Jestem
z częścią trzecią! Ciężka była do napisania, bo dość emocjonalna, za to w
końcówce mogłam już wrzucić na luz ;)
Przy
okazji życzę wszystkim, którzy tu zajrzą, wesołych, rodzinnych, wspaniałych
świąt:) Przede wszystkim zdrowia (wierzcie mi, nie ma nic ważniejszego), dużo
uśmiechu i umiejętności cieszenia się każdym dniem. Aha, i coming outu Larry’ego
;DD
Mam
nadzieję, że nasze gołąbeczki wesoło spędzają razem święta i urodziny Lou ;)
* * *
Zapadał
już zmrok, gdy Harry Styles dotarł do Doncaster.
Chyba
nigdy w życiu nie był tak zestresowany. Uczucie, jakiego doświadczał w tej
chwili, nie mogło się równać nawet z castingiem do X Factor, czy pierwszym
koncertem na wielkiej scenie. To było uczucie innego rodzaju – dużo głębsze,
dotyczące sprawy dla niego najważniejszej. Przez całą drogę walczył ze sobą, by
nie zawrócić na trasę prowadzącą do Holmes Chapel, ale determinacja trzymała go
raz wybranego kierunku.
Harry
wierzył w przeznaczenie. Tak, jak był święcie przekonany, że los nieprzypadkowo
skierował go do X Factor i uczynił członkiem One Direction, by mógł poznać
Louisa, tak samo wierzył, że spotkanie z Mary nie było jedynie szczęśliwym
trafem. Tak po prostu musiało być. I nie mógł teraz spaprać wszystkiego.
Styles,
uspokój się, starał się powtarzać sobie w myślach. Jedziesz do Louisa. Kochasz go. Już nic
gorszego niż to, co miało miejsce dwa dni temu, nie może się stać.
Harry
zaraz po wyjeździe z baru, w którym spotkał Mary, zadzwonił do mamy, mówiąc
jej, że zmienił plany i jedzie do Louisa, do Doncaster. Okazała pełne
zrozumienie, każąc mu jedynie uściskać Louisa od niej i przekazać serdeczne
życzenia całej rodzinie. Harry podejrzewał, że mama doskonale wyczuwała, że
pokłócił się ze swoim chłopakiem, gdy rozmawiała z synem wczoraj. Harry był jej
jednak wdzięczny, że taktownie nie drążyła tematu.
Musicie
być jak skała, przypomniał sobie słowa Mary. Wiedział,
że miała rację. Louis był dla Harry’ego jedynym pewnym punktem w tym
zwariowanym życiu, jakie prowadził. Opuścił dom w wieku szesnastu lat, by z
pełnym impetem wkroczyć w szybki, szalony świat showbiznesu. Zostawił za sobą
spokojne miasteczko, rodzinę, szkołę, weekendową pracę w piekarni. Zostawił
całe swoje dotychczasowe życie. I gdyby nie Louis u boku, kto wie, jak wszystko
by się potoczyło. Nie chciał tego stracić. NIE MÓGŁ tego stracić.
A
teraz był już w Doncaster, przepełniony zarówno obawą, jak i dziką
determinacją.
Kocham
go. Nie pozwolę mu odejść.
*
Harry
nie zaparkował centralnie pod domem Louisa. Obawiał się, że pod płotem mogą
koczować jakieś fanki, zdesperowane, by spotkać swego idola, nie przejmujące
się tym, że jest wigilijny wieczór. Nie chciał zostać zauważony przez polujące
na Louisa dziewczyny. To była jego prywatna sprawa, nie zamierzał dawać połowie
internetu pretekstu do wrzenia.
Podjechał
zatem pod pobliski supermarket, zostawił auto na parkingu, po czym piechotą
udał się pod właściwy adres. Ukryte w kieszeniach płaszcza ręce drżały mu z
nerwów. Boże, a jeśli Louis naprawdę wyrzuci go za drzwi? Jeśli nadal jest zły?
Albo co, jeśli porozmawia z nim kurtuazyjnie, w rzeczywistości chłodny i
niedostępny? To ostatnie byłoby chyba jeszcze gorsze. Bo gniew kiedyś opadnie,
ale zimny upór i zaciętość może trwać w nieskończoność.
Harry
układał w głowie dziesiątki scenariuszy, co może się stać – i przede wszystkim,
co powie Louisowi.
