Witajcie:)
Długo mnie nie było, ale nie umiałam zebrać się do napisania tego odcinka.
Cieszę się, że jest już za mną. Scena z grą Harry’ego była jedną z pierwszych,
jakie wymyśliłam do tego opowiadania i strasznie się nakombinowałam, w którym
miejscu fabuły ją wcisnąć ;D Bo za cholerę nie chciałam z niej zrezygnować.
Ugh, mam nadzieję, że jakoś to wyszło.
Co
do reklamowania bloga, nie mam na to za bardzo czasu, a zwykle też pomysłu ani
zapału. Żałuję, że nie ma polskiego forum o 1D, wtedy wszystko byłoby
łatwiejsze. A tak, każdy siedzi na swoim twitterze, tumblrze, blogu, profilu na
fb i trzeba tak łazić, by wszędzie coś napisać o swoim opowiadaniu ;D
Jeśli chodzi o tt, w ogóle nie miałam konta (wiem, wstyd ;)), założyłam dopiero kilka dni
temu. Jeśli macie ochotę, zapraszam: https://twitter.com/MKLoreley
Dziękuję
za komentarze i zapraszam na odcinek:)
* * *
A
potem Harry Styles zaczął grać.
Louis
po raz pierwszy miał okazję posłuchać tej melodii w całości, zupełnie oficjalnie.
Oczywiście Harry nie wiedział – i nie mógł się dowiedzieć! – że Tomlinson
podsłuchiwał go nocami, schowany gdzieś w mroku korytarza.
Utwór
Harry’ego, mimo iż średnio skomplikowany, niósł w sobie coś niezwykłego.
Początkowe szepty zebranych – niektóre wyrażające powątpiewanie w muzyczny
talent dziwnego chłopaka o kręconych włosach – szybko umilkły. Wszyscy
wpatrzyli się w młodego pianistę, którego dłonie płynnie poruszały się po
klawiaturze. Harry nie używał nut, grał z pamięci.
Grał
melodię dziwną i pozornie delikatną, ale za tą spokojną fasadą krył się
niepokój. Takie niewygodne uczucie, że coś jest nie w porządku, mimo że wokół
rozpościera się blask światła; że coś wisi w powietrzu i w każdej chwili może
wkroczyć w poukładany świat, burząc jego ściany nieodwołalnie i na zawsze.
Melodia niosła w sobie dekadencję, charakterystyczną dla końca dziewiętnastego
wieku; poczucie, że świat się zmienia i nie wiadomo, co czeka za rogiem. Nie
wiadomo, co przyniesie czas, ale pewne jest, że już nic nie będzie takie, jak
dawniej.
Niektórzy
zebrani w salonie Tomlinsonów dostojni goście – te damy w wieczorowych sukniach
i panowie we frakach, dzierżący w dłoniach kryształowe kieliszki – oglądali się
za siebie, chyba nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Jakby bali się, że ich
plecami czai się coś nieznanego, nienazwanego, co osiada na ramionach
niewidzialnym welonem lęku, wywołując drżenie serc.
To
wszystko niósł w sobie nieznany utwór, grany przez zaledwie niespełna trzy
minuty przez Harry’ego Stylesa.
Ostatnie
sekundy melodii były niczym dźwięk kapiącego deszczu, a końcowy akord niski i
stłumiony. Harry jeszcze przez krótki moment trzymał dłonie nad klawiaturą, po
czym opuścił je na kolana i odwrócił się w stronę publiczności, kłaniając się
lekko. Jego bystre oczy lustrowały twarze zgromadzonych, analizując wyraz
każdej z nich z zawrotną prędkością. Trwała cisza.
Jako
pierwszy zaczął klaskać Louis, a za jego przykładem poszli inni. Niektórzy –
jak dama w granatowej sukni – z ogromnym entuzjazmem, inni bardzo
powściągliwie, przyglądając się obcemu chłopakowi z dystansem, by nie
powiedzieć ukrytą obawą. Jakby widzieli w nim coś osobliwego i niepokojącego,
od czego lepiej dla własnego bezpieczeństwa trzymać się z dala. Ale byli też
tacy, dla których Harry nagle stał się atrakcją przyjęcia.
