wtorek, 11 lutego 2014

Rozdział 4: Konwenanse (cz. 3)



Sama się sobie dziwię, że jeszcze piszę to opowiadanie :P Ćwiczę swoją cierpliwość do własnych nudów ;)



_________________




A potem Harry wyjechał.
Louisa wewnątrz zmroziła ta wiadomość, ale pozornie zachował zimną krew. Niby swobodnie zapytał Rebeki, dokąd i na jak długo wybrał się młody Styles, a gdy kobieta poinformowała go, że udał się jedynie do sąsiedniego hrabstwa Nottinghamshire, by zobaczyć ruiny zamku Newark, Louis odetchnął. Przypomniał sobie, że Harry wspominał mu kiedyś o swojej fascynacji starymi warowniami i średniowiecznymi zamczyskami. W Stanach Zjednoczonych podobnych obiektów nie było, więc korzystając z pobytu w Anglii, chłopak zamierzał kilka odwiedzić. Tam najłatwiej o natchnienie, mówił. Tajemnice, wspomnienia, to jest piękne… Louis nie do końca podzielał tę fascynację rozsypującymi się murami i zarośniętymi dziedzińcami, ale rozumiał, że artystyczna dusza Harry’ego szukała tego typu emocji. Ukłuło go jedynie to, że Harry nie wspomniał o swych planach. Ze względu na skręconą nogę Louis i tak nie mógłby mu towarzyszyć w wyprawie, niemniej jednak poczuł się w dziwny sposób oszukany i pominięty.
Harry wrócił po dwóch dniach. Wydawał się spokojny, ale nie był to pogodny spokój, raczej ten z gatunku melancholijnych. Harry szukał odosobnienia, wydawał się błądzić myślami gdzieś daleko. Częściej też przesiadywał przy fortepianie, zwłaszcza wieczorami, gdy reszta domowników udawała się już na spoczynek. Louis niekiedy wychodził na korytarz, by posłuchać jego muzyki, ale nie odważył się już obserwować go, ukryty w mroku hallu.
Pewnej nocy, ubrany jedynie w pidżamę, usiadł na najwyższym stopniu schodów i słuchał. Harry grał ową kompozycję, której fragment zaprezentował Louisowi dzień po tym, jak się poznali. Melodia wydawała się ukończona. Słuchał, pogrążony w mroku, i tysiące myśli przelatywały mu przez głowę. A na zewnątrz padał letni deszcz, spływając po szybach ciemnymi strugami.