Ulica
wydawała się pusta, nie licząc jakiejś kobiety obarczonej zakupami, słabo już
widocznej w oddali, w gęstniejącym mroku.
Gdy
Harry stanął pod furtką domu Louisa, czuł, jak po plecach spływa po cienka
strużka potu. W oknach błyszczały światła, zatem na pewno ktoś był w środku.
Nieunikniona chwila nadchodziła.
Nie
bądź głupi, przekonywał samego siebie. To twój chłopak.
Chwile,
jakie spędził pod drzwiami, gdy już zadzwonił, wydawały się mu wiecznością.
Zastanawiał się, czy wolałby, by otworzył Louis, czy może jednak nie. Po
kilkudziesięciu sekundach sprawa się wyjaśniła: w drzwiach ukazała się Jay.
-
Harry! – wykrzyknęła zdumiona, ale zarazem szczęśliwa. – Wejdź, kochany.
-
Dzień dobry. – Harry niepewnie przekroczył próg. – Wiem, że przybywam
niespodziewanie, ale… muszę pogadać z Louisem.
-
Louis wyszedł.
-
Och… - Harry’ego ogarnęło nieprzyjemne uczucie. Nie spodziewał się takiego
obrotu akcji. Moment, którego tak bardzo się obawiał, a który zarazem tak
bardzo chciał już mieć za sobą, odwlókł się w czasie. To było jeszcze gorsze.
-
Spokojnie, powinien niedługo wrócić. Rozbierz się i chodź do kuchni, zrobię ci
herbaty.
Gdy
Harry przywitał się już z rozkrzyczanymi dziewczynkami, Jay odesłała je na
górę, widząc, że chłopak raczej nie jest w nastroju do zabaw i przekomarzania
się. Nalała mu herbaty jaśminowej i usiadła po drugiej stronie stołu.
-
A teraz mów – rzekła prosto z mostu.
I
Harry powiedział. Wszystko, nie pomijając szczegółów kłótni, dwóch pełnych
ciężkiego milczenia dni, drogi do Holmes Chapel i spotkania z Mary.
-
Czułam, że coś się święci – pokiwała głową Jay. – Louis co prawda zaciął się i
milczał, ale znam swojego syna wystarczająco dobrze. Głupi uparciuch! Dobrze,
że ty jesteś rozsądniejszy, Harry.
-
Nie wiem, czy dobrze zrobiłem, przyjeżdżając tutaj. Może Louis nie chce mnie
widzieć, albo potrzebuje czasu…
-
Louis potrzebuje, by ktoś go strzelił w ten głupi łeb. – Jay nie przebierała w
słowach. – Posłuchaj mnie, Harry. Od początku uważam, że ty i Louis jesteście
dla siebie stworzeni. Boże, żebyś ty widział, jak na siebie patrzycie! To jest
jedna z najpiękniejszych rzeczy na świecie. I skopanie takiej relacji przez
głupie zdjęcia na twitterze i ustawki z fałszywą dziewczyną, byłoby zbrodnią.
Związki przechodzą trudniejsze chwile, to normalne, a wy na dodatek jesteście
jeszcze bardzo młodzi i prowadzicie specyficzne życie. Dlatego jeśli chcecie,
by to trwało, ktoś musi być mądrzejszy i wyciągnąć pierwszy rękę na zgodę.
-
Czyli uważasz, że dobrze zrobiłem, przyjeżdżając? – Harry uśmiechnął się blado.
-
Jedna z najmądrzejszych decyzji w twoim życiu. Oho – nastawiła uszu – chyba idzie
ten mój synuś. Louis, chodź na chwilę!
Serce
Harry’ego zdążyło wykonać tylko kilka nerwowych uderzeń, gdy w drzwiach kuchni
pojawił się Louis.
-
Co się sta… Harry!
Czas
zdawał się zatrzymać. Louis patrzył na Harry’ego wzrokiem pełnym totalnego
niedowierzania. Wyglądał, jakby nie wiedział, czy wyjść trzaskając drzwiami,
krzyczeć, zachować zimną krew, rzucić się Harry’emu na szyję, czy jeszcze coś
innego.
-
Yyy… cześć – bąknął Harry.
-
Co ty tu robisz? – zdołał wykrztusić z siebie jego chłopak. – Miałeś być w
Holmes Chapel.
