Tym razem kilka słów na końcu odcinku :)
ROZDZIAŁ
4
KONWENANSE
Nawet
jeśli Louis chciałby następnego ranka rozważać to, co się stało w nocy i
analizować swoje myśli ze wszystkich możliwych perspektyw, zwyczajnie nie miał
na to czasu. W Castamere pojawili się bowiem goście: jego stryj, właściciel
londyńskiej kancelarii prawnej, wraz ze swą żoną. Celem ich podróży był
Edynburg, ale uznali, że skoro już wybrali się na północ, to mogą spędzić dwa
dni u krewnych. A dla Louisa mieli prezent i to nie byle jaki.
-
Nie dało się tego wnieść do domu – oświadczył stryj Albert zaskoczonemu
chłopakowi. – Musisz wyjść na podwórze.
Gdy
Louis oraz jego rodzice, po minach których dało się zauważyć, że byli
wtajemniczeni w sprawę, wyszli z domu, młody Tomlinson oniemiał. Przed schodami
prowadzącymi do głównych drzwi, stał najprawdziwszy samochód.
-
O mój Boże!
-
Zaskoczony? – Albert położył dłoń na ramieniu Louisa. Minę miał dumną jak paw.
-
Ja… - Louis nie wiedział, co ma powiedzieć. – To… to naprawdę dla mnie?
-
Oczywiście. Razem z twoim ojcem uznaliśmy, że w pełni zasłużyłeś na nagrodę.
Poza tym takie maszyny to przyszłość! – Podszedł do auta i poklepał maskę. –
Daimler Grafton Phaeton. Solidna brytyjska robota, od dwóch lat produkują je w
Coventry.
Louis
nie raz widział automobile na ulicach Londynu, a stryj Albert nawet kilka razy
dał mu poprowadzić własny, ale posiadanie swojego samochodu było dla chłopaka
nieosiągalnym marzeniem. Na taką ekstrawagancję stać było nielicznych. Nie mógł
uwierzyć, że w tej chwili dołączył do owego elitarnego grona.
Nieśmiało
podszedł do samochodu i obejrzał go ze wszystkich stron. Lustrował granatową
obudowę z żółtymi wykończeniami, budkę, którą można było postawić w razie
deszczu, kierownicę i wszystkie mechanizmy.
-
Jest fantastyczny – uśmiechnął się szeroko, gdy już skończył oględziny. – Nie
wiem, jak mam wam dziękować.
-
Mówiłem ci, George, że będzie mu się podobać. – Stryj Albert dumnie podparł się
pod boki. – Wspaniałe auto dla wspaniałego młodego mężczyzny!
W
takiej sytuacji Louis nie miał już żadnej możliwości, by wymigać się z
uczestnictwa w ulubionej rozrywce swego dobroczyńcy: polowaniu. Albert
Tomlinson był zapalonym myśliwym, ale ponieważ mieszkał w Londynie, nie miał na
co dzień okazji oddawać się swej pasji. Ale za to jego wizyta w Castamere nie
mogła obyć się bez wyprawy łowieckiej. Louisowi nijak nie mógł uniknąć
towarzyszenia ojcu, stryjowi i kilku innym bogaczom z okolicy. Mowiąc szczerze,
nie lubił polowań. Do tej pory o niesmak przyprawiała go wielka głowa łosia,
dumnie wisząca na półpiętrze domu. Rozumiał zabijanie zwierząt na pożywienie
czy odzienie, ale dla rozrywki? Bezsens oraz nieptrzebne okrucieństwo. Był w
swoich poglądach odosobniony, biorąc pod uwagę czasy, w jakich żył i
środowisko, w jakim dorastał. Jedynie Harry podzielał jego myśli. Stylesowi
zresztą udało się wyłgać z uczestnictwa w wyprawie do lasu. Ze śmiechem
stwierdził, że on jako dziecko miasta kompletnie nie nadaje się do uganiania
się za zwierzyną w dzikiej kniei, na pewno narobi hałasu i wypłoszy wszystkie
kaczki. Tomlinsonowie dali mu zatem spokój. Louis niemal mu zazdrościł.
Kolejny
obowiązek, westchnął w myśli, wciągając na nogi długie
myśliwskie buty. Ale za ten samochód…
Gdy
późnym popołudniem następnego dnia goście zbierali się do odjazdu, Louis nie
omieszkał jeszcze raz podziękować stryjowi za niespodziewany podarunek.
