Witajcie:) Serdecznie dziękuję za komentarze.
Miło mi, że ktoś mimo wszystko tutaj zagląda i czyta tego tasiemca ;)
Poniższy
odcinak może nie jest zbyt długi, ale przyznam, że tragicznie męczyłam się z
jego napisaniem. Może dlatego, że jest dość emocjonalny, a sytuację musiałam
przedstawić wyłącznie ze strony Louisa. Bez punktu odniesienia w postaci Harry’ego.
Ugh, ciężko było. W ogóle chciałabym już pisać o uczuciach i emocjach Harry’ego;
wtedy zrobi się dużo bardziej wybuchowo :P Ale do tego jeszcze sporo brakuje.
I
trzymajcie kciuki, bo utknęłam w kolejnym odcinkiem :/ To znaczy, większość
jest napisana, ale nie wiem, czy nie skasuję, bo zgrzyta mi jak stare drzwi do
stodoły, serio. No nic, może jakoś wybrnę.
Miłego
czytania:)
* * *
Tego
wieczoru, mimo zmęczenia, Louis nie umiał zasnąć. Była niemal północ, a on
przewracał się w łóżku z boku na bok. Dziwne, niespokojne myśli wypełniały mu
głowę, nie pozwalając zaznać zbawiennego snu.
„…jak
bardzo tego nienawidzę”
Cały
czas miał przed oczami wyraz twarzy Harry’ego, gdy chłopak wypowiadał te słowa.
Jej chłód, zaciętość, z trudem tłumiony żal… Louis nie rozumiał, co Harry mógł
mieć na myśli. Jakie granice wciąż musiał sobie stawiać? To była wyjątkowo
dziwna puenta ich rozmowy. Potem nie rozmawiali już ze sobą sam na sam. Louis
towarzyszył Eleanor lub ojcu, a Harry starał się znaleźć sobie zajęcie, by
przetrwać do końca spotkania. Większość czasu spędził grając w badmintona z
niezmordowaną Suzi, zastępując nieudolną Emmę Calder. Zachowywał się na pozór
swobodnie, ale ilekroć Louis uchwycił jego spojrzenie, młody Styles odwracał
wzrok.
Pod
zamkniętymi powiekami Louisa pojawiła się inna scena, wczorajsza: Harry leżący
na trawie, z rękami założonymi za głowę. Jego cała sylwetka nakrapiana plamami
słońca sączącymi się przez liście. Jego fascynująca twarz – zarówno jeszcze chłopięca, jak i już męska – tak spokojna i zrelaksowana…
Louis
otworzył gwałtownie oczy, chcąc odgonić wizję. Serce biło mu odrobinę za szybko
– dlaczego? Uniósł się na łokciu i chyba po raz setny tego wieczoru uderzył
kilkakrotnie w poduszkę, usiłując nadać jej inny, bardziej wygodny kształt.
Jednocześnie doskonale zdawał sobie sprawę, że to nic nie da. Jeśli nie
pozbędzie się głupich myśli o Harrym, nie zaśnie.
Po
kilku minutach bezsensownego leżenia, uznał, że może to jednak księżyc nie
pozwala mu zapaść w sen. Była niemal pełnia, do pokoju wślizgiwał się srebrny
blask. Louis wstał i zaciągnął ciężkie, kaszmirowe zasłony, pogrążając
przestrzeń w mroku. Po omacku wrócił do łóżka i przymknął powieki, na siłę
próbując zasnąć. Nic z tego. Powróciły obrazy Harry’ego i wspomnienie jego
głosu, charakterystycznie ochrypłego i… pociągającego?
Louis
ponownie otworzył oczy, oddychając płytko. Co to wszystko ma znaczyć, do
cholery?! Uświadomił sobie, że jest mu za ciepło. Może to przez tę kołdrę? Albo
zasłonięte okno? Wargi miał suche, a w ustach czuł nieprzyjemny posmak. Zapalił
lampkę na stoliku nocnym, nie chcąc ryzykować nalewania wody po ciemku, jednak okazało się, że…
szklana karafka jest pusta.
Niech
to szlag! Czy wszystko się dziś na mnie uwzięło?
Po
wodę mógł udać się do łazienki, uznał jednak, że w zasadzie to chętnie napiłby
się soku wiśniowego. W tym celu jednak należało zejść do kuchni. Jako dziecko
Louis bał się chodzić nocą po Castamere i ta dziwna niechęć pozostała mu do
dnia dzisiejszego, mimo że za pół roku miał skończyć dwadzieścia jeden lat. Nie
miała już oczywiście nic wspólnego ze strachem; było to raczej niewygodne
uczucie bycia obserwowanym. Tej nocy jednak chęć sięgnięcia po szklankę soku z
wiśni okazała się silniejsza, choć nieco irracjonalna.
