jego głowie już kilka dni temu. A mianowicie zakraść się do pokoju zajmowanego przez kuzyna.
Dlaczego to robił? Sam do końca nie wiedział. Zaczynał jednak bać się swojej rosnącej obsesji – bo tak trzeba to nazwać – na punkcie chłopaka ze Stanów. Harry Styles był obecny w myślach Louisa niemal bez przerwy. Fascynował go. Był tak inny od wszystkich ludzi, których Louis poznał w swoim dwudziestojednoletnim życiu. Był w nim coś przyciągającego, frapującego. Taka ukryta dzikość serca, przysłonięta obowiązkowym płaszczykiem dobrych manier. Przede wszystkim nie był nudny. Louis, mimo iż sam krytycznie oceniał własną osobę jako mało zajmującą, nie znosił nudnych ludzi. Strasznie męczyła go konieczność obcowania z nimi. Natomiast Harry był totalnym zaprzeczeniem nijakich, płaskich i ograniczonych w swych poglądach ludzi, z jakimi często z konieczności miał styczność. Louis miał wrażenie, że mógłby spędzić z Harrym całe życie i ani przez chwilę by się nim nie znudził. Oczywiście o ile wcześniej by go nie zamordował za jego upór i nieustanną emocjonalną huśtawkę, jaką ten chłopak fundował.
Jednocześnie Louis czuł, że tak naprawdę, mimo godzinnych rozmów z Harrym, nie zna go ani trochę. Nie potrafił go rozgryźć. Już nawet pomijając te dziwne zmiany nastrojów. Harry był typem człowieka, który przemawiał nie tylko ustami. Grał twarzą, oczami, gestami, ułożeniem warg… Louisowi wydawało się, że mowa ciała ma w przypadku Harry’ego dużo większe znaczenie niż jego słowa. A i same słowa niosą ukryty sens. I właśnie tego sensu Louis nie potrafił rozszyfrować. Miał wrażenie, że Harry wysyła mu pewien zakamuflowany komunikat i czeka, by starszy chłopak go odkrył. Ale Louis czuł, że czegoś mu brakuje. Jakiegoś niezwykle ważnego elementu, który pozwoli poukładać w całość skomplikowaną układankę o nazwie „Harry Styles”.
Łudził się, że potajemne przyjrzenie się pokojowi zajmowanemu przez Harry’ego, pomoże mu ów element odnaleźć.
Boże, to jakiś obłęd, szepnął w myślach, stając przed właściwymi drzwiami i kładąc dłoń na klamce.
Zerknął wzdłuż korytarza, ale na piętrze nie było żywej duszy. Przeklinając w duszy własne wścibstwo i głupotę, wślizgnął się do środka, cicho zamykając za sobą drzwi.
Rzadko bywał w tym pomieszczeniu. Pełnił on rolę zapasowego pokoju gościnnego, używanego wyłącznie wówczas, gdy w Castamere przebywało więcej gości. Nie było tu nawet osobnej łazienki. W zasadzie dziwne, że Harry chciał mieszkać właśnie tutaj, podczas, gdy mógł mieć do dyspozycji dużo wygodniejszy, większy i jaśniejszy pokój. W tym, położonym w najdalszej części domu, okno wychodziło na północ, a ponadto za szybą rosło rozłożyste drzewo. Ale może Harry lubił takie mroczne klimaty…?
Louis stanął tuż za drzwiami i rozejrzał się uważnie.
Harry zachowywał umiarkowany porządek, ale nie był bałaganiarzem. Łóżko najwyraźniej ścielił sam, bo beżowa kapa była na nie zarzucona niezbyt starannie. Z krzesła zwisało kilka nieposkładanych ubrań.
Louis podszedł do biurka. Leżało na nim kilka kartek zapisanego i gdzieniegdzie pokreślonego papieru nutowego, przybory do pisania i parę książek. Chłopak przejrzał tytuły, ale nie znalazł niczego osobliwego. Trzy książki prawdopodobnie pochodziły z biblioteki jego ojca, dwie raczej stanowiły własność Harry’ego, bo wydano je w Nowym Jorku. „Portretu Doriana Greya” nie było. Louis zauważył, że w jednej z książek tkwi zakładka, więc otworzył wolumin na zaznaczonej stronie. Przebiegł wzrokiem tekst, jednak nic nie przykuło jego uwagi ani też nie wzbudziło podejrzeń. Pewnie Harry po prostu skończył czytać na tym fragmencie i założył stronicę, by nie zgubić wątku. Louis odłożył książkę idealnie w to samo miejsce i rozejrzał się dalej.
Czując koszmarne wyrzuty sumienia i obrzydzenie do samego siebie, zaglądnął do szafek i komody. Ubrania, buty, przybory toaletowe… Nic ciekawego.
A czego się spodziewałeś?, szepnął sarkastyczny głosik w jego głowie. Potwora z Loch Ness?
Louis ponownie rozejrzał się po pomieszczeniu, analizując, który jeszcze element mógłby zbadać. Zmarszczył czoło. Coś mu tu nie pasowało… Dopiero po dłuższej chwili skonstatował, iż mimo, że Harry przebywał w Castamere już od kilku tygodni, jego pokój wyglądał dziwnie pusto i bezosobowo. Jak apartament w hotelu, gdzie człowiek zatrzymuje się na jedną czy dwie noce. Brakowało tu elementów osobistych… zdjęć…
Właśnie, w całym pokoju nie było ani jednego zdjęcia w ramce, żadnej pamiątki z domu! Louis w swoim wynajmowanym mieszkaniu w Londynie miał pełno fotografii rodziców, sióstr, przyjaciół… Tymczasem wydawało się, że Harry, wybierając się w wielomiesięczną podróż za ocean, nie zabrał ze sobą nic. W ogóle – Louis przypomniał sobie na szybko wszystkie rozmowy z chłopakiem – rzadko mówił o swoim życiu w Bostonie i wyraźnie nie lubił tego tematu. Jakby chciał coś ukryć. Albo… zostawić za sobą.
