Witajcie:)
Przechodzimy
do kolejnego rozdziału, który będzie miał tylko dwie części; dziś pierwsza.
Scenę z Louisem z dzisiejszego odcinka wymyśliłam zaledwie kilka dni
temu, jadąc rano do pracy ;D I tak to wygląda – plan planem, a czasem w
rzeczywistości coś idzie innym torem :P Choć w tym przypadku akurat uważam, że
wyszło do opowiadaniu na dobre.
Dzięki
za follow na tt:) Będę tam informować o nowych rozdziałach.
Miłego
czytania:)
______________________________
ROZDZIAŁ 5
PYTANIA BEZ ODPOWIEDZI
Charlotte
Tomlinson nie wyróżniała się niczym szczególnym na tle swojego rodzeństwa. W
porównaniu z inteligentnym, pracowitym Louisem i żywiołową Suzi, była zupełnie
pospolita. Uczyła się na pensji dla bogatych panien w Leicester, gdzie
kształciło się większość młodych arystokratek z okolicy, umiała tańczyć, grać
na pianinie i nie najgorzej recytować wiersze, ale w zasadzie na tym jej
zdolności się kończyły. Charakterem wdała się w swoją matkę – była spokojna i
opanowana, obce jej było wyrachowanie, ale też nie przejawiała szczególnych
ambicji życiowych. Wolała prowadzić poukładane życie, zgodne z przynależnością
do swojej klasy społecznej, a najbardziej w świecie bała się nieprzychylnych
opinii „towarzystwa” na swój temat.
Na
pensji w Leicester miała kilka przyjaciółek, ale najbliżej związała się z
Christine Stevenson, córką Barbary, z którą matka Charlotte utrzymywała bliskie
relacje towarzyskie. Dzięki temu dziewczynki mogły spotykać się również w
wakacje.
Tego
popołudnia siedziały w mniejszym saloniku w Castamere, podczas gdy ich matki popijały
kawę na werandzie.
-
Mama mówiła mi o wczorajszym przyjęciu. – Christine sięgnęła po kolejne ciastko
migdałowe, które tak uwielbiała. – Podobno twój kuzyn przepięknie grał na
fortepianie. Musiałaś go słyszeć kiedyś. Naprawdę jest taki dobry?
-
Przy mnie nigdy oficjalnie nie zagrał. – Charlotte skrzywiła się nieco. Nie
mogła doczekać się, aż skończy szesnaście lat i będzie mogła oficjalnie, pod
opieką rodziców, brać udział w spotkaniach towarzyskich dorosłych. – Słyszałam
tylko kilka razy zza ściany. Ale jest niezły.
Charlotte
była trochę zazdrosna o talent Harry’ego. Zanim pojawił się w Castamere, to ona
była naczelną pianistką w rodzinie. Louis i ojciec w ogóle nie znali się na
muzyce, matka sporo już zapomniała, bo nie ćwiczyła, a Suzi dopiero stawiała
pierwsze kroki w tej dziedzinie. Tymczasem pojawienie się kędzierzawego
chłopaka zza oceanu zepchnęło ją z piedestału. Oczywiście dobre wychowanie nie
pozwalało Charlotte dać wyraz swoim uczuciom, jednak zadra tkwiła w sercu
piętnastolatki.
-
Niezły jest nie tylko pod względem gry – Christine zniżyła głos do szeptu,
pochylając się ku przyjaciółce i puszczając jej porozumiewawcze oczko. –
Widziałam go na pikniku. Te oczy mogłyby zawrócić w głowie niejednej kobiecie.
