Nowy
rok. Mam do niego tylko jedną prośbę: bądź lepszy niż 2013.
A
teraz nowy odcinek „Deszczy”. Muszę powiedzieć, że ironicznego Harry'ego bardzo dobrze "się pisze" ;)
* * *
Piknik
organizowany corocznie na rozpoczęcie lata przez Barbarę Stevenson i Mary
Tomlinson był towarzyskim wydarzeniem sezonu. Tak, jak powiedział Louis,
zjeżdżali się na niego wszyscy przedstawiciele wyższych sfer z okolicy, a
zaproszenie traktowano jako zaszczyt. W zasadzie spotkanie bardziej przypominało
przyjęcie w ogrodzie (odbywało się na terenie rezydencji Stevensonów) niż
typowy piknik na łonie natury, niemniej jednak traktowano je bardziej swobodnie
aniżeli oficjalne kolacje, bale, czy wieczory w teatrze. Dress code również nie
był tak wymagający. Panowie nosili marynarki zamiast fraków, a kobiece suknie
były lżejsze i jaśniejsze. Mary Tomlinson zaprezentowała się w eleganckiej
kreacji w barwach karmelu i cynamonu, natomiast jej przyjaciółka postawiła na
odcienie bladego złota, przełamane gdzieniegdzie bordowymi akcentami. Szeptano,
że suknię i kapelusz sprowadziła z Manchesteru, by przypadkiem nie przyćmiła
jej żadna inna dama.
Ogólnie
całe spotkanie było istnym targowiskiem próżności, udawanej uprzejmości,
oficjalnych uśmiechów i powtarzanych po kątach plotek z połowy hrabstwa. W
sytuacji bardzo szybko połapał się bystry Harry Styles.
-
Nie wiem, czy pani słyszała, ale podobno James i Elise Bradshaw pozostają w
separacji – podsłuchał, gdy nakładał sobie na talerz trochę biszkoptowego
ciasta przy jednym ze stolików. – Oczywiście o rozwodzie nie ma mowy, to byłoby
towarzyskie samobójstwo, ale obserwuję ich od początku przyjęcia, nie zamienili
ze sobą ani słowa, choć nieźle udają, że wszystko jest w porządku.
-
…i musiał sprzedać większość udziałów w fabryce, by pospłacać długi synalka –
usłyszał ze strony grupki mężczyzn w średnim wieku. – Zawsze powtarzałem, że
ten nicpoń wpędzi go do grobu. Od dziecka sprawiał problemy i na pewno już nic
z niego nie będzie.
Gdy
Harry, skubiąc widelczykiem ciasto na talerzyku, poszedł dalej, dotarły do
niego inne, nie mniej interesujące wiadomości.
-
…Margaret i Paul Dashwoodowie, nowe twarze w okolicy. On ma udziały w kompanii
węglowej, o niej nic nie wiadomo, ale podobno pochodzi z rodziny o niezbyt
dobrej reputacji z Manchesteru. Dziwię się, że Barbara ich zaprosiła.
Wprowadzili się do domu po Seymurach.
-
Nie sądzę, żeby długo tam pomieszkali, moja droga.
-
Dlaczego pani tak uważa?
-
A to pani nie wie? W tym domu straszy podobno duch Thomasa Seymura, który zmarł
w tajemniczych okolicznościach trzy lata temu…
Harry,
odłożywszy biszkopt, stanął przy kryształowej misie, by nalać sobie ponczu i
zyskać trochę czasu. Zapowiada się
interesująco, uśmiechnął się ironicznie pod nosem.
-
…Oczywiście ja w to nie wierzę, ale powiadają, że teraz duch Seymura spaceruje
dziesiątego dnia każdego miesiąca parzystego i dwudziestego dnia każdego
miesiąca nieparzystego, odpowiednio po dachu i w ogrodzie.
Harry
zagryzł wargi, by nie wybuchnąć niepohamowanym chichotem.
-
Dziwny system. Ale po nim wszystkiego można się było spodziewać. Podobno
powystrzelał kiedyś wszystkie gołębie z hodowli swego szwagra za to, że ten
śmiał wygrać z nim w krykieta. Był chory
na punkcie gry w krykieta, moja droga.
Harry
uznał, że nie da rady dłużej słuchać. Usiłując nie parsknąć śmiechem w swoją
szklankę z ponczem, oddalił się, pozostawiając plotkarom ich mrożące krew w
żyłach historie. Ogólnie nudził się okropnie. Nie widział nigdzie Louisa, a
nikogo innego nie znał. Tomlinsonowie przedstawili go kilku osobom, których
nazwiska jednym uchem mu wpadły, a drugim wypadły, jednak Harry nie miał o czym
rozmawiać z ludźmi, których interesowały głównie towarzyskie sensacje z
okolicy.