Tak, w tym pokoju nie było niczego, co by świadczyło, że Harry Styles tęskni za domem.
Louis podszedł do szafki nocnej. W pierwszym odruchu chciał przysiąść na łóżku, ale szybko się zreflektował. Zagniecenia pościeli byłby niechybnym znakiem, że ktoś buszował po pomieszczeniu. Na blacie stała jedynie karafka z wodą i szklanka oraz leżała oryginalna srebrna brosza, którą Harry poprzedniego dnia wieczorem nosił pod szyją, a która wzbudziła drwiący śmiech Roberta Caldera. Ozdoba była dość niecodzienna jak dla mężczyzny i pewnie na każdym innym chłopaku wyglądałaby idiotycznie, ale Harry’emu w zadziwiający sposób pasowała.
W dalszej kolejności Louis zajrzał do szufladki w szafce nocnej… i drgnął. Spoczywał tam oprawiony w brązową skórę notatnik wielkości standardowego zeszytu, zapinany na pasek. Musiał stanowić własność Harry’ego już od dłuższego czasu, bo okładka była podniszczona i gdzieniegdzie poprzecierana. Ponadto Harry najwyraźniej lubił po niej bazgrać. Louis pochylił się nad szufladą, nie śmiejąc wyciągnąć notesu. Schematyczne rysunki Harry’ego nie miały żadnego sensu – były tam między innymi filiżanka z unoszącą się z niej parą, motyl, para dłoni złączonych w uścisku i coś co wyglądało jak kompas. Dziwactwo… Bardziej uwagę Louisa przykuły napisy. Były trzy.
I can love you more than this
They don’t know about us
Loved you first
Chłopak odczytał je z pewnym trudem. Nie chciał podnieść notatnika do światła, a pismo Harry’ego było drobne i mało wyraźne, zwłaszcza na chropowatej skórze. Przeczytał je kilka razy szeptem, usiłując nadać im logiczną całość.
- I can love you more than this…
Ukłuło go nieprzyjemne uczucie. Trzy krótkie sentencje wydawały się odnosić do skrytego uczucia, które Harry żywił względem kogoś.
Ta osoba mnie skrzywdziła. Potraktowała jak zabawkę… i uciekła…, w głowie Louisa pojawiły się strzępy rozmowy z Harrym sprzed kilku dni. Wychodziło na to, że chłopak miał romans z jakąś kobietą, ale związek zakończył się nieszczęśliwie.
Z jakiegoś powodu Louis poczuł się z tym faktem fatalnie. Świadomość, że piękny, tajemniczy Harry Styles podarował komuś swoje serce, że ktoś miał jego słodki uśmiech i błyszczące oczy wyłącznie dla siebie, burzyła w nim krew. Już nawet nie chodziło o to, że ta osoba w finale skrzywdziła Harry’ego, ale o samo uczucie, że chłopak należał do kogoś. Kogoś innego.
Louis odetchnął głęboko, starając się uspokoić niebezpieczne myśli. Nie miał prawa przejawiać zazdrości. Skąd w ogóle wzięło się w nim to uczucie?
I can love you more than this i Loved you first – te dwa napisy wyglądały na nowsze, trzeci był już nieco zatarty.
- They don’t know about us…
Kim byli owi „oni”? Czyżby romans Harry’ego z bezimienną kobietą pozostawał z konieczności w ukryciu? „Oni” – czyli pewnie otoczenie, rodzina, społeczeństwo – nie mogli się dowiedzieć. Może było w tym uczuciu coś zakazanego? Może jego wybranka była już z kimś związana? Albo mimo iż kochała Harry’ego, zmuszona była poślubić kogoś innego? Loved you first… Pokochałem cię pierwszy… Tak, to by miało sens.
Harry Styles zakochany, tak naprawdę, bez pamięci… Harry związany z kimś… Całujący czyjeś usta… Śpiący w czyichś ramionach…
Louis zacisnął powieki, starając się wyrzucić ten obraz z pamięci. Boże, to chore! Nie miał prawa czuć tego, co czuł! Dlaczego podświadomie pragnął, by Harry nigdy nie doświadczył miłości kogokolwiek? By nigdy do nikogo nie należał? By był czysty, idealny? Musi pozbyć się tych uczuć, natychmiast! Tej chorej obsesji, rosnącej z każdym dniem.
Przygryzł mocno wargę, walcząc z pragnieniem wyciągnięcia notesu z szuflady i przejrzenia jego zawartości. Ten mały przedmiot mógł zawierać odpowiedzi na wszystkie jego pytania…
Nie, nie mogę.
Nie darowałby sobie, gdyby w tak drastyczny sposób naruszył prywatność Harry’ego. I tak zrobił to, wkradając się do jego pokoju i przeglądając jego rzeczy, ale przeczytanie pamiętnika to byłoby zbyt wiele. A może podświadomie bał się, co mógłby tam znaleźć…?
Zamknął szufladę i szybkim krokiem skierował się ku drzwiom. Im szybciej stąd wyjdzie, tym mniej będzie go kusić. Uchylił drzwi i upewniwszy się, że korytarz jest pusty, wymknął się z pomieszczenia.
Potajemna wizyta w pokoju Harry’ego nie przybliżyła go ani na krok do poznania chłopaka z Bostonu. Co więcej, przyniosła więcej pytań niż odpowiedzi. Wiedział, że brązowego notatnika ukrytego w szufladzie nie wyrzuci z głowy chyba nigdy.