wtorek, 8 kwietnia 2014

Rozdział 5: Pytania bez odpowiedzi (cz.2)

Witajcie:) Odcinek tragicznie krótki, za co z góry serdecznie przepraszam. Miał być dłuższy, ale czuję się fatalnie z faktem, że przez miesiąc nie wrzucałam totalnie nic, zatem dam chociaż tyle. Postaram się napisać jego kontynuację w miarę szybko, choć zmagam się z brakiem weny i zapału :( A na dodatek nie ma ostatnio nic nowego związanego z Larrym... Może sytuacja odmieni się, gdy rozpocznie się trasa ;)
Miłego czytania:)
A tak w ogóle zakochałam się w opowiadaniach na TYM BLOGU! Dziewczyna ma naprawdę niesamowity talent, muszę jej napisać jakiś komentarz. Świetne historie, a do tego kapitalnie napisane. Polecam, choć pewnie wszyscy już znają;)


 *

 
Po całym dniu upału, wieczorem nad Castamere przeszła burza. Deszcz padał jeszcze długo potem, bębniąc w szyby i szumiąc w liściach drzew.
Louis bezskutecznie usiłował zasnąć. Dziwne, bo w Londynie nie przeszkadzał mu hałas ulicy za oknem, natomiast tutaj drażnił go nawet szmer deszczu. Próbował czytać, by zmęczyć oczy, ale nie potrafił skoncentrować się na lekturze; wracał po kilkanaście razy do jednego zdania, nie rozumiejąc w ogóle treści. W końcu sfrustrowany odrzucił książkę na nocny stolik.
Mając pełną świadomość tego, że postępuje głupio, wymknął się nawet na korytarz, by sprawdzić, czy może tej nocy Harry gra na fortepianie. Ale z parteru nie dobiegało żadne światło i najlżejszy nawet dźwięk muzyki. Harry zatem spał. Spał w tym swoim niewielkim pokoiku, po którym Louis buszował zaledwie kilkanaście godzin wcześniej. Spał, mając tuż koło siebie oprawiony w brązową skórę notatnik, o którym Louis nie umiał przestać myśleć.
Jezu, zwariuję przez tego chłopaka!, myślał, wracając do swojej sypialni. Co się ze mną dzieje?
Wgramolił się do łóżka, opadając ciężko na poduszki. Próbował, jak to się mówi, wyłączyć umysł, jednak starania szły na marne, gdyż ciągle pod jego powiekami pojawiały się tak dobrze mu znane zielone oczy, kasztanowe loki i idealnie wycięte, kuszące wargi. Było około pierwszej w nocy, gdy wreszcie udało mu się zapaść w płytki sen.
Stał w dobrze sobie znanym hallu Castamere, ale dom nie wyglądał tak, jak powinien. Był zaniedbany i pusty, a ponadto skąpany w dziwnym szarym świetle. Na schodach leżały wyblakłe dywany, a podłogę pokrywała gruba warstwa kurzu. Wiszące na klatce schodowej portrety przodków Tomlinsonów ktoś porozcinał; płótno było poprute i gdzieniegdzie smętnie zwisało z ram, tak, że nawet nie dało się rozpoznać postaci.
Louis, zdezorientowany, rozejrzał się dookoła.
- Mamo?
Odpowiedziała mu jedynie cisza.
- Tato?... Suzi?! Rebecco?!
Wykrzykiwał imiona domowników coraz głośniej, ale nikt się nie odezwał. Wyglądało, jakby wszyscy dawno stąd odeszli albo wymarli. Castamere było puste, brudne, martwe... Przestraszony Louis spojrzał na swoje odbicie w lustrze, ale wbrew temu, czego mógł oczekiwać, nie dostrzegł zgrzybiałego starca; nadal miał swoje dwadzieścia jeden lat, a na ciele ubranie z końca dziewiętnastego wieku. Ale ten wymarły dom... W jakich czasach się znalazł?
Nagle skądś dobiegła muzyka, miarowe, hipnotyzujące dźwięki fortepianu.
Harry.
Nogi same poniosły Louisa do salonu, gdzie, jak pamiętał, stał fortepian. Pomieszczenie, dawniej będące dumą Castamere, przedstawiało sobą tak samo smętny obraz jak hall. Wszędzie zalegał kurz, złocone draperie na ścianach poszarzały i wyblakły, z sufitu zwieszał się zaśniedziały żyrandol, a w oknach wybito dwie szyby, co sprawiało, że wystrzępione firany powiewały smętnie. Z każdego kąta zdawała się wyzierać żałoba za dawnymi dniami chwały tego domu, które bezpowrotnie minęły.
A w środku tej scenerii martwoty i upadku, przy fortepianie, który cudem uniknął dewastacji, siedział Harry Styles. On również, podobnie jak Louis, w cudowny sposób oparł się działaniu niszczycielskiego czasu. Był tak samo młody i piękny, jak Louis go zapamiętał. Z tymi swoimi zielonymi oczami, lokami i kształtnymi ustami. Harry grał. I... był zupełnie nagi.
Louis stanął niczym zahipnotyzowany, zupełnie nieświadomie przesuwając wzrokiem po sylwetce Harry'ego. Jego zgrabne, młode ciało było kwintesencją najskrytszych marzeń. Louis poczuł mrowienie w dole brzucha i głośno przełknął ślinę.