-
Zmieniłem zdanie po drodze. – Na razie Harry nie chciał mówić mu o rozmowie z
Mary, na to przyjdzie czas później. Zakładając, że Louis da mu szansę
powiedzieć cokolwiek. – Po prostu… musiałem przyjechać.
Louis
przez chwilę patrzył to na Harry’ego, to na mamę; na dodatek z góry dobiegały
krzyki dziewczynek. Taka sytuacja raczej nie sprzyjała odbyciu trudniej rozmowy
ze swoim chłopakiem.
-
Przejdźmy się – rzucił krótko.
-
Dobra decyzja – powiedziała Jay, jednocześnie posyłając Harry’emu uspokajający
uśmiech i podnosząc kciuk do góry.
*
Z
ciemnego już nieba spadały delikatne płatki, a pod stopami dwójki chłopców
idących przez park skrzypiał śnieg. Wokół było zupełnie pusto, tylko od czasu
do czasu po drodze za ogrodzeniem przejechał samochód. Latarnie rzucały ciepły
pomarańczowy blask na zaśnieżoną alejkę.
…i
po prostu musiałem przyjechać – mówił wyższy z chłopaków, ubrany spodnie rurki,
czarny płaszcz i wełnianą czapkę. Ręce trzymał w kieszeni, podobnie jak jego
towarzysz. – Wiem, że powiedzieliśmy sobie straszne rzeczy, nie umiem przestać
o tym myśleć, ale… nie mogłem tego tak zostawić, Louis. Nie wiem, co zrobisz,
ale takie trwanie w zawieszeniu jest okropne.
-
A co mam zrobić, Harry?
-
Nie wiem. – W głosie Harry’ego zabrzmiały pełne żalu tony. – Cokolwiek. Musimy
jakoś poukładać to wszystko.
-
Fakt, gramy w jednym zespole.
Harry’emu
włosy zjeżyły się na karku. To zabrzmiało, jakby Louis… jakby przekreślił już
ich związek i teraz myślał jedynie o tym, w jaki sposób sprawić, by przebywanie
obok siebie na scenie i wspólne udzielanie wywiadów nie stało się nadmiernie
kłopotliwe.
-
Louis, ty chyba nie… - zaczął trwożliwie. Boże, nie! Nie może tego usłyszeć.
Nie tutaj, nie teraz, nie po przejechaniu tylu mil i złamaniu tylu wewnętrznych
oporów, nie w Wigilię. NIGDY!
-
Spokojnie, Harry. Po prostu pomyślałem, że może… potrzebujemy przerwy?
Harry
przełknął głośno, a wargi mu zadrżały.
-
Przerwy? – powtórzył, jakby w jego słowniku w ogóle nie istniało takie słowo. –
Ale co to zmieni? Według mnie nic, tylko jeszcze bardziej oddalimy się od
siebie. Nie chcę żadnych przerw. Louis, znasz mnie od ponad trzech lat, wiesz,
że nie uznaję żadnych stanów pośrednich. Dla mnie jest albo wszystko, albo nic.
Ale… - przełknął głośno – jeśli tobie tego potrzeba, niech tak będzie.
-
Nie powiedziałem, że tego chcę, Harry. – Louis zaczął się bronić. – To była
raczej sugestia. Pomyślałem, że może ty… oczekujesz czegoś podobnego.
-
To chociaż mamy jasność: nie oczekuję.
-
W porządku.
Przez
chwilę szli w milczeniu, obaj z rękami w kieszeniach i pochylonymi głowami,
wpatrzeni we własne buty. Każdy zdawał się rozważać we własnej głowie, jak
dalej poprowadzić rozmowę. Mieli wrażenie, że stąpają po cienkim, lodowym
moście, gdzie każdy nierozważny, lekkomyślny krok może skończyć się runięciem w
przepaść.
Ale
taki stan zawieszenia nie mógł trwać w nieskończoność. Jako pierwszy złamał się
Harry. Emocje, długo tłumione, eksplodowały w nim dzikim ogniem.
