czwartek, 30 stycznia 2014

Rozdział 4: Konwenanse (cz. 2)



Nie jestem przekonana do tego rozdziału :/ Nie uważam go za zupełnie tragiczny, tylko strasznie mnie zmęczył i może stąd moja niechęć do niego. Zawsze mnie wkurza, jak autorki piszą na wstępie „Ten rozdział jest beznadziejny! Nie krytykujcie, a najlepiej to nie czytajcie!” Do licha, to pracuj nad tekstem, żeby był przynajmniej znośny!
Nigdy bym nie wstawiła rozdziału, który uważam za totalny shit, ale czasem jest tak, że dane fragmenty pisze się lekko, niemal same układają się w głowie, a niekiedy człowiek męczy się jak w kopalni :P Poniższy kawałek należał właśnie do takich męczących.
No nic, lecimy z koksem. 

*    *    *

 

Louisowi udało się uniknąć deszczu, ale nie ominęły go nieprzyjemne wrażenia związane z nastawianiem skręconej nogi. Problematyczne okazało się już samo sprowadzenie rannego w dół zbocza. Louis krzywił się z bólu, gdy podtrzymywany przez Harry’ego i Boba, kuśtykał do powozu. Na szczęście, gdy dojechali do Castamere, czekał już tam lekarz, zawczasu sprowadzony przez syna Boba, dwunastoletniego Jacka. Stopa Louisa została nastawiona i unieruchomiona, a pechowy pacjent otrzymał polecenie odpoczywania przez kilka dni, by nie nadwyrężać kostki.   
Siedząc w ogrodzie, rozłożony w wiklinowym fotelu, spoglądał tęsknie na swój granatowy samochód. Och, tak bardzo chciałby pojeździć! Zawsze interesował się nowinkami technicznymi, a już motoryzacyjnego bakcyla złapał na dobre. Tymczasem ledwo otrzymał  auto, przez własną głupotę pozbawił się przyjemności prowadzenia go. Cóż, przynajmniej nie rozbił się na drzewie.
Eleanor, dowiedziawszy się o wypadku Louisa, odwiedziła go wraz ze swą matką. Pani Tomlinson zaprosiła panią Calder na kawę, a młodzi mogli w spokoju porozmawiać w ogrodzie. Louis czuł się jednak nieco zdeprymowany, gdyż w pobliżu przebywał Harry, który próbował uczyć Suzi gry w szachy. Siedzieli we dwójkę na kocu rozłożonym na trawie, a pomiędzy nimi leżała szachownica. Młody Styles wydawał się skoncentrowany na tłumaczeniu jedenastolatce zasad, ale Louis nie dał się oszukać – co jakiś czas kątem oka wyłapywał szybkie spojrzenia, jakie Harry rzucał na niego i Eleanor. Peszyło go to. Nie rozumiał dziwnego stosunku kuzyna do swojej przyszłej narzeczonej.
- Harry wydaje się mieć bardzo dobry kontakt z twoją siostrą – zauważyła Eleanor. – Grał z nią w badmintona na pikniku, teraz tłumaczy zasady szachów.
- Tak – uśmiechnął się Louis. Mimo zakłopotania obecnością Harry’ego, w jego wnętrzu rozlało się dziwne ciepło na myśl o nim. – Ma do Suzi gigantyczną cierpliwość. Udziela jej też nieoficjalnych lekcji gry na fortepianie.
- Och, nie wiedziałam, że on gra. – Eleanor uniosła równe, ciemne brwi.
- Jest bardzo zdolny. – Louis ukradkiem zerknął na chłopaka z lokami. – Dziwię się, że nie poszedł do konserwatorium. Mógłby naprawdę osiągnąć wyżyny.
- Lubisz go, prawda?
Louis chwilę dłużej zawiesił spojrzenie na Harrym. Szczupłe palce chłopaka przesuwały właśnie jedną z figur po szachownicy.
- Lubię – odparł. – Bywa denerwujący, ale… to jedna z najciekawszych osób, jakie kiedykolwiek spotkałem. 