Louis
założył szlafrok i wyszedł na korytarz. Dom pogrążony był w ciemności i ciszy…
z jednym małym wyjątkiem. Louisowi wydawało się, że skądś dobiega go słaby
odgłos muzyki, jakby melodia wygrywana na fortepianie. Chłopak zmarszczył brwi
i przystanął, nasłuchując. Odpowiedziała mu tylko cisza. I gdy już uznał, że
pewnie tylko mu się wydawało, dźwięk rozbrzmiał ponownie. Wyraźnie ktoś grał.
Louis
powoli poszedł w kierunku, skąd rozbrzmiewała melodia, mimo że kuchnia
znajdowała się w piwnicach, po zupełnie przeciwnej stronie domu. Znów na kilka
sekund zaległa cisza, ale gdy Tomlinson znalazł się przy schodach, muzyka dała
się słyszeć po raz kolejny, tym razem głośniejsza. Dobiegała z salonu na
parterze, podobnie jak słaba, pomarańczowa poświata ścieląca się po podłodze.
Ktoś tam był.
Harry.
To imię samo pojawiło się w umyśle Louisa – jasne, oczywiste i niemal drżące.
To musiał być Harry. Louis nie wyobrażał sobie żadnego innego domownika,
grającego na fortepianie w spowitym ciemnością Castamere.
Stopy
same poniosły Louisa w dół schodów, czyniąc to niemal bezwiednie. Stąpał powoli
i ostrożnie, a dywany tłumiły jego kroki. W zasadzie powinien odejść i zostawić
Harry’ego w spokoju – niechby sobie grał do woli, wszak nikomu nie przeszkadzał
(sypialnie wszystkich Tomlinsonów znajdowały się na piętrze po drugiej stronie
domu, a służba mieszkała w części gospodarczej), ale… nie mógł. Jakaś dziwna
siła ciągnęła go w kierunku salonu. Może była to zwykła ciekawość, a może coś
silniejszego? Podświadome pragnienie ujrzenia tego niezwykłego chłopaka, który
za dnia potrafił być złośliwy i nieuprzejmy, a nocami grał na fortepianie jak
anioł?
Louis
sam nie wiedział kiedy znalazł się tuż przy wejściu do salonu. Tym razem skrył
się lepiej niż kilka dni temu, gdy z tego samego miejsca obserwował Harry’ego i
Suzi. Ponadto teraz jego sojusznikiem była ciemność. Harry musiałby bardzo
intensywnie wpatrywać się z mrok, by go zauważyć.
Nie
robił tego jednak, całkowicie pochłonięty swoim zajęciem. W pokoju paliła się
tylko jedna lampa, rzucając na postać młodego Stylesa przytłumiony blask. Gdy
chłopak się poruszył, na jego twarzy i włosach tańczyły cienie. Aktualnie
zajęty był zapisywaniem czegoś na kartkach umieszczonych nad klawiaturą, po
czym odłożył ołówek i zagrał kilka akordów, marszcząc brwi. Najwyraźniej coś mu
nie pasowało, bo próbował jeszcze parę razy, zmieniając melodię, aż wreszcie
ponownie sięgnął po ołówek.
Louis
zrozumiał teraz, skąd przerwy w muzyce, którą słyszał, odkąd opuścił swój
pokój. Harry najwyraźniej komponował jakiś utwór – może dalszy ciąg tego, który
grał tamtego poranka – i co jakiś czas przerywał grę, by zapisać nuty. Louis
podziwiał go: po całym męczącym dniu, spędzonym na nieciekawym pikniku, miał
jeszcze dość siły i koncentracji, by nocą pracować nad swoją kompozycją. A
może… może muzyka była dla niego odskocznią? Jakimś rodzajem odtrutki? Czymś
pięknym i prawdziwym po wielu godzinach wymuszonych uśmiechów i kurtuazyjnych
rozmów? Tak, to by pasowało do Harry’ego Stylesa.
Louis
obserwował chłopaka przez kilka minut, studiując jego pełną koncentracji twarz,
na której czasem odbijało się zadowolenie, a czasem irytacja i niemoc. W tym
drugim przypadku Harry miał nawyk przygryzania dolnej wargi, ewentualnie
oblizywania ust. Czasem też rozglądał się po pokoju, jakby w ścianach i oknach
poszukiwał inspiracji do dalszej części utworu. Za każdym razem, gdy to robił,
Louisa oblewał strach, że Harry go zauważy, a wtedy będzie musiał tłumaczyć
się, dlaczego podgląda go po nocach.
No
właśnie, w zasadzie dlaczego to robił? W porządku, upewnił się w podejrzeniu,
że osobą, która o północy przesiaduje w salonie grając na fortepianie jest
Harry i powinien odejść w swoją drogę, a tymczasem stał w miejscu od dobrych
dziesięciu minut, ze wzrokiem utkwionym w Harry’ego i gonitwą dziwnych myśli w
głowie. Boże, to chore!