-
Och, do diabła z tym! Wóz albo przewóz! – powiedział głośno, przystając i
chwytając oszołomionego Louisa za ramiona. – Przyjechałem tutaj, bo cię KOCHAM,
idioto. Kocham cię tak samo, albo jeszcze bardziej niż trzy lata temu. Każdego
dnia od nowa. Wiem, że byłem gówniarzem, jak się to wszystko zaczęło, ale teraz
mam prawie dwadzieścia lat i wiem, czego chcę od życia. A chcę CIEBIE! Nie
obchodzi mnie Modest, Simon, sponsorzy, fanki, media, ta ustawka z Calder i
cała reszta debilnego świata. Tyle razem przeszliśmy, lepszych i gorszych chwil
i byłbym skończonym frajerem, gdybym pozwolił zawalić się temu przez jakieś
fotki na twitterze, ploty i management.
-
Harry…
- Jeśli kategorycznie każesz mi odejść, odejdę
– Harry nie dał wpaść sobie w słowo; jego opatulone rękawiczkami dłonie
spoczęły na policzkach Louisa – chociaż złamie mi to serce. Ale nie wymagaj ode
mnie przerw, kompromisów, unikania się, kiedy jesteśmy prywatnie, dzielenia
domu na pół i spania w innym łóżku, bo nie jestem do tego zdolny. Daj mi
konkretną odpowiedź tu i teraz: jesteśmy razem i próbujemy wszystko naprawić,
albo każdy idzie w inną stronę.
Louis,
mając twarz uwięzioną w dłoniach Harry’ego, zmuszony był patrzeć mu w oczy. W
te piękne zielone tęczówki, które tak go urzekły trzy lata temu, teraz ciemne w
nikłym świetle latarni. Znał te oczy na wylot, każdy ich wyraz. Psotny i
dziecięcy, gdy Harry żartował, pełen dumy, gdy śpiewał przed tysiącami fanów,
mroczny, kiedy był zły, pełen pasji i pożądania, gdy się kochali… Widział wszystkie
odcienie tych oczu, ale nie taki, jaki miały w tym momencie: wypełniony
desperacją i strachem, a zarazem wszechogarniającą miłością.
Louis
wiedział, że przyjazd tutaj nie był dla Harry’ego łatwy. Musiał na pewno złamać
w sobie wiele barier, pokonać rozgoryczenie, a zapewne też lęk. Ale zrobił to.
Zrobił to dla niego – upartego, nieznośnego Louisa Tomlinsona. Pokazał, jak
cholernie mocno mu zależy. Kim Louis był, by go odtrącać? I czy tak naprawdę
chciał go odtrącić? Boże, przecież go KOCHAŁ! Uwielbiał każdą cząstkę tego
niezwykłego chłopaka, stojącego teraz przed nim. Te słynne już na cały świat
loki, w które tylko on, Louis, miał prawo zanurzać palce; te usta, które
potrafiły składać się w najbardziej niewinny z uśmiechów, jak i szeptać
wyjątkowo sprośne słówka; ciało, ozdobione kilkunastoma mniej lub bardziej
dziwacznymi tatuażami, które tylko on mógł podziwiać w pełnej okazałości;
silne, a zarazem delikatne dłonie, potrafiące dotykać czule lub pieścić
wyrafinowanie. Kochał Harry’ego! Jego uśmiech, dziwne żarty, chrapliwy głos,
cierpliwość do fanów, serdeczny stosunek do niemal wszystkich ludzi świata,
dobre serce… Kurwa, kochał Harry’ego Stylesa całym sobą! I w tym momencie miał
ochotę wykrzyczeć to całemu światu.
Twarz
Louisa stopniowo rozjaśniał uśmiech – ciepły, radosny, po prostu piękny. Jak
gdyby gigantyczny ciężar spadł mu z duszy. Serce Harry’ego uderzyło szybciej.
-
Znaczy, że ty…
-
Znaczy, że kocham cię, wariacie! Boże, Hazz, nawet nie wiesz, jak strasznie źle
mi było przez te dwa dni. – Przytulił do siebie Harry’ego, jakby trzymał w dłoniach
największy skarb świata. – Czułem się podle przez to, co ci nagadałem. Nie
byłeś dłużny, owszem, ale to ja zacząłem. Byłem tak cholernie niesprawiedliwy.
-
Już dobrze, Louis. – Harry był w tym momencie najszczęśliwszą osobą pod
słońcem. – Już jest okej…
-
Te dzisiejsze zdjęcia z Eleanor – mówił dalej Louis, nadal trzymając Harry’ego
w objęciach. – Myślałem, że przez to nie przejdę. Tak strasznie chciałem, żebyś
to ty był na jej miejscu. Żebyśmy wreszcie mogli pokazać światu, że się
kochamy.
