Witajcie:) Odcinek
tragicznie krótki, za co z góry serdecznie przepraszam. Miał być
dłuższy, ale czuję się fatalnie z faktem, że przez miesiąc nie
wrzucałam totalnie nic, zatem dam chociaż tyle. Postaram się
napisać jego kontynuację w miarę szybko, choć zmagam się z
brakiem weny i zapału :( A na dodatek nie ma ostatnio nic nowego
związanego z Larrym... Może sytuacja odmieni się, gdy rozpocznie
się trasa ;)
Miłego czytania:)
A tak w ogóle
zakochałam się w opowiadaniach na TYM BLOGU! Dziewczyna ma naprawdę
niesamowity talent, muszę jej napisać jakiś komentarz. Świetne
historie, a do tego kapitalnie napisane. Polecam, choć pewnie
wszyscy już znają;)
*
Po całym dniu
upału, wieczorem nad Castamere przeszła burza. Deszcz padał
jeszcze długo potem, bębniąc w szyby i szumiąc w liściach drzew.
Louis bezskutecznie
usiłował zasnąć. Dziwne, bo w Londynie nie przeszkadzał mu hałas
ulicy za oknem, natomiast tutaj drażnił go nawet szmer deszczu.
Próbował czytać, by zmęczyć oczy, ale nie potrafił
skoncentrować się na lekturze; wracał po kilkanaście razy do
jednego zdania,
nie rozumiejąc w ogóle treści. W końcu sfrustrowany odrzucił
książkę na nocny stolik.
Mając pełną
świadomość tego, że postępuje głupio, wymknął się nawet na
korytarz, by sprawdzić, czy może tej nocy Harry gra na fortepianie.
Ale z parteru nie dobiegało żadne światło i najlżejszy nawet
dźwięk muzyki. Harry zatem spał. Spał w tym swoim niewielkim
pokoiku, po którym Louis buszował zaledwie kilkanaście godzin
wcześniej. Spał, mając tuż koło siebie oprawiony w brązową
skórę notatnik, o którym Louis nie umiał przestać myśleć.
Jezu, zwariuję
przez tego chłopaka!, myślał, wracając do swojej sypialni. Co
się ze mną dzieje?
Wgramolił się do
łóżka, opadając ciężko na poduszki. Próbował,
jak to się mówi, wyłączyć umysł, jednak starania szły na
marne, gdyż ciągle pod jego powiekami pojawiały się tak dobrze mu
znane zielone oczy, kasztanowe loki i idealnie wycięte, kuszące
wargi. Było około pierwszej w nocy, gdy wreszcie udało mu się
zapaść w płytki sen.
Stał w dobrze sobie
znanym hallu Castamere, ale dom nie wyglądał tak, jak powinien. Był
zaniedbany i pusty, a ponadto skąpany w dziwnym szarym świetle. Na
schodach leżały wyblakłe dywany, a podłogę pokrywała gruba
warstwa kurzu. Wiszące na klatce schodowej portrety przodków
Tomlinsonów ktoś porozcinał; płótno było poprute i
gdzieniegdzie smętnie zwisało z ram, tak, że nawet nie dało się
rozpoznać postaci.
Louis,
zdezorientowany, rozejrzał się dookoła.
- Mamo?
Odpowiedziała mu
jedynie cisza.
- Tato?... Suzi?!
Rebecco?!
Wykrzykiwał imiona
domowników coraz głośniej, ale nikt się nie odezwał. Wyglądało,
jakby wszyscy dawno stąd odeszli albo wymarli. Castamere było
puste, brudne, martwe... Przestraszony Louis spojrzał na swoje
odbicie w lustrze, ale wbrew temu, czego mógł oczekiwać, nie
dostrzegł zgrzybiałego starca; nadal miał swoje dwadzieścia jeden
lat, a na ciele ubranie z końca dziewiętnastego wieku. Ale ten
wymarły dom... W jakich czasach się znalazł?
Nagle skądś
dobiegła muzyka, miarowe, hipnotyzujące dźwięki fortepianu.
Harry.
Nogi same poniosły
Louisa do salonu, gdzie, jak pamiętał, stał fortepian.
