Sama
się sobie dziwię, że jeszcze piszę to opowiadanie :P Ćwiczę swoją cierpliwość
do własnych nudów ;)
_________________
A
potem Harry wyjechał.
Louisa
wewnątrz zmroziła ta wiadomość, ale pozornie zachował zimną krew. Niby
swobodnie zapytał Rebeki, dokąd i na jak długo wybrał się młody Styles, a gdy
kobieta poinformowała go, że udał się jedynie do sąsiedniego hrabstwa
Nottinghamshire, by zobaczyć ruiny zamku Newark, Louis odetchnął. Przypomniał
sobie, że Harry wspominał mu kiedyś o swojej fascynacji starymi warowniami i
średniowiecznymi zamczyskami. W Stanach Zjednoczonych podobnych obiektów nie
było, więc korzystając z pobytu w Anglii, chłopak zamierzał kilka odwiedzić. Tam najłatwiej o natchnienie, mówił. Tajemnice, wspomnienia, to jest piękne…
Louis nie do końca podzielał tę fascynację rozsypującymi się murami i
zarośniętymi dziedzińcami, ale rozumiał, że artystyczna dusza Harry’ego szukała
tego typu emocji. Ukłuło go jedynie to, że Harry nie wspomniał o swych planach.
Ze względu na skręconą nogę Louis i tak nie mógłby mu towarzyszyć w wyprawie,
niemniej jednak poczuł się w dziwny sposób oszukany i pominięty.
Harry
wrócił po dwóch dniach. Wydawał się spokojny, ale nie był to pogodny spokój,
raczej ten z gatunku melancholijnych. Harry szukał odosobnienia, wydawał się
błądzić myślami gdzieś daleko. Częściej też przesiadywał przy fortepianie,
zwłaszcza wieczorami, gdy reszta domowników udawała się już na spoczynek. Louis
niekiedy wychodził na korytarz, by posłuchać jego muzyki, ale nie odważył się
już obserwować go, ukryty w mroku hallu.
Pewnej
nocy, ubrany jedynie w pidżamę, usiadł na najwyższym stopniu schodów i słuchał.
Harry grał ową kompozycję, której fragment zaprezentował Louisowi dzień po tym,
jak się poznali. Melodia wydawała się ukończona. Słuchał, pogrążony w mroku, i
tysiące myśli przelatywały mu przez głowę. A na zewnątrz padał letni deszcz,
spływając po szybach ciemnymi strugami.
*
Louis,
mając myśli zaprzątnięte Harrym, zupełnie zapomniał o przyjęciu, które jego
matka miała wydawać tego dnia. Zresztą, będąc szczerym, pani Tomlinson lubowała
się w kolacjach, wieczorkach, balach i innych tego typu spędach towarzyskich,
więc naprawdę ciężko było spamiętać, co, gdzie, kiedy i kto jest zaproszony.
Louis przypomniał sobie o wszystkim rano, gdy zobaczył służbę sprzątającą,
czyszczącą zastawę stołową i układającą kompozycje kwiatowe. Przez jedną
straszną chwilę przemknęło mu nawet przez myśl, iż celem tego przedstawienia ma
być oficjalne ogłoszenie jego zaręczyn z Eleanor, ale uznał, że rodzice mimo
wszystko nie wywinęliby mu takiego numeru bez jego zgody. Podpytana Rebecca
zresztą zaprzeczyła. Louis odetchnął. Nie miał ochoty na publiczne deklaracje.
W zasadzie wcale nie miał ochoty na te całe zaręczyny. Nie teraz. Jeszcze nie teraz.
Wieczorem
salon Tomlinsonów zapełnił się gośćmi. Oczywiście byli tam także Calderowie,
wraz z dwoma najstarszymi córkami – dziewiętnastoletnią Eleanor i
siedemnastoletnią Edith (w rodzinie istniał nieco niedorzeczny zwyczaj
nadawania dziewczynkom imion na literę E, na cześć dawno zmarłej członkini
rodu, która jakoby miała być postacią wybitną). Niestety na przyjęciu stawił
się także starszy brat Eleanor, Robert, za którym Louis nie przepadał. Młody
Calder miał denerwującą manierę nowobogackiego bufona, patrzącego na całą resztę
świata z ironiczną wyższością. A prawda była taka, że gdyby nie koneksje i
pieniądze rodziny, niczego w życiu by nie osiągnął, nie wyróżniał się bowiem
ani intelektem, ani talentem, ani silną wolą.