Gigantyczna
fala wzruszenia zalała serce Harry’ego. Ledwo był w stanie wydusić z siebie
słowo.
-
To nie ma znaczenia – szepnął, delikatnie odrywając się od Louisa, by móc mu
spojrzeć w oczy, jednocześnie nadal pozostając w jego objęciach. Czułym gestem
odgarnął kilka płatków śniegu, spoczywających na policzku starszego chłopaka. –
Dopóki jesteśmy silni razem, nikt nie stanie między nami.
Dziękuję
ci, Mary, powiedział w duszy. Pomogłaś mi spojrzeć na naszą miłość na nowo.
-
Poukładamy to wszystko, Harry – powiedział Louis. – Damy radę, wierzę w to. Bo
jesteśmy silni.
Położył
dłoń na karku Harry’ego i przyciągnął go do czułego pocałunku. Ich chłodne
wargi spotkały się, przelewając między dwoma chłopcami radość, miłość i
nadzieję. Całowali się powoli i delikatnie w pustym parku, w stłumionym
pomarańczowym świetle latarni, w sypiącym leniwie śniegu. W ten wyjątkowy
wigilijny wieczór.
-
A tak w ogóle – szepnął Louis, gdy już oderwali się od siebie – wesołych świąt.
-
Wesołych świąt – odparł Harry, uśmiechając się radośnie. – I wszystkiego
najlepszego z okazji urodzin.
*
Gdy
wrócili do domu pół godziny później, zastali pustkę i ciszę. Paliły się tylko
światełka na choince, a w kominku w salonie wesoło trzaskał ogień. Krańcowo
zaskoczeni znaleźli na blacie w kuchni kartkę o treści: „Zabrałam dziewczynki
do cioci Molly, wrócimy o 21. Dobrze wykorzystajcie ten czas ;)” Charakter
pisma wyraźnie należał do Jay.
-
Nie wierzę – jęknął Louis. – Moja własna matka…
-
Jak ona dobrze cię zna – wyszczerzył zęby Harry, kładąc dłonie na biodrach
swojego chłopaka. – Wiedziała, że wszystko będzie dobrze.
-
Ona czasem za dużo wie – mruknął Louis.
Harry
przysunął się bliżej, a jego usta musnęły lewe ucho Louisa.
-
Jest dopiero osiemnasta – mruknął jednym ze swoim najbardziej uwodzicielskich
pomruków. – Myślę, że powinniśmy iść za sugestią twojej mamy i dobrze
wykorzystać te trzy godziny.
-
A na co masz ochotę? – Louis entuzjastycznie wszedł w swoją rolę. Przesunął
opuszkami palców po kręgosłupie młodszego chłopaka.
-
Domyśl się.
-
Domyślam. – Dłoń powoli powędrowała pod sweter Harry’ego.
-
Wcale nie. – Harry delikatnie przygryzł ucho Louisa. Jego głos ociekał
pożądaniem. – Mam dziką ochotę na
sałatkę z kurczakiem i ciepłe tosty, a potem sernik. Jestem wściekle głodny.
Louis
odsunął go gwałtownie. Erotyczny nastrój diabli wzięli.
-
No wiesz co! – Udał oburzenie na widok pełnego satysfakcji, złośliwego uśmiechu
Harry’ego. – Rozczarowujesz mnie, Harry Stylesie!
Chłopak
z lokami wybuchnął radosnym śmiechem.
*
Gdy
Harry zaspokoił już głód, Louis wyciągnął butelkę czerwonego wina i dwa
kieliszki. Wymościli sobie posłanie z poduszek i puchatych koców na podłodze
przed kominkiem i delektowali się alkoholem. A przede wszystkim delektowali się
swoją bliskością.
Gdyby
jeszcze kilka godzin temu ktoś powiedział Harry’emu, że w taki sposób będzie
spędzał wigilijny wieczór, nigdy by w to nie uwierzył. Myślał, że czekają go
przygnębiające godziny w jego starym pokoju w Holmes Chapel, tymczasem leżał
właśnie wygodnie oparty o kolana Louisa, przy ciepłym kominku, popijając
słodkie wino. To było jak sen.