Harry podniósł wzrok znad klawiatury i uśmiechnął się lekko, a następnie wstał, sprawiając, że Louis mógł go podziwiać w całej okazałości. W chłopaku o kręconych włosach nie było śladu zawstydzenia, natomiast Louis daremnie usiłował nie spoglądać na jego ciało – a zwłaszcza dolne rejony – by nie pogarszać swego stanu. Stał jak wrośnięty w ziemię, podczas gdy Harry szedł w jego kierunku, stąpając bosymi stopami po zakurzonym dywanie.
- Czekałem na ciebie – odezwał się swoim charakterystycznym, lekko zachrypniętym głosem. - Oni odeszli, ale ja zostałem. Wiedziałem, że kiedyś tu przyjdziesz...
Louis nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Oczy Harry'ego przewiercały go na wylot.
- Już nikogo nie ma, tylko my – szepnął. - Wreszcie będziesz mój...
Nachylił się i... złożył na ustach Louisa pocałunek. Pocałunek wzbierający na sile z każdą sekundą, władczy, wyczekiwany, upragniony przez lata... Louis poczuł, jak jego własne ciało ogarnia gorąco, jakiego nigdy w życiu nie czuł...
...A potem obraz zniknął, zastąpiony przez inny.
Był parny, letni dzień, samo południe. Louis szedł leśną ścieżką, a przez korony drzew sączyło się światło słońca. Las nie był szczególnie gęsty, przypominał raczej zagajniki, jakich wiele znajdowało się w pobliżu Castamere. Niewykluczone, że Louis przechadzał się po jednym z nich, choć nie potrafił dokładnie określić lokalizacji. W miarę jak szedł, robiło się coraz cieplej, a wokół narastała kakofonia nieokreślonych dźwięków. Było tam kukanie kukułki, szum wodospadu, gwar londyńskiej ulicy, odgłos syreny ogłaszającej wypłynięcie statku z portu, głos matki wydającej polecenia służbie, śmiech Suzi, stukot kół pociągu – i wiele innych mieszających się ze sobą dźwięków. Z każdym krokiem Louisa las stawał się coraz bardziej niesamowity, zdawał się zamykać nad głową chłopaka, wciągał go w swą zieloną otchłań. Mimo to Louis, choć odczuwał lęk, szedł dalej, wabiony nieznaną siłą. Serce tłukło mu się w piersi, pot spływał strużkami z czoła.
- Znajdź mnie - usłyszał prowokujący, zabarwiony śmiechem głos. - Wiem, że mnie szukasz.
Zachęta powtórzyła się trzykrotnie i Louis zdał sobie sprawę, że głos należy do Harry'ego. Przestraszył się.
- Nie szukam! - odkrzyknął, ale mimo to nie zatrzymał się. Pot płynął mu po twarzy.
Odpowiedzią był jedynie śmiech.
- Zostaw mnie w spokoju!
- Nie oszukasz siebie. Toniesz...
Louis nagle spostrzegł, że trawa pod jego nogami wcale nie jest trawą, a wodą – zieloną i migotliwą. Nagle znikły wszystkie drzewa i zarośla, ucichły wszelkie dźwięki i chłopak zauważył, że stoi na środku jeziora. Od brzegu dzieliło go dobre sześćdziesiąt jardów. Ogarnęło go przerażenie.
- Nie!
W tej samej sekundzie toń rozstąpiła się pod jego stopami i zapadł się pod wodę. Zielona kipiel zamknęła się nad nim z głośnym pluskiem i strumieniem białej piany. Przerażony trzepotał rękami, ale nie był w stanie płynąć; coś ciągnęło go w dół. Wokół migotała zdradziecka zieleń, przez którą przebijały promienie letniego słońca. Walczył ze wszystkich sił, ale nie potrafił wypłynąć na powierzchnię. Dusił się, dusił...! Gdy usiłował zaczerpnąć powietrza, woda wdarła się mu do płuc paraliżującym strumieniem...
Krzyknął i usiadł na łóżku, kurczowo chwytając się za gardło. Przez dłuższą chwilę nie umiał złapać oddechu, mając wrażenie, że coś go dławi.
Zamrugał szybko.
Sen... Tylko śniłem...
Nie było żadnego jeziora, żadnego lasu, żadnej orkiestry dźwięków. Była jedynie jego znajoma sypialnia i własne łóżko. I jego dom, piękny i elegancki, a nie tamta ponura ruina ze snu.
Ale... co to wszystko znaczyło?
Utoniesz w zielonych jeziorach, przypomniało mu się znienacka. Woda w koszmarze miała dziwny zielony kolor, a on nie był w stanie w niej pływać... tonął... Ale dlaczego o wszystkim mówił Harry? Bo to jego głos słyszał. I dlaczego wcześniej widział go nagiego...? Co znaczyło, że Harry powiedział „czekałem na ciebie”, grając na fortepianie w zrujnowanym Castamere?
To tylko sen, powtórzył sobie Louis. Mimo to nie potrafił zasnąć ponownie.
Na zewnątrz deszcz przestał padać. Wokół panowała cisza. Ciężka, dusząca, pełna sekretów cisza.