A usta…
Charlotte
przewróciła oczami. Ta niepoprawna Christine Stevenson! Dziewczyna uwielbiała
plotkować o chłopakach, w szkolnych dormitoriach zawsze była prowodyrką tego
typu rozmów. Oczywiście wszelakie zainteresowanie młodych panienek płcią
przeciwną spotkałoby się z natychmiastową reakcją wychowawczyń, ale czego oczy
nie widziały, tego sercu nie żal. Wieczorami, za zamkniętymi drzwiami plotkowano
i marzono zatem na potęgę. Wszak zarówno Christine, jak i Charlotte były dorastającymi
dziewczętami i drobne platoniczne miłostki nie były im obce. Z tym, że córka
Tomlinsonów dużo bardziej pilnowała się, by niczego nie dać po sobie poznać.
-
Powiedz – kontynuowała Christine konspiracyjnym szeptem – jaki on jest?
-
Harry? W zasadzie nie wiem, nie mam z nim zbyt dobrego kontaktu. Dużo więcej
czasu spędza z Louisem albo z Suzi.
-
Z Suzi? – zdziwiła się Christine. – Przecież ona ma jedenaście lat. Co oni
robią razem?
-
Grają w badmintona, albo różne gry, czasem coś sobie opowiadają. Suzi jest
straszną gadułą, a jemu najwyraźniej to nie przeszkadza. Przynajmniej do czasu.
-
To znaczy? – Panna Stevenson najwyraźniej była zdeterminowana dowiedzieć się
jak najwięcej.
-
Harry czasem wpada w jakąś dziwną melancholię. Wtedy siedzi sam, albo chodzi po
okolicy. Często znika. Rodzice już się do tego przyzwyczaili.
-
Tajemniczy – zachichotała Christine. – Interesująca cecha.
Charlotte
przez chwilę wyglądała, jakby gryzła się z myślami, czy kontynuować temat
kuzyna. Ale wreszcie zwyciężyła chęć wygadania się komuś, a to mógł być do tego
celu odpowiedniejszy, jak nie najlepsza przyjaciółka.
-
Wiesz – powiedziała, bawiąc się materiałem sukienki – dla mnie on jest dziwny.
Niby całkiem przystojny, zabawny, podobno nieźle sytuowany, ale ma w sobie coś,
co mi się nie podoba. Dziwnie się przy nim czuję. Jakby cały czas mnie
obserwował i potajemnie się ze mnie naśmiewał. Nie lubię jego spojrzenia.
Christine
niemal podskoczyła z podekscytowania, jednocześnie nerwowo zerkając w stronę
drzwi, czy aby nie nadchodzą matki. Upewniwszy się, że wszystko w porządku,
pochyliła się ku przyjaciółce.
-
Lottie, kochanie, a może zwyczajnie mu się podobasz! I dlatego cię obserwuje.
Och, zazdroszczę ci – zaśmiała się. – Wspaniała partia. W Anglii takich
mężczyzn nie ma.
-
Nie wygaduj głupstw – prychnęła Charlotte, ale widać było, że sugestia
przyjaciółki nie była jej niemiła. – Ze strony Harry’ego nie jest to z
pewnością ten rodzaj zainteresowania.
Zresztą… on chyba nie lubi dziewczyn.
Christine
uniosła brwi.
-
Co masz na myśli?
-
Kiedyś przez przypadek wymsknęło mi się przy Rebece, że Harry na pikniku wpadł
w oko Lucy Bellward. A Rebecca odpowiedziała, żeby Lucy nie robiła sobie
nadziei, bo Harry raczej nie interesuje się kobietami.
-
Nie interesuje się kobietami? – powtórzyła Christine zdziwiona. – A co to
znaczy?
-
Nie mam pojęcia. Akurat weszła mama i temat był skończony.
-
Może on ma jakąś narzeczoną w Bostonie? – zastanawiała się dziewczyna. – Albo
ukochaną, której przysięgał wierność?
-
Nic mi o tym nie wiadomo. O nikim takim nie wspominał. Kiedyś przy kolacji –
zamyśliła się Charlotte – mama zapytała, jakie ma plany na życie po powrocie z
Europy. W jakim kierunku chce się uczyć, czy zamierza się ożenić… A Harry
zaśmiał się i powiedział, że małżeństwo to raczej nie dla niego.