-
Zasłużyłeś – powtórzył Albert.
-
Za co tak naprawdę?
-
Za to, jaki jesteś, Louis. – Twarz Tomlinsona była poważna. Zniknął gdzieś ten
jowialny mężczyzna, który pękał z dumy, pokazując Louisowi samochód. –
Fantastycznie idzie ci na studiach, jesteś nieocenioną pomocą w kancelarii,
ojciec też jest z ciebie zadowolony. Czasem… czasem tak bardzo żałuję, że nie
jesteś moim synem.
Westchnął
lekko, starając się mimo wszystko zachować godność. Temat dzieci był dla
Alberta Tomlinsona trudny i bolesny, gdyż jego właśni synowie nie spełnili
oczekiwań rodzica. Louis znał tę historię doskonale, nawet opowiedział ją
Harry’emu na wzgórzu, mimo iż oficjalnie o tym nie rozmawiano.
-
Stryju, jestem pewien… - zaczął.
-
Dobrze, nie poruszajmy tego tematu – przerwał mu Albert, jednocześnie kładąc
dłonie na ramionach chłopaka. – Ale wiedz, Louis, że jesteś dumą tej rodziny.
Wszyscy pokładamy w tobie wielkie nadzieje. Jestem pewien, że nie zawiedziesz
ani swoich rodziców, ani mnie.
Louis
patrzył w jasnoniebieskie, poważne oczy stryja i czuł, jakby na ramionach miał
nie tylko ciężar jego rąk, ale też całego Castamere, londyńskiej kancelarii,
Calderów, przedsiębiorstwa ojca i całej reszty świata.
*
Na
szczęście był jeszcze Harry.
Przy
Harrym Louis zapominał o obowiązkach, powinnościach i oczekiwaniach, jakie
mieli wobec niego inni. Lubił towarzystwo niestandardowego kuzyna, mimo że
czasem czuł się przy nim onieśmielony. Starał się nie pamiętać o to, co widział
w nocy. Harry zresztą wydawał się zupełnie inny za dnia: nie tak tajemniczy.
Jak gdyby dopiero gra świateł i cieni wydobywała z jego twarzy te mroczne,
niebezpieczne i pociągające cechy.
Louis
złapał się na tym, że czuje się niespokojny, gdy nie wie, gdzie jest i co
porabia Harry. Jego oczy niemal automatycznie kierowały się w stronę młodego
Stylesa, gdy ten przebywał w zasięgu jego wzroku i poszukiwały go, gdy z owego
zasięgu znikał. Louis lubił jego uśmiech, jego głęboki głos, inteligencję i
nawet to specyficzne poczucie humoru. Harry był świetnym towarzyszem rozmów. Bo
między Bogiem a prawdą, Louis, przebywając poza Londynem, nie miał w swoim
otoczeniu ludzi, z którymi mógłby interesująco spędzać czas. Ludzi ciekawych świata
i o otwartym umyśle. Jego ojciec, owszem, miał wykształcenie, ale zarazem był
typowym angielskim konserwatystą, obawiającym się nowych prądów społecznych i
idei. Nie rozumiał, że nowe pokolenie często ma inne aspiracje i oczekiwania,
niż ich rodzice. Z matką Louis utrzymywał kontakty poprawne i serdeczne, ale
nie widział w niej partnerki do poważniejszych rozmów. Mary Tomlinson była
książkowym przykładem angielskiej damy z prowincji, żyjącej w sieci
towarzyskich układów i zależności. Lubiła spotkania, przyjęcia, wizyty w
teatrze, odwiedziny u przyjaciółek – to był jej świat. Charlotte niemal
zupełnie wdała się w nią, a Suzi była jeszcze dzieckiem. W efekcie Louis
niekiedy czuł się osamotniony i tym bardziej doceniał towarzystwo Harry’ego
Stylesa.
-
Narzeczonej podobała się przyjażdżka samochodem? – zapytał Harry podczas
kolejnej włóczęgi z Louisem po okolicy. Te przechadzki weszły im już w krew.
-
Tak, chociaż na początku trochę się bała. Nie to, co ty.
Harry
roześmiał się gardłowo. Faktycznie, cieszył się jak dziecko, gdy Louis zabrał
go na krótką wycieczkę autem po okolicy. Czuł wiatr we włosach, swobodę i
wolność. Louis pozwolił mu nawet poprowadzić maszynę po prostej drodze, na co
Harry zareagował szalonym entuzjazmem. Bawili się we dwójkę wyśmienicie. Gdyby
Louis chciał być szczery ze sobą, musiałby przyznać, że przejażdżka z Harrym
sprawiła mu dużo większą przyjemność niż identyczna wyprawa w towarzystwie
Eleanor.