-
Małżeństwo Louisa z Eleanor Calder jest już raczej przesądzone, nieprawdaż? –
Do Harry’ego dobiegł głos damy w średnim wieku, skrywającej się przed słońcem
pod ozdobioną koronkami parasolką. Chłopak drgnął lekko i przystanął, tym razem
udając, że obserwuje Suzi grającą z jakąś starszą dziewczynką w badmintona. –
Podobno mają się pobrać w przyszłym roku.
-
Też tak słyszałam – odparła jej towarzyszka, dość korpulentna matrona w
zielonych atłasach. – To wyjątkowo piękna para i wspaniale dobrana. Chłopak ma
przed sobą przyszłość, stryj chce mu przekazać kancelarię prawną w Londynie. A
Eleanor jest absolutnie urocza, będzie cudowną żoną.
Harry’emu
Stylesowi lekko zadrżały wargi, ale mógłby to zauważyć jedynie ktoś, kto by się
mu przypatrywał. A nikogo takiego nie było.
-
Och, o wilku mowa, właśnie idą w naszą stronę.
Harry,
który przez kilka chwil zdawał się nie widzieć nikogo i niczego wokół,
zatopiony we własnych myślach, ocknął się gwałtownie. Faktycznie, zaledwie
kilkanaście metrów od niego znajdował się Louis w towarzystwie młodej,
szczupłej kobiety. Para podeszła bliżej, zamieniając kilka kurtuazyjnych słów w
dwiema damami, które wcześniej o nich rozmawiały.
Harry
przypatrzył się Eleanor. Nie mógł odmówić jej urody. Zgrabna, nieco chyba
wyższa od Louisa, ubrana była w jasnozieloną suknię ze spódnicą wyszywaną w
białe i kremowe motywy kwiatowe. Ciemne włosy upięte miała pod lekkim
kapeluszem ozdobionym kwiatami i miękkim piórem. Louis trzymał ją pod rękę, ze
swej lewej strony, jak etykieta nakazywała, Eleanor nie była bowiem jeszcze
jego żoną.
-
Harry. – Louis wraz z Eleanor podeszli bliżej. – Szukałem cię. Chciałbym ci
przedstawić pannę Eleanor Calder. Eleanor, to jest mój kuzyn, Harry Styles,
przyjechał z Bostonu.
-
Bardzo mi miło. – Harry pochylił się, by ucałować dłoń dziewczyny, jednocześnie
nie spuszczając z niej spojrzenia swoich dziwnych, zielonych oczu.
Eleanor
uśmiechnęła się elegancko. Nawet jeśli była speszona wzrokiem Harry’ego, nic
nie dała po sobie poznać. Nastąpiła wymiana kilku kurtuazyjnych uprzejmości.
-
Dobrze się pan bawi, panie Styles?
-
Fantastycznie – odparł Harry z szerokim uśmiechem na ustach. – Dowiedziałem się
już, kto jest w separacji, kto ma długi i kto powystrzelał szwagrowi gołębie, a
teraz straszy na dachu. Absolutnie cudowne przyjęcie!
Na
twarzy Eleanor odbiło się zdezorientowanie. Nie miała pojęcia, czy Harry drwi
sobie z niej, chce ją rozbawić, czy mówi zupełnie poważnie. Louis, który zdążył
już poznać poczucie humoru kuzyna i jego nie zawsze parlamentarne odzywki,
dyskretnie zmroził chłopaka wzrokiem.
-
Harry żartuje, skarbie – wtrącił. – Ma dość oryginalne poczucie humoru. Jestem
pewien, że dobrze się bawi.
Harry
w mig złowił ponaglający wzrok Louisa.
-
Oczywiście – zapewnił. – Wybaczy mi pani ten drobny żarcik.
Rozmawiali
jeszcze chwilę o banałach, ale Harry wydawał się więcej uwagi poświęcać
obserwowaniu interakcji Louisa i Eleanor, niż pogawędce. Swoimi badawczymi
oczami lustrował ich twarze, grę ciał, sposób, w jaki dłoń Louisa spoczywała na
ręce dziewczyny… Może podświadomie to wyczuwali, gdyż oboje zdawali się być
dziwnie spięci, choć teoretycznie nie mieli powodu.
Męki
dalszej konwersacji oszczędziła całej trójce matka Eleanor, która podeszła, bo
chciała porozmawiać z córką. Nastąpiły kolejne prezentacje i kolejna wymiana towarzyskich
grzeczności. Gdy pani Calder z Eleanor oddaliły się, Louis pozostał z Harrym.