-
Może jakaś złamała mu serce. – Christine najwyraźniej w tajemnicy naczytała się
za dużo ckliwych romansów. – I dlatego zraził się do kobiet.
-
Nie sądzę. – Charlotte zmarszczyła brwi, starając się przypomnieć sobie więcej
szczegółów. – Rebecca mówiła to w taki sposób, jakby Harry w ogóle nie
interesował się kobietami, jakimikolwiek i kiedykolwiek. Tak z zasady.
-
Dziwna sprawa – skrzywiła się Christine. – Nie rozumiem tego ani trochę. A ty?
-
Ja też nie.
-
Przecież mężczyzna wcześniej czy później musi się ożenić, założyć rodzinę… Jak
twój brat i Eleanor Calder. Może Rebecca tak tylko gadała, żeby nie przyszło ci
do głowy swatać Harry’ego z Lucy.
-
Możliwe. – Charlotte nie wydawała się przekonana. – Ale zostawmy już ten temat.
I tak nic nie wymyślimy. Mówiłam ci już, że w przyszłym tygodniu jadę na zabawę
do Calderów? Eleanor mnie zaprosiła…
*
Louis
wiedział, że nie powinien tego robić. Zdecydowanie. Jeszcze idąc korytarzem w
kierunku ostatniego pokoju na piętrze, walczył w wyrzutami sumienia. Do
cholery, zachowywał się jak drobny złodziejaszek, który pod nieobecność
właściciela zakrada się do jego mieszkania, by przeprowadzić rekonesans!
W
sumie co mi to da?, próbował przekonać samego siebie. Postępuję jak świr.
Ale
nogi same niosły go ku mahoniowym drzwiom.
Wiedział,
że Harry’ego nie ma w domu; wybrał się do pobliskiego Oadby, by odebrać w
wiejskim sklepiku papier nutowy, który właściciel sprowadził specjalnie dla
niego. Louis wyłgał się od towarzyszenia mu obowiązkami względem ojca. Ale
prawda była inna: korzystając z nieobecności Harry’ego postanowił zrealizować
plan, który pojawił się w jego głowie już kilka dni temu. A mianowicie zakraść
się do pokoju zajmowanego przez kuzyna.
Dlaczego
to robił? Sam do końca nie wiedział. Zaczynał jednak bać się swojej rosnącej
obsesji – bo tak trzeba to nazwać – na punkcie chłopaka ze Stanów. Harry Styles
był obecny w myślach Louisa niemal bez przerwy. Fascynował go. Był tak inny od
wszystkich ludzi, których Louis poznał w swoim dwudziestojednoletnim życiu. Był
w nim coś przyciągającego, frapującego. Taka ukryta dzikość serca, przysłonięta
obowiązkowym płaszczykiem dobrych manier. Przede wszystkim nie był nudny.
Louis, mimo iż sam krytycznie oceniał własną osobę jako mało zajmującą, nie
znosił nudnych ludzi. Strasznie męczyła go konieczność obcowania z nimi.
Natomiast Harry był totalnym zaprzeczeniem nijakich, płaskich i ograniczonych w
swych poglądach ludzi, z jakimi często z konieczności miał styczność. Louis
miał wrażenie, że mógłby spędzić z Harrym całe życie i ani przez chwilę by się
nim nie znudził. Oczywiście o ile wcześniej by go nie zamordował za jego upór i
nieustanną emocjonalną huśtawkę, jaką ten chłopak fundował.