-
Gratuluję talentu, młody człowieku. – Dłoń Harry’ego znalazła się w uścisku
brzuchatego mężczyzny z średnim wieku. – To była prawdziwa muzyczna uczta, choć
krótka. Ale przyznam, że nie znam utworu, który pan grał.
-
To moja własna kompozycja – odparł Harry. – Niedawno ją ułożyłem.
-
Coś takiego! W takim razie gratuluję podwójnie. Lucille, słyszałaś, moja droga?
-
Tak. – Mężczyźnie towarzyszyła elegancka żona. – Jeśli mogę być niedyskretna i
zapytać: ile pan ma lat, panie Styles?
-
W lutym skończyłem osiemnaście.
-
Coś takiego! – Była to ewidentnie ulubiona odzywka rozmówcy Harry’ego. –
Niewiarygodne, że tak młody człowiek prezentuje tak zaawansowany poziom i na
dodatek komponuje własne utwory.
-
Dziękuję za uznanie. – Harry kiwnął głową.
-
Panie Styles, pozwoli pan, że się przedstawię. – Podeszła kolejna para. –
Alexander Bellward, a to moja żona, Constance. – Nastąpiła seria powitań. –
Jestem wicedyrektorem teatru w Leicester, a prywatnie pasjonatem muzyki
klasycznej i opery. Chciałem zapytać, u kogo pobierał pan nauki gry na
fortepianie.
Harry
ledwo zauważalnie spiął się.
-
Pochodzę w Bostonu – odpowiedział, mając nadzieję, że to zakończy temat. – Nie
uczyłem się u nikogo w Anglii.
-
Och, Boston! Uczył pana może William Duval? To mój stary znajomy, jeszcze z
czasów, gdy mieszkaliśmy w Londynie.
Tego
Harry nie przewidział.
-
Niestety nie miałem przyjemności poznać. Chociaż słyszałem o nim. Prowadzi
konserwatorium w Bostonie.
-
Zatem pan nie uczęszczał do konserwatorium? – włączyła się żona pana Bellwarda.
-
Nie, pobierałem prywatne lekcje.
-
Mój Boże! To niezwykłe. Można wiedzieć, kim był człowiek, który ukształtował
taki diament?
-
Nikim znanym. Państwo wybaczą, nie czuję się najlepiej, muszę się przewietrzyć.
Wyrwanie
się w towarzystwa Bellwardów i tej drugiej pary nie przyniosło spodziewanego
rezultatu, bo niemal natychmiast wpadł w szpony owej damy w granatowej sukni,
która zachęcała go do gry.
-
Panie Styles – powiedziała, obdarowując chłopaka promiennym uśmiechem – jest
pan niezwykle utalentowanym młodym człowiekiem. Gra pan z taką lekkością i
finezją.
-
To bardzo miłe z pani strony. – Harry, jeśli tylko chciał, potrafił być
czarujący i wspiąć się na absolutne wyżyny towarzyskiej maestrii. Chociaż
bystrzejszy obserwator z pewnością zauważyłby, że chłopak ma już dość całej tej
sytuacji.
-
Pomyślałam sobie – głos kobiety stał się cichszy i bardziej poufały – że może
zechciałby pan udzielić mi kilku lekcji.
Harry
błyskawicznie skonstatował, o co chodzi damulce, ale nie dał po sobie nic
poznać.
-
Jestem pewien, że byłbym fatalnym nauczycielem – uśmiechnął się, ale jego oczy
pozostały chłodne. – Nie mam niestety cierpliwości do uczenia kogoś. Pani
wybaczy.
Skinął
głową w geście pożegnania i zostawił kobietę samą z jej fantazjami. W pobliżu
stał Louis. Harry podszedł do niego.
-
Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał bez zbędnych wstępów. – Jaki miałeś w tym cel?
-
Jesteś zły? – Louis spojrzał na młodszego chłopaka nieco zdziwiony.
-
Nie. Po prostu zastanawiam się, co tobą kierowało, by ściągać na mnie uwagę
tych wszystkich ludzi.