Na twarzy Stylesa błąkał się pełen zadowolenia uśmiech. Louis za to wyglądał na
nieco zdegustowanego, ale niezbyt zaskoczonego.
-
Naprawdę musiałeś?
-
Och, daj spokój, Louis. – Harry nie przestawał się uśmiechać, obserwując
rozgrywki badmintona w wykonaniu Suzi i jej towarzyszki oraz jakiejś innej
pary. – Poza tym wcale nie kłamałem, naprawdę słyszałem to wszystko. Polecam ci
poncz. Jest wyśmienity, pozwala przetrwać z uśmiechem na ustach najgłupsze
sytuacje i najbardziej idiotyczne rozmowy. – Uprzejmie kiwnął głową
przechodzącemu obok mężczyźnie i jego żonie.
Louis
też udawał, że całą uwagę poświęca przyglądaniu się grze w wykonaniu siostry.
-
Jesteś okropny.
-
I tak mnie lubisz, więc nie udawaj. I nie wmawiaj mi, że dobrze się bawisz, bo
prędzej te wszystkie damy rozbiorą się i zatańczą kankana, niż ci uwierzę.
-
Już kiedyś odbyliśmy bardzo pouczającą rozmowę na temat obowiązków.
-
W rzeczy samej. Co nie zmienia faktu, że diametralnie się różnimy w tej
kwestii. Tak na marginesie, z kim gra Suzi? Dziewczyna rusza się jak mucha w
smole.
Louis
westchnął ciężko i na kilka sekund przymknął oczy, jakby zastanawiając się, czy
już teraz udusić Harry’ego, czy jeszcze trochę poczekać.
- To Emma Calder, siostra Eleanor.
Harry
odwrócił głowę w jego stronę.
-
Ups, chyba strzeliłem gafę. – W najmniejszym nawet stopniu nie wydawał się tym
przejęty. Jego oczy iskrzyły humorem.
-
Nie pierwszą i nie ostatnią, jak mniemam. I wcale nie uważam, że Emma rusza się
jak mucha w smole.
Harry
upił łyk ponczu ze swojej szklaneczki i oblizał się dyskretnie, choć postarał
się, by Louis to widział.
-
Naprawdę, skosztuj, może kłamać też będziesz lepiej.
Louis
posłał mu lekko zdegustowane i jednocześnie ostrzegawcze spojrzenie spod
uniesionych brwi.
-
Spróbuj się upić i narobić głupstw, to moja matka cię zabije.
Na
moment zaległa cisza. Uśmiech na twarzy Harry’ego stopniał, a jego oczy nagle przygasły,
stały się poważne i czujne, może nawet nieco chłodne.
-
Nie martw się, Louis – powiedział, tym razem dla odmiany patrząc na swego
towarzysza i przestając udawać, że interesuje go cokolwiek innego. – Wiem,
kiedy muszę postawić sobie granicę. Och, nawet nie masz pojęcia, jak dobrze to
wiem.
-
Harry…? – Louis zmarszczył brwi, zaskoczony nagłą zmianą nastroju.
-
…i jak bardzo tego nienawidzę.
Witaj skarbie!
OdpowiedzUsuńRozdział jest wspaniały, doskonale dopracowany i po prostu idealny.
Bardzo intryguje mnie postać Harry'ego, jest taka tajemnicza i niezrozumiała, nie mogę jej rozgryźć. Wydaje się być pełen tajemnic, które tak bardzo chcę poznać. Uwielbuam postać Harry'ego w tym opowiadania, ona po prostu sprawia, że to opowiadanie jest oryginalne i niepowtarzalne i aż chcę się więcej!
Przepraszam, że komentuje dopiero teraz, ale tak wyszło.
Z niecierpliwością czekam na następny rozdział.
Życzę Ci szczęśliwego nowego roku i żeby był jeszcze lepszy od poprzedniego.
Kocham Cię. xx
Ellsx
Hej, hej :D Jestem z komentarzem! Uwielbiam takiego Harry'ego, sprawia, ze to opowiadanie jest takie wciągające. Tak naprawdę Harry jest specyficznym bohaterem, strasznie tajemniczym. Tak jak Ty lubisz pisac sarkastycznego Hazze, tak ja lubię czytac :D To jak podsłuchiwał tych wszystkich rozmów... Wyobraziłam sobie jego minę i mysłałam, ze padnę ze śmiechu. To naprawdę jest jedno z moich ulubionych opowiadań. I słyszysz mnie? Musisz je skończyc, nie ma innej opcji. Życzę weny i do następnego xx
OdpowiedzUsuń