Jednocześnie
Louis czuł, że tak naprawdę, mimo godzinnych rozmów z Harrym, nie zna go ani
trochę. Nie potrafił go rozgryźć. Już nawet pomijając te dziwne zmiany
nastrojów. Harry był typem człowieka, który przemawiał nie tylko ustami. Grał
twarzą, oczami, gestami, ułożeniem warg… Louisowi wydawało się, że mowa ciała
ma w przypadku Harry’ego dużo większe znaczenie niż jego słowa. A i same słowa
niosą ukryty sens. I właśnie tego sensu Louis nie potrafił rozszyfrować. Miał
wrażenie, że Harry wysyła mu pewien zakamuflowany komunikat i czeka, by starszy
chłopak go odkrył. Ale Louis czuł, że czegoś mu brakuje. Jakiegoś niezwykle
ważnego elementu, który pozwoli poukładać w całość skomplikowaną układankę o
nazwie „Harry Styles”.
Łudził
się, że potajemne przyjrzenie się pokojowi zajmowanemu przez Harry’ego, pomoże
mu ów element odnaleźć.
Boże,
to jakiś obłęd, szepnął w myślach, stając przed
właściwymi drzwiami i kładąc dłoń na klamce.
Zerknął
wzdłuż korytarza, ale na piętrze nie było żywej duszy. Przeklinając w duszy
własne wścibstwo i głupotę, wślizgnął się do środka, cicho zamykając za sobą drzwi.
Rzadko
bywał w tym pomieszczeniu. Pełnił on rolę zapasowego pokoju gościnnego,
używanego wyłącznie wówczas, gdy w Castamere przebywało więcej gości. Nie było
tu nawet osobnej łazienki. W zasadzie dziwne, że Harry chciał mieszkać właśnie
tutaj, podczas, gdy mógł mieć do dyspozycji dużo wygodniejszy, większy i
jaśniejszy pokój. W tym, położonym w najdalszej części domu, okno wychodziło na
północ, a ponadto za szybą rosło rozłożyste drzewo. Ale może Harry lubił takie
mroczne klimaty…?
Louis
stanął tuż za drzwiami i rozejrzał się uważnie.
Harry
zachowywał umiarkowany porządek, ale nie był bałaganiarzem. Łóżko najwyraźniej
ścielił sam, bo beżowa kapa była na nie zarzucona niezbyt starannie. Z krzesła
zwisało kilka nieposkładanych ubrań.
Louis
podszedł do biurka. Leżało na nim kilka kartek zapisanego i gdzieniegdzie
pokreślonego papieru nutowego, przybory do pisania i parę książek. Chłopak
przejrzał tytuły, ale nie znalazł niczego osobliwego. Trzy książki
prawdopodobnie pochodziły z biblioteki jego ojca, dwie raczej stanowiły
własność Harry’ego, bo wydano je w Nowym Jorku. „Portretu Doriana Greya” nie
było. Louis zauważył, że w jednej z książek tkwi zakładka, więc otworzył
wolumin na zaznaczonej stronie. Przebiegł wzrokiem tekst, jednak nic nie
przykuło jego uwagi ani też nie wzbudziło podejrzeń. Pewnie Harry po prostu
skończył czytać na tym fragmencie i założył stronicę, by nie zgubić wątku.
Louis odłożył książkę idealnie w to samo miejsce i rozejrzał się dalej.
Czując
koszmarne wyrzuty sumienia i obrzydzenie do samego siebie, zaglądnął do szafek
i komody. Ubrania, buty, przybory toaletowe… Nic ciekawego.
A
czego się spodziewałeś?, szepnął sarkastyczny głosik w jego
głowie. Potwora z Loch Ness?
Louis
ponownie rozejrzał się po pomieszczeniu, analizując, który jeszcze element
mógłby zbadać. Zmarszczył czoło. Coś mu tu nie pasowało… Dopiero po dłuższej
chwili skonstatował, iż mimo, że Harry przebywał w Castamere już od kilku
tygodni, jego pokój wyglądał dziwnie pusto i bezosobowo. Jak apartament w
hotelu, gdzie człowiek zatrzymuje się na jedną czy dwie noce. Brakowało tu
elementów osobistych… zdjęć…
Właśnie,
w całym pokoju nie było ani jednego zdjęcia w ramce, żadnej pamiątki z domu!