*

Myślenie o Harrym stało się w tych dniach niemal obsesją Louisa. Wszędzie i o każdej porze przez oczami duszy ukazywały się mu te zielone oczy, figlarny uśmiech i niesforne loki. Chwilami zastanawiał się, czy nie wpadł w jakąś paranoję na punkcie chłopaka z Bostonu. Jakby się zastanowił, musiałby przyznać, że znacznie rzadziej myślał o Eleanor, niż o Harrym. To nie było normalne. Nikt z domowników zdawał się nie żywić względem niego podobnych uczuć. Owszem, Suzi go uwielbiała, ale to było typowo dziecięce zauroczenie i przywiązanie do człowieka, który poświęcał jej czas i uwagę. Charlotte i rodzice traktowali go uprzejmie, ale z taką samą wynikającą z konwenansów grzecznością podchodziliby do każdego, kto gościłby w Castamere. Rebecca chyba mu nie ufała, choć starała się to ukrywać, wszak była tylko służącą i nie do niej należała ocena gości Tomlinsonów.
Dlaczego zatem dla niego, Louisa, ów przybysz z Ameryki działał w tak dziwny sposób?
- O czym tak dumasz?
Louis drgnął. Stał przed nim nie kto inny jak Harry – na ustach miał szeroki uśmiech, a w dłoni dzierżył książkę. Chłopak przysiadł obok Louisa, w drugim wiklinowym fotelu.
- Noga bardzo dokucza?
- Jak nie chodzę, to nie boli. I tak jest już lepiej niż było, ale jeszcze przez kilka dni muszę się oszczędzać. Co czytasz? – Ruchem głowy wskazał na książkę trzymaną przez Harry’ego.
Styles pokazał mu okładkę. „Portret Doriana Graya”. Louis ledwo zauważalnie uniósł brwi.
- Tego raczej nie wziąłeś z biblioteki mojego ojca.
- Raczej nie. – Harry wykrzywił usta w wesołym grymasie. Trafnie odczytał aluzję. – Kupiłem ją w antykwariacie w Londynie. Oryginalna wersja z tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego, zanim do akcji wkroczyła cenzura w odpowiedzi na oburzenie angielskich moralistów. Czytałeś?
Louis przełknął ślinę, usiłując zachować zupełnie neutralny wyraz twarzy. Co miał mu, do diabła, odpowiedzieć?! Że czytał tę cholerną książkę gdzieś ukradkiem, w głębi duszy niepokojąc się emocjami, jakie w nim wywoływała i czując, że powinien ją wyrzucić, by nie odkrywać niebezpiecznych pokładów własnej osoby? Nigdy w życiu nie przyznałby się do tego przed Harrym. Nie i koniec!
- Fragmentami – odparł, starając się brzmieć neutralnie. – Ale tę późniejszą wersję.
- Żałuj – mrugnął do niego Harry. – Ta jest lepsza. Mogę ci pożyczyć. O ile oczywiście nie jesteś zbyt pruderyjny.   
- To tylko książka. – Louis silił się na obojętność.
- Jeśli to tylko książka, to dlaczego wzbudziła takie emocje? – Harry patrzył na niego uważnie swoimi niezwykłymi, zielonymi oczami. Jego głos zabrzmiał poważniej i silniej. – I dlaczego autor spędził dwa lata w więzieniu?
- Nie za książkę go zamknęli. – Louis czuł, jak na policzki wypełza mu gorąco.
- Zamknęli go za uczucia. Takie same jak te, które wyraził tutaj. – Harry postukał palcem w okładkę „Portretu”. – Uczucia, które inni ludzi uważają za brudne i złe.
- A ty co sądzisz?
Boże, co w ogóle kazało mu zadać to pytanie?! Przy Harrym kompletnie tracił poczucie rzeczywistości. Był człowiekiem o otwartym umyśle, ale nie jeśli chodziło o sferę emocji, uczuć i… erotyki. O tym nie lubił rozmawiać, nie lubił się zwierzać. Tymczasem dla Harry’ego nie było tematów tabu.
Oczy chłopaka o kręconych włosach zamigotały jakimś dziwnym, hipnotycznym blaskiem.
Utoniesz w zielonych jeziorach…
- Dla mnie, Louis – powiedział – miłość jest miłością. Obojętnie, kogo kochamy, jeśli jest szczera, jest piękna. 