*

Louis, mając myśli zaprzątnięte Harrym, zupełnie zapomniał o przyjęciu, które jego matka miała wydawać tego dnia. Zresztą, będąc szczerym, pani Tomlinson lubowała się w kolacjach, wieczorkach, balach i innych tego typu spędach towarzyskich, więc naprawdę ciężko było spamiętać, co, gdzie, kiedy i kto jest zaproszony. Louis przypomniał sobie o wszystkim rano, gdy zobaczył służbę sprzątającą, czyszczącą zastawę stołową i układającą kompozycje kwiatowe. Przez jedną straszną chwilę przemknęło mu nawet przez myśl, iż celem tego przedstawienia ma być oficjalne ogłoszenie jego zaręczyn z Eleanor, ale uznał, że rodzice mimo wszystko nie wywinęliby mu takiego numeru bez jego zgody. Podpytana Rebecca zresztą zaprzeczyła. Louis odetchnął. Nie miał ochoty na publiczne deklaracje. W zasadzie wcale nie miał ochoty na te całe zaręczyny. Nie teraz. Jeszcze nie teraz.
Wieczorem salon Tomlinsonów zapełnił się gośćmi. Oczywiście byli tam także Calderowie, wraz z dwoma najstarszymi córkami – dziewiętnastoletnią Eleanor i siedemnastoletnią Edith (w rodzinie istniał nieco niedorzeczny zwyczaj nadawania dziewczynkom imion na literę E, na cześć dawno zmarłej członkini rodu, która jakoby miała być postacią wybitną). Niestety na przyjęciu stawił się także starszy brat Eleanor, Robert, za którym Louis nie przepadał. Młody Calder miał denerwującą manierę nowobogackiego bufona, patrzącego na całą resztę świata z ironiczną wyższością. A prawda była taka, że gdyby nie koneksje i pieniądze rodziny, niczego w życiu by nie osiągnął, nie wyróżniał się bowiem ani intelektem, ani talentem, ani silną wolą.
- Louis – Robert Calder przywitał się z Louisem, przywdziewając na twarz fałszywy uśmiech. – Podobno pniesz się w górę w londyńskiej palestrze. Prawda to?
- Wszystko układa się pomyślenie – odparł Louis sztywno. Nie lubił tego człowieka i nie miał ochoty wdawać się w wylewne rozmowy z nim.
- Och, mam nadzieję. Moja siostra zasługuje na wszystko, co najlepsze.
Więc powinna wymienić sobie brata, pomyślał Louis złośliwie.
- Nie musisz się martwić. Eleanor nie spotka z mojej strony żadna krzywda.
Calder nie odpowiedział na tę deklarację. Pociągnął łyk szampana z kieliszka i dyskretnie skinął głową w lewo.
- Kto to? Jakiś znajomy rodziny?
Na pewno nie twojej. Louis doskonale wiedział, o kim Robert mówi, nie musiał nawet patrzeć.
- To mój dalszy kuzyn, ma na imię Harry i spędza wakacje w Castamere, przyjechał z Bostonu.
- Twoja rodzina? – Robert uniósł brwi w ironicznym geście. – Z Bostonu? Mój Boże, spójrz na jego włosy! I tę dziwaczną ozdobę pod szyją! To jakaś amerykańska moda?
Louis poczuł, jak złość zaczyna mu kipieć w żyłach. Ten nadęty paniczyk nie miał żadnego prawa kpić z Harry’ego, jego włosów, jego ubrania, ani czegokolwiek, co wiązało się z tym chłopakiem! Harry mógłby pojawić się na tym głupim przyjęciu w stroju tancerki kabaretowej i chodzić na uszach, zabawiając gości, a i tak byłby wart sto razy więcej niż tępy Robert Calder.
- Nie oceniam ludzi na podstawie tego, co mają na głowie. Raczej na podstawie tego, co mają w niej – odciął się Louis. Punkt dla niego!
Calder nie zdążył odpowiedzieć, gdyż w tym samym czasie na środek salonu wystąpiła pani Tomlinson.
- Drodzy przyjaciele…
Louis nawet połowy tych ludzi nie określiłby mianem przyjaciół swojej matki, ale mniejsza z tym.
- …mam nadzieję, że spędzacie przyjemny wieczór. Myślę, że z chęcią posłuchamy odrobiny muzyki. Jestem pewna, że nasza urocza Eleanor nie odmówi nam krótkiego koncertu – uśmiechnęła się promiennie w kierunku swojej przyszłej synowej.
Tego typu „zaproszenie” w zasadzie nie pozostawiało Eleanor możliwości odmowy, nawet gdyby akurat nie miała ochoty popisywać się swoimi zdolnościami muzycznymi.
- Będę zaszczycona – odparła, zawczasu przewidując taki scenariusz. Eleanor była uzdolniona muzycznie i często grywała na fortepianie podczas towarzyskich spotkań.
Dziewczyna podeszła do instrumentu i usiadła na taborecie, poprawiając suknię. Wyglądała tego wieczoru wyjątkowo pięknie, w swojej garderobie koloru słoneczników i eleganckich kolczykach ozdobionych rubinami.
Zaczęła grać, a goście przysłuchiwali się, kiwając z uznaniem głowami. Kilkoro wymieniło szeptem uwagi. Louis tymczasem kątem oka starał się złowić spojrzenie Harry’ego.
Chłopak z Bostonu przez cały wieczór trzymał się na uboczu, zjadł niewiele, a swojego szampana sączył już od dobrych czterdziestu minut. Teraz również stał pod ścianą, uważnie przysłuchując się koncertowi w wykonaniu Eleanor. Louis wiedział, że Harry, obdarzony doskonałym słuchem, analizuje każdą poszczególną nutę. Jego twarz pozornie nie zdradzała żadnych emocji, choć wnikliwszy obserwator mógłby zauważyć kilka drgnień ust czy zmarszczeń czoła. Podziwu na niej nie było, co najwyżej ostrożne zainteresowanie. Louis nie potrafił rozszyfrować, co też Harry myśli o grze Eleanor, a nie chciał przyglądać się chłopakowi zbyt jawnie.
Eleanor dała około dziesięciominutowy występ, koncentrując się na utworach Mozarta, za co została nagrodzona zasłużonymi brawami. Jej brat podszedł do dziewczyny i ostentacyjnie ucałował ją w dłonie, składając tym samym hołd niczym najwspanialszej pianistce świata. Louis zagryzł zęby. Nie znosił takich fałszywych demonstracji.
A w następnej chwili… sam nie wiedział, co w niego wstąpiło. To był impuls.
- Tak się składa – odezwał się, wychodząc na środek salonu, nadal lekko utykając – że tego wieczoru jest między nami jeszcze jedna niezwykle utalentowana muzycznie osoba. Będę niezwykle rad, jeśli zgodzi się zagrać dla nas. Tą osobą jest mój kuzyn, Harry Styles.
Wyłowił spośród dwudziestu kilku osób spojrzenie stojącego pod ścianą Harry’ego. Ich oczy spotkały się. We wzroku Stylesa odbiło się krańcowe zaskoczenie.
- Harry? – Louis uśmiechnął się zachęcająco. – Uczynisz nam tę przyjemność?
Oczy wszystkich zwróciły się ku niepozornemu chłopakowi o kręconych włosach, na którego do tej pory nie zwracali uwagi.
- To – odchrząknął Harry – to raczej nie jest dobry pomysł.
- Panie Styles, niech pan nie da się prosić – uśmiechnęła się do niego dama w granatowej sukni, obwieszona biżuterią.
Harry spojrzał po kolei na kobietę w granatach, małżeństwo Tomlinsonów, Eleanor, która starała się wyglądać, jakby właśnie nie doświadczyła afrontu od swego narzeczonego, ironiczno – wkurzonego Roberta Caldera, a na końcu Louisa. Na nim zatrzymał wzrok najdłużej, jak gdyby starał się analizować, jakie też pobudki kierowały Louisem, że zdecydował się „zareklamować” go przed tymi wszystkimi ludźmi.
- Harry, twój talent nie powinien pozostawać w ukryciu – powiedział Louis. Jego ciepłe oczy zdawały się nie widzieć nikogo w tym pokoju poza Stylesem.
Brwi Harry’ego uniosły się lekko. Chyba za żadne skarby świata nie spodziewał się takiej akcji ze strony powściągliwego zazwyczaj w towarzystwie Louisa. Ale nie można powiedzieć, że sprawiło mu to przykrość.
- W porządku – powiedział cicho.
Wyminął kilka osób i wyszedł na środek, zasiadając przy fortepianie. Louis usunął się nieco na bok, cały czas z uśmiechem na ustach. Przypominał nieco Suzi, gdy ta „prezentowała” mu Harry’ego kilkanaście dni wcześniej.
Harry pochylił się nad fortepianem, kładąc palce na klawiaturze. Na moment zaległa cisza. Louis znał już ten rytuał, widział go. Harry jak gdyby kumulował w sobie energię, jego dusza zdawała się opuszczać ten salon i wtapiać w jakiś inny świat, oczy nie widziały już niczego dookoła. To było niczym cisza przed burzą. Niczym świat zamierający tuż przed uderzeniem pioruna.
A potem Harry Styles zaczął grać. 