Louis w swoim wynajmowanym mieszkaniu w Londynie miał pełno fotografii
rodziców, sióstr, przyjaciół… Tymczasem wydawało się, że Harry, wybierając się
w wielomiesięczną podróż za ocean, nie zabrał ze sobą nic. W ogóle – Louis
przypomniał sobie na szybko wszystkie rozmowy z chłopakiem – rzadko mówił o
swoim życiu w Bostonie i wyraźnie nie lubił tego tematu. Jakby chciał coś
ukryć. Albo… zostawić za sobą.
Tak,
w tym pokoju nie było niczego, co by świadczyło, że Harry Styles tęskni za
domem.
Louis
podszedł do szafki nocnej. W pierwszym odruchu chciał przysiąść na łóżku, ale
szybko się zreflektował. Zagniecenia pościeli byłby niechybnym znakiem, że ktoś
buszował po pomieszczeniu. Na blacie stała jedynie karafka z wodą i szklanka
oraz leżała oryginalna srebrna brosza, którą Harry poprzedniego dnia wieczorem
nosił pod szyją, a która wzbudziła drwiący śmiech Roberta Caldera. Ozdoba była
dość niecodzienna jak dla mężczyzny i pewnie na każdym innym chłopaku
wyglądałaby idiotycznie, ale Harry’emu w zadziwiający sposób pasowała.
W
dalszej kolejności Louis zajrzał do szufladki w szafce nocnej… i drgnął.
Spoczywał tam oprawiony w brązową skórę notatnik wielkości standardowego
zeszytu, zapinany na pasek. Musiał stanowić własność Harry’ego już od dłuższego
czasu, bo okładka była podniszczona i gdzieniegdzie poprzecierana. Ponadto
Harry najwyraźniej lubił po niej bazgrać. Louis pochylił się nad szufladą, nie
śmiejąc wyciągnąć notesu. Schematyczne rysunki Harry’ego nie miały żadnego
sensu – były tam między innymi filiżanka z unoszącą się z niej parą, motyl,
para dłoni złączonych w uścisku i coś co wyglądało jak kompas. Dziwactwo… Bardziej
uwagę Louisa przykuły napisy. Były trzy.
I
can love you more than this
They don’t know about us
Loved you first
Chłopak
odczytał je z pewnym trudem. Nie chciał podnieść notatnika do światła, a pismo
Harry’ego było drobne i mało wyraźne, zwłaszcza na chropowatej skórze. Przeczytał
je kilka razy szeptem, usiłując nadać im logiczną całość.
- I can love you more than this…
Ukłuło
go nieprzyjemne uczucie. Trzy krótkie sentencje wydawały się odnosić do
skrytego uczucia, które Harry żywił względem kogoś.
Ta
osoba mnie skrzywdziła. Potraktowała jak zabawkę… i uciekła…,
w głowie Louisa pojawiły się strzępy rozmowy z Harrym sprzed kilku dni.
Wychodziło na to, że chłopak miał romans z jakąś kobietą, ale związek zakończył
się nieszczęśliwie.
Z
jakiegoś powodu Louis poczuł się z tym faktem fatalnie. Świadomość, że piękny,
tajemniczy Harry Styles podarował komuś swoje serce, że ktoś miał jego słodki
uśmiech i błyszczące oczy wyłącznie dla siebie, burzyła w nim krew. Już nawet
nie chodziło o to, że ta osoba w finale skrzywdziła Harry’ego, ale o samo
uczucie, że chłopak należał do kogoś. Kogoś
innego.
Louis
odetchnął głęboko, starając się uspokoić niebezpieczne myśli. Nie miał prawa przejawiać
zazdrości. Skąd w ogóle wzięło się w nim to uczucie?
I
can love you more than this i Loved you first – te dwa napisy wyglądały na nowsze, trzeci był już
nieco zatarty.