*

- George, mój drogi, korespondencja z Londynu do ciebie.
Mary Tomlinson weszła do gabinetu swojego męża, trzymając w dłoni plik listów, które właśnie odebrała od listonosza. Zastała George’a stojącego przy oknie, z rękoma założonymi do tyłu i przyglądającego się czemuś.
- Połóż na biurku.
Mary spełniła prośbę.
- Czy coś się stało? – zapytała. Jej mąż niezwykle rzadko pozwalał sobie na bezczynność, a już gapienie się przez okno zdecydowanie nie należało do jego codziennych czynności.
- Louis znowu przesiaduje z Harrym – odparł, nie odrywając wzroku od szyby. Mary podeszła bliżej. Z okien gabinetu doskonale było widać obu chłopców w ogrodzie. Wnioskując z ich min, rozprawiali o czymś poważnie.  
- Uważasz, że to źle?
- Prosiłem dziś Louisa, by przejrzał rachunki za magazynowanie towaru w Londynie, bo wydaje mi się, że naliczono nam zdecydowanie zbyt wysoką opłatę. – George odszedł od okna, by nalać sobie szklaneczkę whiskey. – To ważna sprawa, a on powiedział, że zajmie się tym później. Natomiast na pogaduszki z Harrym ma czas.
Mary nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć.
- Może jest zmęczony. Ta noga…
- Nogą nie czyta i nie myśli – przerwał jej mąż. – Zaczyna mi się to nie podobać, Mary. – Upił łyk alkoholu. – Louis ostatnio zajmuje się wszystkim, tylko nie tym, co będzie stanowiło o jego przyszłości.
- Myślę, że jesteś dla niego zbyt ostry, mój drogi. Louis ciężko pracował przez cały rok, zdał egzaminy z doskonałymi wynikami. Ponadto Albert jest bardzo zadowolony z jego pracy w kancelarii. Nic złego się nie stanie, jeśli trochę odpocznie. Tym bardziej, że nadchodzące miesiące również będą dla niego wyczerpujące, bo poza studiami i pracą, czeka go ślub z Eleanor.
- Nie mam nic przeciwko temu, by odpoczywał – odparł George. – Tylko niekoniecznie podoba mi się, że spędza tyle czasu z Harrym.
- Tak wyszło. Thomas MacPherson przyjedzie na przepustkę dopiero za dwa tygodnie, a Martin Wilson z przymusu wyjechał do Birmingham. I chwała Bogu, przyznam szczerze, bo nigdy nie pochwalałam znajomości Louisa z synem tego utracjusza. Odkąd Louis studiuje w Londynie, jego kontakty ze starymi przyjaciółmi znacznie się rozluźniły. Został mu tylko Harry.
George przez jakiś czas obracał w dłoniach szklaneczkę z whiskey, nie patrząc na żonę i chyba zastanawiając się, czy powiedzieć to, co chodzi mu po głowie.
- Uważam – podjął w końcu – że Harry ma negatywny wpływ na Louisa.
Mary Tomlinson uniosła jasne brwi.
- Negatywny wpływ? Dlaczego tak uważasz?
- Sieje mu w głowie jakieś rewolucyjne idee, włóczy się z nim po okolicy, wciąga w abstrakcyjne dyskusje… Chłopak jest zdecydowanie zbyt awangardowy, Mary.
Mary Tomlinson nie bardzo rozumiała, co jej mąż dokładnie ma na myśli, mówiąc o „rewolucyjnych ideach” i „abstrakcyjnych dyskusjach”. Nigdy nie interesowała się podobnymi kwestiami. Skończyła pensję dla wysoko urodzonych panien, nie najgorzej znała francuski, liznęła też trochę łaciny i filologii klasycznej, ale na tym jej wykształcenie się kończyło. Potem wyszła za mąż, zajęła się domem, dziećmi i budowaniem własnej pozycji towarzyskiej. Za granicą była tylko raz, odwiedzając Paryż, Lyon i kilka zamków nad Loarą, a czytała niemal wyłącznie kobiecą literaturę romansową i pisma w stylu „Family Herald” czy „London Journal”. Politykę, gospodarkę, finanse, kwestie społeczne i tym podobną tematykę pozostawiała całkowicie w gestii mężczyzn.
- Cóż, skoro tak uważasz… - odparła ostrożnie. – Ale Harry wydaje się miłym młodym człowiekiem. Na pikniku zrobił bardzo dobre wrażenie. Kilka dam było nim wyraźnie oczarowanych.
- Oj, tak, czarować to on umie – burknął George. – Tym uśmiechem i twarzą anioła owija sobie kobiety wokół palca. Typ bawidamka.
- Myślę, że się mylisz. Rozmawiał ze wszystkimi grzecznie, ale nikomu nie nadskakiwał. Chyba zbyt ostro go oceniasz.
- Po prostu nie podoba mi się jego wpływ na Louisa – powtórzył George. – I na Suzi. Wyobraź sobie, że kilka dni temu przyłapałem go, jak uczył Suzi grać w pokera. Jedenastoletnią panienkę!
- Mój Boże! – Mary chyba po raz pierwszy wydała się przejęta. – Mam nadzieję, że kategorycznie zabroniłeś im tej rozrywki.
- Oczywiście. Moja córka to nie jakaś dziewka z szynku, by grać w karty! Suzi obiecała, że przestanie, ale wcale nie jestem pewien, czy nie bawią się tym gdzieś w tajemnicy. Oficjalnie przerzucili się na szachy.
- Porozmawiam z Suzi – obiecała Mary. – I postaram się wynaleźć jej inne zajęcia, by nie miała czasu spędzać tylu godzin z Harrym.
George mruknął aprobująco. Ponownie przez moment w ciszy bawił się szklaneczką z resztką whiskey.
- Powiedz – odezwał się w końcu – czy Anne pisała, jak długo Harry zamierza zostać w Castamere?
Mary spojrzała na męża uważnie.
- Chyba nie chcesz go stąd wyrzucić? – Taka myśl była dla niej nie do przyjęcia. Prawo gościnności traktowała bardzo poważnie. – Nigdy bym sobie nie darowała…
- Nie mówiłem o żadnym wyrzucaniu – przerwał jej George nieco gniewnym tonem. – Pytam tylko, jak długo zamierza zostać.
- Wspominała o lecie. Finalizuje sprzedaż jakiejś posiadłości na wsi, którą Harry oddziedziczył po babce ze strony ojca. Za część uzyskanych pieniędzy Harry będzie mógł pozwolić sobie na podróż do Paryża i Wiednia. Przynajmniej takie są plany Anne.
- Pytanie jeszcze, jakie plany ma on…
- Cokolwiek zamierza, przyjęliśmy go pod swój dach i nie możemy teraz wymówić mu gościny. – W tej kwestii Mary nie zamierzała ustępować. – Jest synem mojej kuzynki, George. Nastoletnim chłopcem z dala od domu. Anne przysłała nam fundusze na jego utrzymanie, więc nie obciąża w żaden sposób domowego budżetu. Jeśli natomiast chodzi o nasze dzieci… Z Suzi poważnie porozmawiam, zaś Louis jest dorosły, odpowiedzialny i na pewno nie da się wciągnąć w żadną kabałę. Jestem przekonana, że nie zrobi nic, czego musielibyśmy się wstydzić.
George Tomlinson patrzył w okno, na siedzących w ogrodzie Louisa i Harry’ego. Brwi miał ściągnięte.
- Obyś miała rację, Mary – odparł. – Ale nie zmienia to faktu, że jest w tym chłopaku coś, co mnie niepokoi. 