-
Ojciec Eleanor nie ma przekonania do takich wynalazków – powiedział Louis, gdy
wspinali się na niewielkie porośnięte drzewami wzniesienie. – Uważa, że jeśli
coś nie ma pyska z przodu, ogona z tyłu i nie nazywa się koń, nie jest godne
zaufania.
-
Jego problem – wyszczerzył zęby Harry. – Ale odwiozłeś mu córkę w jednym
kawałku, więc nie ma powodów do narzekań. A może – zachichotał – papa Calder
boi się zostawić swoją cenną latorośl sam na sam z jej narzeczonym?
Akurat
wdrapali się na szczyt pagórka. Louis odwrócił się i spojrzał na Harry’ego
pełnym wyrzutu wzrokiem.
-
Znowu zaczynasz? To moja przyszła żona. Daj jej święty spokój, tym bardziej, że
wcale jej nie znasz.
Mówił
tak, ale w głębi duszy, bardzo niechętnie przyznawał Harry’emu rację. Ten
cholerny chłopak miał zadziwiający dar trafiania w sedno problemu i
wypowiadania na głos sądów, które inni chcieliby ze wszystkich sił ukryć. Na
dodatek walił prostu z mostu i za nic miał sobie konwenanse.
Rodzice
Eleanor rzeczywiście niezbyt pozwalali córce spotykać się sam na sam z Louisem
– oraz jakimkolwiek innym mężczyzną. Choć nie wypowiedzieli tego na głos,
wyraźnie dawali do zrozumienia, że taki zachowanie nie przystoi młodej pannie,
zwłaszcza przed oficjalnymi zaręczynami. Louis miał szczerą nadzieję, że po
ślubie, gdy zamieszkają w Londynie, wpływ Calderów na Eleanor znacznie
osłabnie.
-
Przepraszam, nie chciałem… - zaczął Harry, ale Louis przerwał mu machnięciem
ręki. Westchnął i przysiadł na trawie.
-
Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie masz racji – przyznał niechętnie.
-
Znaczy – Harry usiadł naprzeciwko Louisa – że jej rodzice naprawdę nie
pozwalają się wam spotykać? Dlaczego?
-
Uważają, że to nie wypada.
-
O Boże, znowu nieśmiertelne „to nie wypada”! – jęknął Harry. – Co za obłęd!
Poślubisz kobietę, której tak naprawdę wcale nie znasz. Powiedz – puścił
Louisowi oczko – całowaliście się chociaż?
Louis,
wbrew temu, co można by oczekiwać, zaśmiał się, nieco skrępowany.
-
To raczej nie twoja sprawa.
-
Oj, daj spokój. – Rozbawiony Harry przewrócił oczami. – Jesteśmy tutaj tylko we
dwoje. Cokolwiek powiesz, nie usłyszy cię ani matka, ani pastor, ani żadna
ciotka dewotka. Więc…?
Louis
skubał trawę, nie patrząc Harry’emu w oczy, ale na jego ustach błąkał się
uśmiech.
-
Tak.
-
Uuu, no proszę! – zacmokał Harry, rozbawiony niemal do łez. – Porządnicki Louis
Tomlinson skradł całusa nobliwej pannie Eleanor Calder. Kroniki towarzyskie
jeszcze o tym nie napisały?
Harry
wyraźnie się z niego naigrywał, ale Louis nie miał ochoty sprzeczać się z nim.
Styles miał rację: byli tylko we dwoje, a poza tym nie rozmawiali o niczym
nieprzyzwoitym. Jak miał być szczery, jego koledzy w Londynie czasem wiedli
dużo mniej grzeczne rozmowy – nie mówiąc o uczynkach.
-
Jesteś okropnie ciekawski. To jakaś amerykańska cecha?
-
Boston nie jest tak purytański jak angielska prowincja – odparł Harry. – Ale
wracając do ciebie i panny Eleanor: coś poza pocałunkami?
-
Harry!
-
Przecież tylko pytam! – Styles uniósł ręce w obronnym geście. – Nie wnikam w
szczegóły. Daj spokój, Louis, nie bądź taka cnotka. Spałeś z nią?