Rusz
się, Tomlinson, powiedział do siebie. Zostaw go w spokoju.
Louis
ostatni raz spojrzał na Harry’ego i odwrócił się, zamierzając odejść, jednak
zdołał zrobić zaledwie dwa ciche kroki, gdy z salonu ponownie rozbrzmiała
muzyka, tym razem inna – nie nieśmiałe próby młodego kompozytora, lecz
pełnowymiarowy utwór. Louis zatrzymał się w pół kroku, nasłuchując, a serce
zaczęło mu bić szybciej. Nie miał pojęcia, czy to jakaś kompozycja Harry’ego,
czy też nie, jednak nie umiał oprzeć się wrażeniu, że melodia idealnie pasuje
do chłopaka o hipnotyzujących, zielonych oczach. Były pewna i stanowcza, a
zarazem niosła w sobie dziwną melancholię, stłumioną tęsknotę i
niewypowiedziany głośno żal. Drżała dziką pasją życia, jednocześnie mogąc być
wołaniem człowieka stojącego nad przepaścią. Była… była jak Harry.
Louis,
nie mogąc się oprzeć, wrócił po cichu na swoje poprzednie miejsce i ponownie
spojrzał na młodego Stylesa… i zamarł. Nigdy wcześniej w swoim dwudziestojednoletnim
życiu nie widział takiego wyrazu twarzy, jaki w tym momencie miał Harry.
Mieszało się na niej milion emocji: gorycz, ból, tęsknota, pragnienie,
determinacja, rozkosz, słodycz… Louis nie potrafił powiedzieć, która z nich
przeważa; zmieniały się w niemożliwym do uchwycenia tempie. Harry raz zaciskał
powieki, a innym razem otwierał oczy szeroko, ale i tak zdawał się nie widzieć
niczego dookoła. Był w zupełnie innym świecie. Louis patrzył na niego jak
uroczony, nie potrafił oderwać wzroku. W pewnym momencie Harry odrzucił głowę
do tyłu, przygryzając mocno dolną wargę, a Louis drgnął niekontrolowanie. Boże…!
To… Harry wyglądał, jakby przeżywał krańcową rozkosz; jakby ktoś klęczał przed
nim i…
Louis
oparł się o ścianę w ciemnym hallu, czując jak serce bije mu zbyt szybko.
Błagam,
powiedz, że mnie nie widziałeś, myślał gorączkowo. Że nie zrobiłeś tego specjalnie.
Milion
myśli przelatywało mu przez głowę w tym momencie, a gdzieś zza ich chaosu nadal
rozbrzmiewała muzyka Harry’ego, teraz już spokojniejsza i łagodniejsza,
bardziej delikatna. Louis wpatrywał się w ciemność przed sobą, ale przed oczami
nadal miał twarz Harry’ego. Nie sądził, że kiedykolwiek zdoła wyrzucić z głowy
ten widok.
Może
to tylko sen? Może mnie tu wcale nie ma?
Wiedział
doskonale, że to nieprawda.
To nie tak, że od paru dni wchodziłam tu kilka razy dziennie, żeby sprawdzić czy coś wrzuciłaś. Wcale tego nie robiłam. No dobra... robiłam xD I nie masz pojęcia jakiego banana na twarzy miałam, gdy zobaczyłam 4 część 3 rozdziału. Emocje Louisa są opisane fenomenalnie, czyżby powoli zaczęło go to wszystko ruszać? Normalnie jestem ciekawa dalszej akcji, serio. I nadal zastanawiam się czemu oprócz mnie i jednej osoby, nikt tego nie komentuje. Tak jak pisałam wcześniej, poleciłam Twojego bloga u sobie na tumblrze, w rekomendacjach, może ludzie się w końcu obudzą i zaczną czytać to cudo <3 Do następnego i czekam na kolejny rozdział ;)
OdpowiedzUsuńRozdział jest cudowny, taki... magiczny, urokliwy, tajemniczy.
OdpowiedzUsuńPo prostu idealny.
Kocham to opowiadanie za to, że jest inne od pozostałych, oryginalne, a ja takie właśnie uwielbiam!
Cieszy mnie to, że utrzymujesz postać Harry'ego jako taką zagadkę. To sprawia, że chcę więcejwięcejwięcej.
Chciałabym coś jeszcze napisać ale nie mam już pomysłu. Hmm. Może to. TO OPOWIADANIE JEST IDEALNE I KAŻDY ROZDZIAŁ JEST WYJĄTKOWY I NAWET NIE KŁÓĆ SIĘ ZE MNĄ, BO WIEM LEPIEJ.
Jestem tak zdesperowana, że po prostu wydaję mi się, że moje życie podczas czekania na rozdział nie ma sensu.
Coś w stylu: "Byle przeżyć do następnego rozdziału."
Więc czekam na następny.
Kocham Cię skarbie. xx
Ellsx