*

- A ty, Harry – powiedział Louis, patrząc na młodego kuzyna ciekawie – byłeś kiedyś zakochany?
Kolejne pytanie, które nie powinno paść z jego ust, ale opuściło je niemal bezwiednie.
Zielone oczy Harry’ego przygasły nieco, ale nie spuściły swego spojrzenia z twarzy Louisa.
- Tak – odparł po chwili, a w jego głosie dały się wyczuć zarówno smutek, jak i zacięcie. – Ale ta osoba mnie skrzywdziła. Potraktowała jak zabawkę, która po jakimś czasie się znudziła, więc można ją odstawić.  I uciekła, gdy grunt zaczynał palić się pod nogami.
- Harry…
- Nie mów nic, Louis – przerwał mu drugi chłopak. – To już przeminęło. A życie biegnie dalej i czasem – uśmiechnął się leciutko – czasem tak bardzo nas zaskakuje. 

__________________


I znów jestem winna kilka słów wyjaśnienia :P
Książka, o której rozmawiają Harry i Louis, to „Portret Doriana Graya” Oscara Wilde’a. Pierwotna wersja zawierała sporo odniesień do homoseksualizmu, co spotkało się z oburzeniem czytelników i krytyków, w związku z czym autor musiał wyciąć kontrowersyjne fragmenty.
Sam Wilde był biseksualistą; za utrzymywanie kontaktów seksualnych z mężczyznami został skazany w 1895 r. na dwa lata więzienia (homoseksualizm był wówczas karalny w Wielkiej Brytanii). Cała sprawa była niezwykle głośna, a dla Louisa i Harry’ego dość aktualna, gdyż akcja „Deszczy” dzieje się w 1898 r.



1 komentarz:

  1. Hej, skarbie!
    Według mnie ten rozdział jest tak samo niesamowity jak poprzednie.
    I nie rozumiem co ci się w nim nie podoba! Przecież jest perfekcyjny.
    Przepraszam, ale nie dam rady napisać jakiegoś kreatywnego komentarza, jest 00:08, a ja jestem bardzo zmęczona.
    Czekam na następny.
    Kocham Cię bardzo mocno, misiu. xx
    Ellsx

    OdpowiedzUsuń