-
Oczywiście, że nie, do licha! – Louis poczuł, jak zaczynają piec go policzki.
Zdecydowanie nie powinien prowadzić z Harrym tej rozmowy. – To moja przyszła
żona. Szanuję ją.
Harry,
o dziwo, nie roześmiał się, ani nie rzucił złośliwej uwagi. Patrzył na Louisa z
delikatnym uśmiechem na ustach.
-
Znaczy, że ty… nigdy…?
Louis
przełknął ślinę. Nie miał ochoty rozmawiać o tak osobistych sprawach. Nie
chciał zwierzać się Harry’emu, opowiadać o przeszłości, w ogóle poruszać
tematów uczuć, a tym bardziej doświadczeń erotycznych. Nie tylko nie miał
pojęcia, co nieobliczalny chłopak ze Stanów zrobiłby z taką wiedzą, ale też po
prostu nie był nauczony prowadzić takich rozmów. A może zwyczajnie się wstydził…?
Nie
dowie się!
-
Musimy wracać do domu – oświadczył, wstając. Jego głos zabrzmiał chłodno, mimo,
że po plecach wpływała mu gorąca strużka potu. – Zanosi się na deszcz.
-
Louis, no przestań – zaśmiał się Harry. – Nikomu nie powiem.
-
Idziesz, albo wracasz sam. – Tomlinson uciął dyskusję. – Mówię poważnie.
-
Aleś ty marudny. – Harry podniósł się z trawy. Chcąc nie chcąc, musiał iść z
Louisem, bo nie miał bladego pojęcia, którędy wrócić do Castamere. – Wszyscy
Angole są tacy. Hipokryci. Oficjalnie kołnierzyki zapięte po samą szyję, a za
zamkniętymi drzwiami… Louis, czekaj na mnie!
Louis
niemal zniknął już Harry’emu z oczu, podążając w dół wzgórza – inną drogą, niż
przyszli. W ogóle nie słuchał chłopaka.
-
Louis, idę już, do diabła…! Obraziłeś się na mnie?
-
Nie obraziłem. Po prostu musimy wracać.
-
Akurat – mruknął Harry pod nosem. – Kurwa, jak tu stromo…
Powoli,
chwytając się drzew i krzewów, podążał za swym towarzyszem. Faktycznie,
wzniesienie z tej strony było bardziej urwiste, a grunt mało stabilny,
upstrzony gdzieniegdzie wystającymi z ziemi kamieniami.
-
Schodzisz? – Louis na chwilę odwrócił się w stronę Harry’ego.
-
Raczej mnie nie zniesiesz, więc chyba muszę, nie? – odparował Harry. – Serio,
nie możemy wracać tą drogą, którą przyszliśmy? Tu idzie się zabić.
-
Tędy jest bliżej. Poza tym, wcale nie jest tak stro… AAAAAA!!!
-
Louis!!!
Harry
z przerażeniem patrzył, jak Louis potyka się o jakiś kamień czy wystający
korzeń, przewraca i stacza po nierównym zboczu kilkanaście stóp w dół. Jego
upadek zamortyzował dopiero krzak tarniny, na który chłopak wpadł.
-
Jezu, Louis! – Harry’emu serce podeszło do gardła. Zaczął się ześlizgiwać po
stromiźnie, przytrzymując się drzew, by nie podzielić losu swego kuzyna. – Nie wstawaj,
już do ciebie idę!
Louis
chyba nawet nie miał sił, by wstać, chociaż ruszał się, co znaczyło, że nie
stracił przytomności. Harry dopadł do niego, przestraszony do granic możliwości.
-
Louis… Boże, nic ci nie jest?
Tomlinson
usiłował dźwignąć się na kolana, ale natychmiast upadł z powrotem na trawę z
jękiem bólu. We włosach miał pełno piasku i parę gałązek, ubranie całe brudne,
marynarkę rozdartą na wysokości piersi, a na policzku lekkie zadrapanie. Ale
najbardziej chyba ucierpiała jego prawa noga. Kurczowo trzymał się za kostkę.
-
Chyba skręciłem nogę – stęknął.
Harry
drżącymi rękami uniósł jego nogawkę i nieco opuścił skarpetkę.
-
Nie jest złamana – ocenił. – Inaczej nie byłbyś w stanie nawet trochę nią
poruszyć.
-
Boli jak cholera.