-
Louis – Robert Calder przywitał się z Louisem, przywdziewając na twarz fałszywy
uśmiech. – Podobno pniesz się w górę w londyńskiej palestrze. Prawda to?
-
Wszystko układa się pomyślenie – odparł Louis sztywno. Nie lubił tego człowieka
i nie miał ochoty wdawać się w wylewne rozmowy z nim.
-
Och, mam nadzieję. Moja siostra zasługuje na wszystko, co najlepsze.
Więc
powinna wymienić sobie brata, pomyślał Louis złośliwie.
-
Nie musisz się martwić. Eleanor nie spotka z mojej strony żadna krzywda.
Calder
nie odpowiedział na tę deklarację. Pociągnął łyk szampana z kieliszka i
dyskretnie skinął głową w lewo.
-
Kto to? Jakiś znajomy rodziny?
Na
pewno nie twojej. Louis doskonale wiedział, o kim Robert
mówi, nie musiał nawet patrzeć.
-
To mój dalszy kuzyn, ma na imię Harry i spędza wakacje w Castamere, przyjechał
z Bostonu.
-
Twoja rodzina? – Robert uniósł brwi w ironicznym geście. – Z Bostonu? Mój Boże,
spójrz na jego włosy! I tę dziwaczną ozdobę pod szyją! To jakaś amerykańska
moda?
Louis
poczuł, jak złość zaczyna mu kipieć w żyłach. Ten nadęty paniczyk nie miał
żadnego prawa kpić z Harry’ego, jego włosów, jego ubrania, ani czegokolwiek, co
wiązało się z tym chłopakiem! Harry mógłby pojawić się na tym głupim przyjęciu
w stroju tancerki kabaretowej i chodzić na uszach, zabawiając gości, a i tak
byłby wart sto razy więcej niż tępy Robert Calder.
-
Nie oceniam ludzi na podstawie tego, co mają
na głowie. Raczej na podstawie tego, co mają w niej – odciął się Louis. Punkt dla niego!
Calder
nie zdążył odpowiedzieć, gdyż w tym samym czasie na środek salonu wystąpiła
pani Tomlinson.
-
Drodzy przyjaciele…
Louis
nawet połowy tych ludzi nie określiłby mianem przyjaciół swojej matki, ale
mniejsza z tym.
-
…mam nadzieję, że spędzacie przyjemny wieczór. Myślę, że z chęcią posłuchamy
odrobiny muzyki. Jestem pewna, że nasza urocza Eleanor nie odmówi nam krótkiego
koncertu – uśmiechnęła się promiennie w kierunku swojej przyszłej synowej.
Tego
typu „zaproszenie” w zasadzie nie pozostawiało Eleanor możliwości odmowy, nawet
gdyby akurat nie miała ochoty popisywać się swoimi zdolnościami muzycznymi.
-
Będę zaszczycona – odparła, zawczasu przewidując taki scenariusz. Eleanor była
uzdolniona muzycznie i często grywała na fortepianie podczas towarzyskich
spotkań.
Dziewczyna
podeszła do instrumentu i usiadła na taborecie, poprawiając suknię. Wyglądała
tego wieczoru wyjątkowo pięknie, w swojej garderobie koloru słoneczników i
eleganckich kolczykach ozdobionych rubinami.
Zaczęła
grać, a goście przysłuchiwali się, kiwając z uznaniem głowami. Kilkoro
wymieniło szeptem uwagi. Louis tymczasem kątem oka starał się złowić spojrzenie
Harry’ego.
Chłopak
z Bostonu przez cały wieczór trzymał się na uboczu, zjadł niewiele, a swojego
szampana sączył już od dobrych czterdziestu minut. Teraz również stał pod
ścianą, uważnie przysłuchując się koncertowi w wykonaniu Eleanor. Louis
wiedział, że Harry, obdarzony doskonałym słuchem, analizuje każdą poszczególną
nutę. Jego twarz pozornie nie zdradzała żadnych emocji, choć wnikliwszy
obserwator mógłby zauważyć kilka drgnień ust czy zmarszczeń czoła. Podziwu na
niej nie było, co najwyżej ostrożne zainteresowanie. Louis nie potrafił
rozszyfrować, co też Harry myśli o grze Eleanor, a nie chciał przyglądać się
chłopakowi zbyt jawnie.
Eleanor
dała około dziesięciominutowy występ, koncentrując się na utworach Mozarta, za
co została nagrodzona zasłużonymi brawami. Jej brat podszedł do dziewczyny i
ostentacyjnie ucałował ją w dłonie, składając tym samym hołd niczym
najwspanialszej pianistce świata. Louis zagryzł zęby. Nie znosił takich
fałszywych demonstracji.