 _______________________


Wiem, ucięte we wrednym momencie. Początkowo miałam plan napisać jeszcze scenę z grą Harry’ego, ale uznałam, że tak będzie ciekawiej.
Za to kolejny odcinek – ostatni z rozdziału 4 – będzie interesujący z powodu rozmowy Harry’ego z Eleanor, w której to nasz kochany Styles pokaże swoją „niegrzeczną” stronę ;)

2 komentarze:

  1. Boże, rozdział jest cudowny, piękny, idealny! Jeszcze jak napisałaś o tej rozmowie Harry'ego z Eleanor i czuję się teraz taka nienasycona! To opowiadanie jest idealne i dziwię się dlaczego tak mało osób je czyta. Próbowałaś może rozgłośnić jakoś twojego bloga? Może na twitterze?
    Rozdział jest naprawdę wspaniały i nie mogę się doczekać następnego.
    Kocham Cię, skarbie! x
    Ellsx

    OdpowiedzUsuń
  2. No hej, hej :D Ja bym chciała tylko poinformować, że wcale o Tobie nie zapomniałam. Kończy mi się sesja, więc wkrótce będę mogła wszystko nadrobić. I nie waż mi się kończyć działalności. A mam pytanie, tak jak wyżej wspomniała o tym Ells, próbowałaś rozprzestrzenić i zareklamować gdzieś swojego bloga? Naprawdę jest on godny uwagi, więc dziwię że nie masz czytelników.

    OdpowiedzUsuń