Opowiadanie nadal nie jest skończone, ale jestem na dobrej drodze. Teraz zostało już samo przyjemne ;)
Mixon, nie wiem, czy dotarł do Ciebie mój komentarz pod Twoim jednopartem. Nie bardzo łapię tumblr i nie wiem, gdzie on się wysłał :D
* * *
Poranek
wstał ponury i zimny. Z nieba nadal sypał drobny śnieg, sprawiając, że Londyn
wyglądał jak patchwork z białych i szarych plam.
Teraz,
w południe, Harry Styles siedział w swoim salonie, patrzył w okno i pił kolejną
tego dnia herbatę malinową. Był sam. Niall wyszedł rano, by się spakować, bo o
trzynastej miał samolot do Irlandii. Życzył jeszcze Harry’emu wesołych świąt,
ale brzmiało to jak ponury żart, zresztą Horan miał dość niewyraźną minę, gdy
mówił te słowa.
Harry’ego
w ogóle nie czuł, że nadchodzą święta. W najmniejszym stopniu nie cieszyły
świąteczne dekoracje, choinka, prezenty, które kupił dla całej rodziny. Nic go
nie cieszyło. Najchętniej by się wczołgał pod kołdrę i przespał całe Boże
Narodzenie. Mógłby przespać nawet resztę życia. Czuł, jakby miał w sobie
wielką, czarną dziurę, bezkresną pustkę, w której niknie wszelka energia,
radość i siła. Stan ten pogłębił się jeszcze, gdy, zebrawszy się w sobie,
wysłał do Louisa smsa z pytaniem „Gdzie jesteś?” i otrzymał odpowiedź „Tam,
gdzie miałem być. W domu. Wesołych świąt”. Cisnął telefonem o podłogę, czując,
jak w piersiach zbiera mu się wielka, dławiąca gula. Kolejny szloch wstrząsnął
jego ciałem.
Boże,
czym sobie na to zasłużył?! Gdyby wiedział do czego doprowadzi ta beznadziejna
impreza Maxa, w życiu by na nią nie poszedł. Spędziłby ten wieczór z Louisem,
sam na sam. Co go podkusiło, do cholery?! Z drugiej strony, w głowie kołatała
mu się myśl, że Louis też nie jest zupełnie bez winy, bo niepotrzebnie od razu
urządził mu awanturę, zamiast spróbować porozmawiać. I te słowa, które
wykrzykiwał, te oskarżenia, tak cholernie raniące… Harry nie wiedział, czy
kiedykolwiek zdoła wymazać je z pamięci. To powstrzymywało go od dzwonienia do
Louisa raz za razem i błagania o wybaczenie. Dlaczego zawsze to on miał
pierwszy wyciągać rękę na zgodę, co? Dlaczego musiał za każdym razem uginać się
pod uporem i zaciętością swojego chłopaka? Louis nie był niewinnym aniołem.
Harry
nie odpisał na smsa. Nie był w stanie wysłać tych dwóch słów: wesołych świąt.
*
Dwudziestego
czwartego grudnia rano Harry spakował do bagażnika prezenty dla mamy, ojczyma,
siostry i małej Lux, zamknął dom na cztery spusty i wyruszył w drogę do Holmes
Chapel. Czuł się koszmarnie po kolejnej niemal bezsennej nocy, podczas której
przewracał się z boku na bok w łóżku – o wiele za dużym i o wiele zbyt pustym.
Louis nie dał znaku życia; Harry wiedział, że zaciął się w sobie na dobre. Ale
młodszy chłopak też nie zamierzał wykonać gestu pojednania jako pierwszy. Rany
były jeszcze zbyt świeże.
Mimo
wszystko było mu źle i smutno. Nie dość, że była wigilia, to jeszcze urodziny
Louisa. Kończył dwadzieścia dwa lata, a Harry nie umiał zdobyć się na wysłanie
mu choćby standardowych życzeń. Odkładał ten moment z godziny na godzinę, tak
naprawdę nie wiedząc, w jaki sposób ma to zrobić.
Jedząc
w samotności śniadanie, zerknął na twittera. Okolice świąt Bożego Narodzenia i
urodzin Louisa były zwykle ucztą dla wszystkich Larry shippers. Część
wyglądała, niczym pierwszej gwiazdki, słodkich tweetów czy zdjęć, a inne
przekonywały, że nic takiego nie musi mieć miejsca, bo na pewno ich idole
spędzają ten czas razem i nie muszą składać sobie życzeń przez internet. Harry
uśmiechnął się ironicznie. Mój Boże, jakie one były słodko naiwne! Ciekawe, co
by się stało, gdyby zatweetował na przykład „Grinch, świąt nie będzie. Mój
chłopak nazwał mnie zdzirą, która pieprzy się z @grimmers i pojechał do domu.