Pomieszczenie, dawniej będące dumą Castamere, przedstawiało sobą
tak samo smętny obraz jak hall. Wszędzie zalegał kurz, złocone
draperie na ścianach poszarzały i wyblakły, z sufitu zwieszał się
zaśniedziały żyrandol, a w oknach wybito dwie szyby, co sprawiało,
że wystrzępione firany powiewały smętnie. Z każdego kąta
zdawała się wyzierać żałoba za dawnymi dniami chwały tego domu,
które bezpowrotnie minęły.
A w środku tej
scenerii martwoty i upadku, przy fortepianie, który cudem uniknął
dewastacji, siedział Harry Styles. On również, podobnie jak Louis,
w cudowny sposób oparł się działaniu niszczycielskiego czasu. Był
tak samo młody i piękny, jak Louis go zapamiętał. Z tymi swoimi
zielonymi oczami, lokami i kształtnymi ustami. Harry grał. I... był
zupełnie nagi.
Louis stanął
niczym zahipnotyzowany, zupełnie nieświadomie przesuwając wzrokiem
po sylwetce Harry'ego. Jego zgrabne, młode ciało było kwintesencją
najskrytszych marzeń. Louis poczuł mrowienie w dole brzucha i
głośno przełknął ślinę.
Harry podniósł
wzrok znad klawiatury i uśmiechnął się lekko, a następnie wstał,
sprawiając, że Louis mógł go podziwiać w całej okazałości. W
chłopaku o kręconych włosach nie było śladu zawstydzenia,
natomiast Louis daremnie usiłował nie spoglądać na jego ciało –
a zwłaszcza dolne rejony – by nie pogarszać swego stanu. Stał
jak wrośnięty w ziemię, podczas gdy Harry szedł w jego kierunku,
stąpając bosymi stopami po zakurzonym dywanie.
- Czekałem na
ciebie – odezwał się swoim charakterystycznym, lekko
zachrypniętym głosem. - Oni odeszli, ale ja zostałem. Wiedziałem,
że kiedyś tu przyjdziesz...
Louis nie był w
stanie wydusić z siebie słowa. Oczy Harry'ego przewiercały go na
wylot.
- Już nikogo nie
ma, tylko my – szepnął. - Wreszcie będziesz mój...
Nachylił się i...
złożył na ustach Louisa pocałunek. Pocałunek wzbierający na
sile z każdą sekundą, władczy, wyczekiwany, upragniony przez
lata... Louis poczuł, jak jego własne ciało ogarnia gorąco,
jakiego nigdy w życiu nie czuł...
...A potem obraz
zniknął, zastąpiony przez inny.
Był parny, letni
dzień, samo południe. Louis szedł leśną ścieżką, a przez
korony drzew sączyło się światło słońca. Las nie był
szczególnie gęsty, przypominał raczej zagajniki, jakich wiele
znajdowało się w pobliżu Castamere. Niewykluczone, że Louis
przechadzał się po jednym z nich, choć nie potrafił dokładnie
określić lokalizacji. W miarę jak szedł, robiło się coraz
cieplej, a wokół narastała kakofonia nieokreślonych dźwięków.
Było tam kukanie kukułki, szum wodospadu, gwar londyńskiej ulicy,
odgłos syreny ogłaszającej wypłynięcie statku z portu, głos
matki wydającej polecenia służbie, śmiech Suzi, stukot kół
pociągu – i wiele innych mieszających się ze sobą dźwięków.
Z każdym krokiem Louisa
las stawał się coraz
bardziej niesamowity, zdawał się zamykać nad głową chłopaka,
wciągał go w swą zieloną otchłań. Mimo to Louis,
choć odczuwał lęk, szedł dalej, wabiony nieznaną siłą. Serce
tłukło mu się w piersi, pot spływał strużkami z czoła.
- Znajdź mnie -
usłyszał prowokujący, zabarwiony śmiechem głos. - Wiem, że mnie
szukasz.
Zachęta powtórzyła
się trzykrotnie i Louis zdał sobie sprawę, że głos należy do
Harry'ego. Przestraszył
się.
- Nie szukam! -
odkrzyknął, ale mimo to nie zatrzymał się. Pot płynął mu po
twarzy.
Odpowiedzią był
jedynie śmiech.
- Zostaw mnie w
spokoju!
- Nie oszukasz
siebie. Toniesz...
Louis nagle
spostrzegł, że trawa pod jego nogami wcale nie jest trawą, a wodą
– zieloną i migotliwą. Nagle znikły wszystkie drzewa i zarośla,
ucichły wszelkie dźwięki i chłopak zauważył, że stoi na środku
jeziora. Od brzegu dzieliło go dobre sześćdziesiąt jardów.