-
Zraniłeś się. – Harry bardzo delikatnie dotknął policzka Louisa. Tomlinson
widział przed sobą rozszerzone ze strachu, przenikliwie zielone oczy. Wolał w
nie nie patrzeć, już muśnięcie palców chłopaka przeszyło go niewytłumaczalnym
dreszczem, nie mającym chyba nic wspólnego ze skręconą kostką.
-
To nic takiego – powiedział, odsuwając się odrobinę, na tyle, by nie mieć
kontaktu ze skórą Harry’ego. Miał nadzieję, że chłopak nie odbierze tego
obcesowo. Na szczęście Harry był tak zaabsorbowany całą sytuacją, że chyba nic
nie zauważył. – Noga jest gorsza.
-
Dasz radę iść?
-
Harry, jesteśmy ze trzy mile od Castamere. Nie ma szans, żebym tam doczłapał,
nawet opierając się na tobie.
-
To… to co mam robić? – W oczach Harry’ego ponownie błysnął strach.
-
Posłuchaj mnie uważnie. – Louis starał się brzmieć na opanowanego i
stanowczego. Jeden panikarz w zupełności wystarczył. – Do Castamere jest stąd
prosto trafić. Musisz zejść na dół, do drogi. Pójdziesz w prawo, aż do
rozstajów, skręcisz w lewo i wyjdziesz w pobliżu domu Allenów. Stamtąd już
trafisz, prawda?
-
W prawo, do rozstajów, w lewo i koło Allenów – powtórzył Harry nerwowo. –
Zapamiętam.
-
W porządku. Niech Bob weźmie powóz i przyjedźcie po mnie. A Jack niech w tym
czasie biegnie do Steelwill po doktora Blighta. Chyba trzeba będzie nastawić
kostkę. I, Harry, do licha, uspokój się! To tylko zwichnięta noga, nie atak
niedźwiedzia.
Styles,
mimo zdenerwowania, parsknął krótkim śmiechem.
-
Podziwiam twój opanowany umysł.
-
Panika i marudzenie nic nie da. Byłem nieostrożny i mam za swoje. Idź, Harry.
Zanosi się na deszcz, więc nie mam ochoty tu moknąć.
-
Już biegnę. – Harry podniósł się z trawy. – Niedługo wrócę.
-
Nigdzie się nie wybieram – skomentował Louis z przekąsem, trzymając się za
rwącą bólem kostkę, patrząc jak jego towarzysz szybkim krokiem podąża w dół
zbocza.
No
to przez jakiś czas nici z samochodu, pomyślał ponuro.
_______________
Dziewczyny, dziękuję Wam bardzo za
komentarze:) Ells, prowadzisz może jakiegoś bloga? Jeśli tak, daj namiar,
chętnie zajrzę:)
Ten
odcinek dłuższy niż zazwyczaj, ale nie wiem, kiedy wstawię następny, bo mam
napisane zaledwie kilkanaście zdań, a nie czuję się najlepiej, więc średnio
chce mi się pisać. Mam nadzieję, że coś wyduszę…
A
teraz jeszcze niespodzianka. Ta wygląda samochód, o którym mowa w odcinku
powyżej :P
Mój
Boże, jak ja się namęczyłam, żeby znaleźć coś odpowiedniego, co w 1898 r. mogła
posiadać taka rodzina jak Tomlinsonowie! Jestem kompletnym ignorantem, jeśli
chodzi o motoryzację, nie mam nawet prawa jazdy, ha ha. A Louis musi posiadać
auto, to będzie ważne później.
O
ile dobrze wyszukałam informacje, takie cacko kosztowało w tamtych czasach 375
funtów, co równa się ok. 30 tys. funtów obecnych (przy znacznie niższych pensjach w XIX w.) Zatem Louis otrzymał nie byle
co :D

Hej.
OdpowiedzUsuńRozdział jest cudowny i ciekawy.
Cieszę się, że akcja nie rozwija się zbyt szybko, ale właściwie nie mogę się doczekać kiedy zacznie się coś dziać między Harrym i Lou. Przepraszam, że komentuje dopiero teraz ale ostatnio nie mam czasu nawet dla siebie.
Pytałaś się czy prowadzę jakiegoś bloga, no więc niestety nie, nie mam talentu do pisania w przeciwieństwie do ciebie bo ty masz wielki talent!
Nie wiem co jeszcze mogłabym napisać, więc kończę.
Czekam na następny.
Kocham Cię! xx
Ellsx