Boże,
jak mu brakowało takich chwil ostatnio! W całym ich zabieganym życiu,
wypełnionym koncertami, wywiadami, spotkaniami i innymi obowiązkami, trudno
było znaleźć czas z dala od innych ludzi. Ciężko było o zupełną swobodę.
Dlatego Harry chciał wykorzystać ten wieczór w pełni, zwłaszcza, że tak
niewiele brakowało, by nigdy się nie wydarzył. Był taki szczęśliwy w tym
momencie, siedząc na podłodze, oparty o ciepły tors Louisa i otoczony jego
ramionami.
-
Nie mam dla ciebie żadnego prezentu – westchnął. – Znaczy, mam, ale został w
Londynie.
-
Nie ucieknie. – Louis pocałował czubek głowy Harry’ego. – Ty jesteś dla mnie
wystarczającym prezentem.
Harry
odwrócił uśmiechniętą twarz w jego stronę.
-
Ale zrobiłeś się romantyczny.
-
Czasem mi się zdarza. – Louis prowokująco poruszył brwiami. – Nie podoba ci się
taka odsłona mnie?
Harry
wygramolił się z jego objęć i przysiadł na piętach, przyglądając się Louisowi z
ciepłym uśmiechem na ustach. Przez dłuższą chwilę po prostu patrzył.
-
Czułki mi wyrosły, czy co? – zachichotał Louis. – Że tak się gapisz?
-
Podziwiam, co moje – odparł Harry. Mimo, że na jego twarzy błąkał się wesoły
uśmiech, oczy pozostały poważne i skupione. Louis był jego, cały, każdy fragment jego duszy i ciała
należał do Harry’ego. Bez siebie nawzajem byli niekompletni, niczym
niedomalowany obraz. Dopiero wspólnie lśnili pełnym blaskiem. Harry to
zrozumiał. I wiedział już, że nigdy nie chce stracić tego najważniejszego
elementu swojego życia.
-
Twoje – powiedział Louis, dobrze wychwytując zmianę nastroju. – I nie będzie
niczyje inne.
Przyciągnął
Harry’ego do głębokiego, pełnego miłości pocałunku. Młodszy chłopak pochylił
się nad opartym o kanapę Louisem i wczepił palce w jego rozwichrzone włosy,
jednocześnie językiem rozdzielając jego usta i wsuwając się do środka. Louis
jęknął gardłowo. Nie namyślając się długo, uniósł sweter Harry’ego i przesunął
dłońmi po jego wrażliwych bokach.
-
Louis… - mruknął Harry, na chwilę przerywając pocałunek, a jednocześnie całym
ciałem lgnąc do swojego chłopaka. – Kochaj mnie… Teraz… - Jego oddech był
płytki i nierówny, a głos przepojony pożądaniem. – Tak, jak kiedyś… Ty we mnie…
Louis
drgnął i spojrzał na Harry’ego szeroko otwartymi oczami.
-
Harry…
-
Nic nie mów – szepnął Harry, przyciskając swoje biodra do podbrzusza Louisa i
wyrywając tym samym kolejny jęk z jego ust. – Po prostu mnie weź…
To
były niesamowite chwile. Jakby chcieli nadrobić całą czułość i delikatność,
jakiej ostatnio tak bardzo brakowało w ich związku. Bo nawet ich seks w
ostatnich czasach stał się niechlujny i odarty z prawdziwej miłości. Wszystko
szybko, gdzieś w ukryciu, w pokojach hotelowych. Często byli zbyt zmęczeni, by
robić cokolwiek, albo po prostu chcieli szybko rozładować emocje. Brakowało autentycznego
zaangażowania i troski o potrzeby drugiej osoby. Ten wieczór pozwolił im choć w
pewnym stopniu odkryć siebie nawzajem na nowo.
Harry,
spocony, z błyszczącymi pożądaniem oczami, czując na sobie słodki ciężar
Louisa, nie mógłby być szczęśliwszy.
*
-
Wiesz – odezwał się Louis, gdy jakiś czas później leżeli objęci wśród
zburzonych koców i poduszek, uspokajając oddechy – myślę, że powinniśmy teraz
zrobić sobie fotkę i wrzucić na twittera.
Harry
uniósł się na łokciu i spojrzał na Louisa z łobuzierskim uśmiechem.