4 komentarze:

  1. Hej skarbie!
    Więc, po pierwsze chcę przeprosić, że nie skomentowałam wcześniej, naprawdę przepraszam, mam nadzieję, że mi wybaczysz. Rozdział jest... no cóż, jak zwykle tajemniczy. Ale oczywiście to nic złego, wręcz przeciwnie! Rozdział jest naprawdę wspaniały i bardzo mi się podoba, uhm właściwie to jak zwykle. No więc, krótki rozdział ale ciekawy. Nie napiszę nic więcej bo jestem strasznie zmęczona. Czekam na następny.
    Ily, słoneczko.
    Ellsx

    OdpowiedzUsuń
  2. Twoje opowiadanie jest niezwykłe. Zachwycające jest to, że akcje umieściłaś w XIX wieku i idealnie tworzysz klimat i zwracasz uwage na detale. Męczy mnie jednak myśl, że przez epokę, w której żyją Twoi bohaterowie ktoś będzie cierpieć. Bo na pewno będzie, prawda? Jednak nikt nie mówił, że będzie zawsze łatwo, pięknie i puchato, gorzkie chwile też są ważne ;).
    Każde słowo i zdanie czyta się z wielką przyjemnością, a jak dochodzi się do końca rozdziału to można poczuć pewnego rodzaju smutek, że to już. Nie wiem co jeszcze napisać, bo niestety nie mam takiego talentu jak Ty do spisywania tego co czuje, do werbalizowania emocji.
    Wiedz tylko, że bardzo Cię podziwiam, za to co robisz i jak wspaniale piszesz. Gorąco będę kibicować by historia ta doczekała się zakończenia, a pisanie sprawiało Ci przyjemność.
    Ach wybacz za ten cały bełkot, ale inaczej nie potrafię, a napisać coś chciałam i postanowiłam nie zastosować się do "zasady" mów tylko wtedy gdy masz do powiedzenia coś interesującego :p
    Pozdrawiam,
    Marta :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Ej, ty!
    Ja tu czekam na rozdział, nie zapominaj!
    Ellsx

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie tylko Ells czeka na rozdział, ja również. Rusz tyłek i coś wstaw, bo nie poddamy się tak łatwo i Cię odnajdziemy, jeśli będziesz się tak ociągać xD

    OdpowiedzUsuń