Ogarnęło go przerażenie.
- Nie!
W tej samej
sekundzie toń rozstąpiła się pod jego stopami i zapadł się pod
wodę. Zielona kipiel zamknęła się nad nim z głośnym pluskiem i
strumieniem białej piany. Przerażony trzepotał rękami, ale nie
był w stanie płynąć; coś ciągnęło go w dół. Wokół
migotała zdradziecka zieleń, przez którą przebijały promienie
letniego słońca. Walczył ze wszystkich sił, ale nie potrafił
wypłynąć na powierzchnię. Dusił się, dusił...! Gdy usiłował
zaczerpnąć powietrza, woda wdarła się mu do płuc paraliżującym
strumieniem...
Krzyknął i usiadł
na łóżku, kurczowo chwytając się za gardło. Przez dłuższą
chwilę nie umiał złapać oddechu, mając wrażenie, że coś go
dławi.
Zamrugał szybko.
Sen... Tylko
śniłem...
Nie było żadnego
jeziora, żadnego lasu, żadnej orkiestry dźwięków. Była jedynie
jego znajoma sypialnia i własne łóżko. I jego dom, piękny i
elegancki, a nie tamta ponura ruina ze snu.
Ale... co to
wszystko znaczyło?
Utoniesz w
zielonych jeziorach, przypomniało mu się znienacka. Woda w
koszmarze miała dziwny zielony kolor, a on nie był w stanie w niej
pływać... tonął... Ale dlaczego o wszystkim mówił Harry? Bo to
jego głos słyszał. I dlaczego wcześniej widział go nagiego...?
Co znaczyło, że Harry powiedział „czekałem na ciebie”, grając
na fortepianie w zrujnowanym Castamere?
To tylko sen,
powtórzył sobie Louis. Mimo to nie potrafił zasnąć ponownie.
Na zewnątrz deszcz
przestał padać. Wokół panowała cisza. Ciężka, dusząca, pełna
sekretów cisza.
Hej skarbie!
OdpowiedzUsuńWięc, po pierwsze chcę przeprosić, że nie skomentowałam wcześniej, naprawdę przepraszam, mam nadzieję, że mi wybaczysz. Rozdział jest... no cóż, jak zwykle tajemniczy. Ale oczywiście to nic złego, wręcz przeciwnie! Rozdział jest naprawdę wspaniały i bardzo mi się podoba, uhm właściwie to jak zwykle. No więc, krótki rozdział ale ciekawy. Nie napiszę nic więcej bo jestem strasznie zmęczona. Czekam na następny.
Ily, słoneczko.
Ellsx
Twoje opowiadanie jest niezwykłe. Zachwycające jest to, że akcje umieściłaś w XIX wieku i idealnie tworzysz klimat i zwracasz uwage na detale. Męczy mnie jednak myśl, że przez epokę, w której żyją Twoi bohaterowie ktoś będzie cierpieć. Bo na pewno będzie, prawda? Jednak nikt nie mówił, że będzie zawsze łatwo, pięknie i puchato, gorzkie chwile też są ważne ;).
OdpowiedzUsuńKażde słowo i zdanie czyta się z wielką przyjemnością, a jak dochodzi się do końca rozdziału to można poczuć pewnego rodzaju smutek, że to już. Nie wiem co jeszcze napisać, bo niestety nie mam takiego talentu jak Ty do spisywania tego co czuje, do werbalizowania emocji.
Wiedz tylko, że bardzo Cię podziwiam, za to co robisz i jak wspaniale piszesz. Gorąco będę kibicować by historia ta doczekała się zakończenia, a pisanie sprawiało Ci przyjemność.
Ach wybacz za ten cały bełkot, ale inaczej nie potrafię, a napisać coś chciałam i postanowiłam nie zastosować się do "zasady" mów tylko wtedy gdy masz do powiedzenia coś interesującego :p
Pozdrawiam,
Marta :*
Ej, ty!
OdpowiedzUsuńJa tu czekam na rozdział, nie zapominaj!
Ellsx
Nie tylko Ells czeka na rozdział, ja również. Rusz tyłek i coś wstaw, bo nie poddamy się tak łatwo i Cię odnajdziemy, jeśli będziesz się tak ociągać xD
OdpowiedzUsuń