-
Nie miałem żadnego ukrytego celu, Harry, naprawdę. – Louis nie kłamał. Sam do
końca nie rozumiał, jaki impuls kazał mu wywołać Harry’ego do fortepianu.
Pomijał chęć wymierzenia prztyczka w nos nadętemu Robertowi Calderowi, przesadnie
faworyzującemu swą siostrę. – Jest tak, jak mówiłem: uważam, że taki talent jak
twój nie powinien pozostawać w ukryciu. Nie lubisz grać przed publicznością?
-
Lubię przed taką, której zależy. – Zielone oczy Harry’ego miały trudny do
rozszyfrowania wyraz. – Ci tutaj szybko zapomną.
-
Nie wszyscy – odparł Louis ciszej, ale pewnie. – Ja zapamiętam.
Przez
chwilę patrzyli na siebie, nie zwracając uwagi na nic dookoła. Zieleń łączyła
się z błękitem.
-
Kiedyś – powiedział w końcu Harry – napiszę coś dla ciebie. Tylko jeszcze nie
wiem, co.
*
Lipcowa
noc była spokojna i ciepła. Delikatny wietrzyk poruszał liśćmi drzew, a z
salonu Tomlinsonów dochodziły stłumione odgłosy rozmów i pobrzękiwanie szkła.
Okna Castamere na parterze błyszczały żółtopomarańczowym blaskiem.
Harry
Styles zostawił za sobą duszne pomieszczenie, wypełnione zapachem perfum,
jedzenia i drogiego alkoholu, z ulgą wciągając w płuca czyste powietrze. Nie
lubił takiej stęchłej – dosłownie i w przenośni – atmosfery. Tych wszystkich
sztucznych uśmiechów, poukładanych rozmów, dotknięć, spod których nie wypadało
się otrząsnąć. Tych obcych mu ludzi, którzy traktowali go jak chwilową ciekawostkę
w ich pustym życiu.
Nie
był zły na Louisa, że ten poprosił go o zagranie jakiegoś utworu, nie o to
chodziło. Miał żal do samego siebie, że się zgodził. Że tak łatwo uległ. I w
efekcie pierwsze wykonanie jego nowego utworu słyszeli ludzie, którzy na to nie
zasługiwali. Beznadziejna okoliczna arystokracja o ciasnych horyzontach umysłowych,
zgromadzona na jednym z wielu bankietów, w jakich się tu lubowano. Phi! Niechby
im przygrywała Eleanor Calder!
A
niech to! O wilku mowa!, pomyślał Harry, zauważając w
drewnianej altanie Eleanor. Jej jasna suknie wyraźnie odcinała się na ciemnym
tle drewna i oplatającego go bluszczu. Harry nie miał pojęcia, kiedy młoda dama
zniknęła z salonu.
-
Panna Calder – skinął głową, podchodząc bliżej. – A to niespodzianka!
Eleanor
drgnęła na dźwięk tego charakterystycznego, ochrypłego głosu. Harry nie byłby
sobą, gdyby przegapił ten odruch. Uśmiechnął się nieco sarkastycznie pod nosem,
przysiadając obok Eleanor na ławce. Dziewczyna szczelniej okryła się kremową
pelerynką, którą miała zarzuconą na ramiona. To również Harry zauważył.
-
Coś się stało, że uciekła pani z przyjęcia? Myślałem, że będzie pani dalej
cieszyć gości swoją grą.
-
Panu zdecydowanie lepiej to wychodzi. – Eleanor starała się grać uprzejmą damę,
ale w jej głosie wyraźnie dźwięczała uraza. – Louis też chyba preferuje muzykę
w pańskim wydaniu.
Wystarczyło
to jedno zdanie, by Harry zrozumiał. Eleanor czuła się urażona, że jej przyszły
narzeczony pozwolił zabłysnąć komuś innemu niż ona sama. Owo nagłe odkrycie
sprawiło, że omal nie parsknął śmiechem. Cóż za głupia małostkowość!