- They don’t know about us…
Kim
byli owi „oni”? Czyżby romans Harry’ego z bezimienną kobietą pozostawał z
konieczności w ukryciu? „Oni” – czyli pewnie otoczenie, rodzina, społeczeństwo
– nie mogli się dowiedzieć. Może było w tym uczuciu coś zakazanego? Może jego
wybranka była już z kimś związana? Albo mimo iż kochała Harry’ego, zmuszona
była poślubić kogoś innego? Loved you
first… Pokochałem cię pierwszy… Tak, to by miało sens.
Harry
Styles zakochany, tak naprawdę, bez pamięci… Harry związany z kimś… Całujący
czyjeś usta… Śpiący w czyichś ramionach…
Louis
zacisnął powieki, starając się wyrzucić ten obraz z pamięci. Boże, to chore!
Nie miał prawa czuć tego, co czuł! Dlaczego podświadomie pragnął, by Harry
nigdy nie doświadczył miłości kogokolwiek? By nigdy do nikogo nie należał? By
był czysty, idealny? Musi pozbyć się tych uczuć, natychmiast! Tej chorej
obsesji, rosnącej z każdym dniem.
Przygryzł
mocno wargę, walcząc z pragnieniem wyciągnięcia notesu z szuflady i przejrzenia
jego zawartości. Ten mały przedmiot mógł zawierać odpowiedzi na wszystkie jego
pytania…
Nie,
nie mogę.
Nie
darowałby sobie, gdyby w tak drastyczny sposób naruszył prywatność Harry’ego. I
tak zrobił to, wkradając się do jego pokoju i przeglądając jego rzeczy, ale
przeczytanie pamiętnika to byłoby zbyt wiele. A może podświadomie bał się, co
mógłby tam znaleźć…?
Zamknął
szufladę i szybkim krokiem skierował się ku drzwiom. Im szybciej stąd wyjdzie,
tym mniej będzie go kusić. Uchylił drzwi i upewniwszy się, że korytarz jest
pusty, wymknął się z pomieszczenia.
Potajemna
wizyta w pokoju Harry’ego nie przybliżyła go ani na krok do poznania chłopaka z
Bostonu. Co więcej, przyniosła więcej pytań niż odpowiedzi. Wiedział, że
brązowego notatnika ukrytego w szufladzie nie wyrzuci z głowy chyba nigdy.
Hej, przepraszam, że komentuje dopiero teraz, ale mam problemy ze szkołą i ostatnio mam naprawdę mało czasu.
OdpowiedzUsuńCo do rozdziału to jest naprawdę świetny. Podoba mi się. Bardzo mnie ciekawi co było w pamiętniku Harry'ego, ale prawdopodobnie nie dowiem się tego jeszcze przez jakiś czas... ewentualnie nigdy, chociaż mam nadzieję, że ciekawość Louisa zwycięży i sprawdzi co tam pisze. Wszystko jest idealnie i jak zwykle chcę więcej. No to chyba... do następnego? Tak, na pewno, będę czekać z niecierpliwością.
Ily, skarbie.
Ellsx
Powróciłam i w końcu mogę skomentować :D Nienawidzę momentów, kiedy nie mam na nic czasu. Zaniedbuję nawet własne opowiadanie. Nie myśl jednak, że już nie czytam Twojego. Czytam i nie mam zamiaru Cię opuszczać, jestem Twoją wielką fanką ♥ Uwielbiam to co buduje się między Lou i Harrym, ponieważ jest to takie jakie powinno być, powolne i nieświadome. Przynajmniej ze strony Louisa :P Pisz dalej kochana i nie przestawaj, a ja razem z Ells stworzymy Cci jakiś fandom :D
OdpowiedzUsuńHa! Jesteście niesamowite:))) Przepraszam, że tak długo nie ma odcinka, mam awarię laptopa, poszedł do naprawy i nie mogę pisać. Mam nadzieję, że informatyk odzyska dane:p Dam znać na tt, jak będzie nowa część. Pozdrawiam gorąco:)
OdpowiedzUsuń