A
w następnej chwili… sam nie wiedział, co w niego wstąpiło. To był impuls.
-
Tak się składa – odezwał się, wychodząc na środek salonu, nadal lekko utykając
– że tego wieczoru jest między nami jeszcze jedna niezwykle utalentowana
muzycznie osoba. Będę niezwykle rad, jeśli zgodzi się zagrać dla nas. Tą osobą
jest mój kuzyn, Harry Styles.
Wyłowił
spośród dwudziestu kilku osób spojrzenie stojącego pod ścianą Harry’ego. Ich
oczy spotkały się. We wzroku Stylesa odbiło się krańcowe zaskoczenie.
-
Harry? – Louis uśmiechnął się zachęcająco. – Uczynisz nam tę przyjemność?
Oczy
wszystkich zwróciły się ku niepozornemu chłopakowi o kręconych włosach, na
którego do tej pory nie zwracali uwagi.
-
To – odchrząknął Harry – to raczej nie jest dobry pomysł.
-
Panie Styles, niech pan nie da się prosić – uśmiechnęła się do niego dama w
granatowej sukni, obwieszona biżuterią.
Harry
spojrzał po kolei na kobietę w granatach, małżeństwo Tomlinsonów, Eleanor,
która starała się wyglądać, jakby właśnie nie doświadczyła afrontu od swego
narzeczonego, ironiczno – wkurzonego Roberta Caldera, a na końcu Louisa. Na nim
zatrzymał wzrok najdłużej, jak gdyby starał się analizować, jakie też pobudki
kierowały Louisem, że zdecydował się „zareklamować” go przed tymi wszystkimi
ludźmi.
-
Harry, twój talent nie powinien pozostawać w ukryciu – powiedział Louis. Jego
ciepłe oczy zdawały się nie widzieć nikogo w tym pokoju poza Stylesem.
Brwi
Harry’ego uniosły się lekko. Chyba za żadne skarby świata nie spodziewał się
takiej akcji ze strony powściągliwego zazwyczaj w towarzystwie Louisa. Ale nie
można powiedzieć, że sprawiło mu to przykrość.
-
W porządku – powiedział cicho.
Wyminął
kilka osób i wyszedł na środek, zasiadając przy fortepianie. Louis usunął się
nieco na bok, cały czas z uśmiechem na ustach. Przypominał nieco Suzi, gdy ta
„prezentowała” mu Harry’ego kilkanaście dni wcześniej.
Harry
pochylił się nad fortepianem, kładąc palce na klawiaturze. Na moment zaległa
cisza. Louis znał już ten rytuał, widział go. Harry jak gdyby kumulował w sobie
energię, jego dusza zdawała się opuszczać ten salon i wtapiać w jakiś inny
świat, oczy nie widziały już niczego dookoła. To było niczym cisza przed burzą.
Niczym świat zamierający tuż przed uderzeniem pioruna.
A
potem Harry Styles zaczął grać.
_______________________
Wiem,
ucięte we wrednym momencie. Początkowo miałam plan napisać jeszcze scenę z grą
Harry’ego, ale uznałam, że tak będzie ciekawiej.
Za
to kolejny odcinek – ostatni z rozdziału 4 – będzie interesujący z powodu
rozmowy Harry’ego z Eleanor, w której to nasz kochany Styles pokaże swoją „niegrzeczną”
stronę ;)
Boże, rozdział jest cudowny, piękny, idealny! Jeszcze jak napisałaś o tej rozmowie Harry'ego z Eleanor i czuję się teraz taka nienasycona! To opowiadanie jest idealne i dziwię się dlaczego tak mało osób je czyta. Próbowałaś może rozgłośnić jakoś twojego bloga? Może na twitterze?
OdpowiedzUsuńRozdział jest naprawdę wspaniały i nie mogę się doczekać następnego.
Kocham Cię, skarbie! x
Ellsx
No hej, hej :D Ja bym chciała tylko poinformować, że wcale o Tobie nie zapomniałam. Kończy mi się sesja, więc wkrótce będę mogła wszystko nadrobić. I nie waż mi się kończyć działalności. A mam pytanie, tak jak wyżej wspomniała o tym Ells, próbowałaś rozprzestrzenić i zareklamować gdzieś swojego bloga? Naprawdę jest on godny uwagi, więc dziwię że nie masz czytelników.
OdpowiedzUsuń