-
Boże drogi, chyba nie jest pani zazdrosna! – powiedział, z trudem kryjąc pełen
satysfakcji i ironii uśmiech. – Po pierwsze, to nie przystoi, a po drugie, nie
ma pani powodu.
-
Zazdrość? Myli się pan. Jestem pewna, że Louis nie miał zamiaru sprawić mi
przykrości.
-
Och, również jestem tego pewien. – Głos Harry’ego był nienaturalnie
przesłodzony, ale pod tą fasadą kryły się jadowite szpilki. – Wspaniały, dobrze
wychowany Louis. Zawsze taki poukładany i szarmancki. Idealny materiał na męża.
Kiedy ślub?
-
Nie wyznaczyliśmy jeszcze daty.
Harry
przyjrzał się Eleanor uważnie, prześlizgując się wzrokiem po jej elegancko
upiętych włosach, drobnej twarzy i szczupłej figurze. Dziewczyna czuła się
speszona pod jego badawczym spojrzeniem, ale zachowała niewzruszony wyraz
twarzy.
-
Jest pani jeszcze taka młoda – powiedział Harry, przekrzywiając głowę i nie spuszczając
z Eleanor wzroku. – Małżeństwo w takim wieku… Wierzę, że wie pani, w co się
pakuje, panno Calder.
-
Nie bardzo rozumiem, do czego pan zmierza. – Eleanor siliła się na spokój.
Harry
zmrużył oczy z satysfakcją.
-
Małżeństwo to nie tylko wspólne romantyczne wzdychanie do księżyca w letnią noc.
Teraz Louis może panią adorować, ale później będzie wymagał. Jest mężczyzną, a
mężczyźni, no cóż, mają swoje potrzeby. – Harry pochylił się lekko ku Eleanor.
Dziewczyna cofnęła się instynktownie, ale on tylko mówił. Jego przyciszony głos
ciął wieczorne powietrze. – Louis wydaje się taki spokojny i nudnawy, ale ja
wiem swoje: pod jego skórą pełga ogień, który kiedyś wybuchnie. To widać w jego
oczach. Gasić ten żar nie będzie łatwo. Trzeba się będzie bardzo postarać,
panno Calder, w spełnianiu obowiązków żony.
-
Proszę natychmiast przestać!
-
Dlaczego? – szeptał Harry. – To tylko słowa. A miłość to uczucie, panno Calder.
Nie sztuczne uśmiechy na przyjęciach i całowanie po rączkach, bo pół hrabstwa
patrzy. Nie towarzyskie konwenanse. To połączenie
serc, dusz i ciał dwojga ludzi.
Eleanor
odsunęła się gwałtownie.
-
Ta rozmowa nigdy nie powinna mieć miejsca. – Zdenerwowana wstała w ławki. Na
jej policzkach kwitły rumieńce. – Żegnam, panie Styles.
Harry
patrzył, jak dziewczyna szybkim krokiem, otulając się peleryną, zmierza ku
wejściu do domu. Jego lekko przymrużone oczy błyszczały.
Wiele
rzeczy, jakie się tu dzieją, nie powinno mieć miejsca, głupia pańciu!
________________________
http://www.youtube.com/watch?v=eGLKTpknbnI
- a oto melodia, którą w moim wyobrażeniu grał Harry. Słuchałam jej dziesiątki
razy i już mi uszami wychodzi ;D
Witaj.
OdpowiedzUsuńWłaśnie teraz zobaczyłam, że jest nowy rozdział. Jest bardzo dobry, podoba mi się. Nie mogę się doczekać aż zacznie dziać się coś konkretniejszego między Louisem i Harrym, ale cieszę się, że wszystko toczy się tak powoli. Każde zdanie, każde słowo jest idealne. I piszę to jeszcze raz ale cieszę się, że powstało takie opowiadanie jak te, jest całkowicie różne od innych, oryginalne, nie spotkałam się jeszcze z kimś kto by podjął się takiej tematyki.
Jeszcze jedna sprawa, a więc myślę, że jednak powinnaś napisać do kilku osób na twitterze i polecić swojego bloga, larry shippers chętnie czytają takie rzeczy.
A więc, czekam na następny!
Ily, skarbie.
Ellsx