-
Pobilibyśmy rekord retweetów! A jutro rano cały nasz management wyniesiono by
nogami do przodu. Kusząca propozycja, nie powiem.
-
Taki mały prezencik dla naszych shipperek. Nic dziś od nas nie dostały.
Zrobiłbyś im chociaż przyjemność i wysłał mi jakiegoś słodkiego, urodzinowego
tweeta, co?
Harry
nachylił się nad Louisem i pocałował go czule, przeciągając pocałunek, aż
obojgu zabrakło oddechu.
-
Niech sobie wyobrażają – mruknął z uśmiechem. – To czasem jeszcze ciekawsze.
Mrrr, która godzina?
-
Dziesięć po ósmej, mój Kopciuszku. Zdążymy ogarnąć ten bałagan i zatrzeć ślady.
Harry
przesunął się nieco po podłodze i sięgnął po metalowy pogrzebacz, którym
następnie szturchnął plastikową buteleczkę, tlącą się w palenisku kominka.
-
Cholerstwo nie chce się palić. – Końcem pogrzebacza wepchnął butelkę głębiej w
wątłe płomienie.
-
Bo niepotrzebnie ją tam wrzuciłeś.
-
Myślałem, że się spali – upierał się Harry.
Louis
przewrócił oczami i westchnął ciężko. Czasem miał wrażenie, że jego chłopak
potrzebuje wytłumaczenia pewnych rzeczy i zjawisk wprost, niczym małe dziecko.
-
To jest kominek, Harry. W tym się
pali drewnem, nie zużytymi kondomami i lubrykantem.
Harry
zachichotał maniakalnie, odrzucając pogrzebacz i pochylając się ponownie nad
swoim pięknym chłopakiem.
-
Ale kochasz mnie, prawda?
Louis
czule przesunął dłońmi po jego nagich plecach i spojrzał prosto w te cudowne,
zielone oczy, które trzy lata temu rzuciły na niego czar, spod którego nie
chciał się nigdy w życiu wyzwolić.
-
Kocham – powiedział mocno. – Całego ciebie.
Harry
uśmiechnął się i pocałował go. W tej chwili całym sercem wierzył, że pokonają
wspólnie wszystkie przeszkody, ułożą na nowo swoje relacje w niełatwych
warunkach, w jakich przyszło im funkcjonować, odnajdą drogę do siebie nawzajem.
Bo obaj tego chcą.
Będziemy
jak skała, obiecał sobie w myślach. Nie pokona nas żadna zawierucha.
KONIEC
24 grudnia 2013
Przeczytałam wczoraj, ale nie byłam w stanie skomentować więc wybacz. Spóźnionych Wesołych Świąt na wstępie życzę <3 W sumie jakby nie patrzeć to nie mam za bardzo co komentować, bo wszystko napisałam w poprzednich komentarzach. Cieszę się, że napisałaś tego świątecznego shota, jest naprawdę świetny. Pokazuje nam Larry'ego w normalnym, realnym świecie, gdzie wszystko to co napisałaś wcale nie musi byc czymś wyimaginowanym. Dobra robota ;)
OdpowiedzUsuńA teraz czekam na kolejny rozdział'Deszczy'. Życzę weny xx
Ej, no, kurde, no. Ja myślałam, że jakaś mega scenka tu będzie... -.-
OdpowiedzUsuńWiesz, że ja zboczuch wielki jestem, więc chcę scenki. :) Ale może kolejnym razem. :P
Pięknie zakończyłaś opowiadanie. Wigilia - noc cudów. I cud się zdarzył. Harry i Louis pogodzili się (w każdy możliwy sposób XD). Cieszy to, że podczas spaceru wytłumaczyli sobie wszystkie niejasności, że powiedzieli "kocham".
Ciekawi mnie fakt, jak fanki paringu zareagowałyby na wieść o tym, że to, co one uważają za coś oczywistego staje się prawdą potwierdzoną przez Harry'ego i Lou. Czy cieszyłyby się, czy może wprost przeciwnie zaczęłaby się masowa żałoba, bo Styles czy też Tomlinson nie może być ich chłopakiem?
Może doczekam tego wydarzenia. A jeśli doczekam, to będę śledziła na bieżąco. :)
Gratuluję wspaniałego opowiadania!
Pozdrawiam. I niech wena zawsze będzie z Tobą. ^^