Sorry, LS”? Chyba pół świata, na czele z managementem, dostałoby zawału. To
dopiero byłby prezent pod choinkę!
Ponure
żarty trzymały się Harry’ego tego przedpołudnia. Zawsze to lepsze niż łzy
rozpaczy, prawda? Ale tak naprawdę jedno przeplatało się w nim z drugim,
uzupełniane przeraźliwym psychicznym zmęczeniem, a czasem złością na Louisa, że
ten jest tak cholernie uparty. Harry niemal nie mógł uwierzyć, że jest wigilia.
Że w większości domów lśni ubrana choinka, kobiety przygotowują pudding, a
dzieci wieszają na kominku skarpety na prezenty. Wydawało mu się to kompletną
abstrakcją.
Harry
wyjeżdżał właśnie na autostradę M40, prowadzącą na północ w kierunku Holmes
Chapel, gdy zadzwonił jego telefon. Chłopak zerknął na wyświetlacz. Niall.
-
Słucham.
-
No cześć, stary. Jak tam? Trzymasz się jakoś?
-
Jak pijany płotu. – Harry akurat był na etapie sarkazmu. – Nie dzwoniłeś
wczoraj.
-
Wiem, sorry. Miałem dzwonić, ale jak tylko przyjechałem, dopadła mnie rodzina,
a wieczorem starzy kumple wyciągnęli do baru. A potem już nie byłem zdatny do
rozmowy, he he.
-
Miło wiedzieć, że nie tylko ja w tym zespole chleję.
-
Oj, daj spokój. Jedziesz już do domu?
-
Akurat wyjechałem z Londynu, a co?
-
Nie, nic wielkiego. Wchodziłeś może na insta?
-
Tylko na twittera rano. Pełno podekscytowanych Larry shippers, które niestety
obejdą się smakiem w tym roku. A co na tym instagramie? Błagam, nie załamuj
mnie jeszcze bardziej.
-
No wiesz, są urodziny Lou – Niall najwyraźniej starał się być delikatny w
przekazywaniu wiadomości – więc mała ustawka z „dziewczyną” musi być, nie?
Harry
drgnął. Kurwa, o tym detalu zapomniał! Przez całą awanturę z Louisem wyleciało
mu z głowy, że pewnie management zadba o pokazanie światu, jak to perfekcyjna
Eleanor Calder spędza ze swoim „chłopakiem” jego urodziny. Jakieś cukierkowe
fotki nad tortem i te sprawy. Zresztą chyba nawet wspominano o czymś podobnym
na ostatnim przedświątecznym spotkaniu z PR-owcami, ale na Harry’ego ten temat
działał jak płachta na byka, więc demonstracyjnie milczał z zaciśniętymi
ustami.
-
Hazz, jesteś tam?
-
Jestem, jestem – mruknął Harry. – Dużo tych zdjęć?
-
Trzy. Pewnie zrobili je wczoraj albo dzisiaj rano, nie ryzykowali photoshopa
tym razem. Nie przejmuj się tym, chciałem ci tylko powiedzieć, żebyś nie był
zaskoczony.
-
Niall, serio, jakieś głupie ustawiane fotki są ostatnim, czym się teraz
przejmuję, wierz mi. Okej, kończę, muszę uważać na drogę, bo jest straszny
ruch.
-
Spoko, szerokiej drogi, jedź bezpiecznie. I… wesołych świąt mimo wszystko.
Harry
powstrzymał się od ironicznego komentarza. Wiedział, że Niall chce dobrze i dla
niego cała ta sytuacja też jest przygnębiająca. Wszak jego nazwisko figurowało
na samym szczycie dłuuuugiej listy Larry shippers.
-
Dzięki, tobie też. Pozdrów rodzinę.
-
Ty również. Cześć.
-
Pa.
Harry
zastanawiał się, w jaki sposób powiedzieć mamie i siostrze, że poważnie
pokłócił się z Louisem. Nie da rady ukryć tego faktu, nie ma szans; na pewno
wszystko szybko wyczytają z jego twarzy. Harry był kiepski w kłamstwach i grze
pozorów. Nie na darmo to Louis od dwóch lat udawał przez całym światem, że ma
dziewczynę.
Dziewczynę,
która, chociaż fałszywa, spędza z nim jego urodziny,
odezwał się wredny głosik z głowie Stylesa.
Cholera
jasna, powinien teraz siedzieć ze swoim chłopakiem przy kominku, karmić go
obleśnie słodkim tortem i patrzeć wraz z nim na śnieg leniwie sypiący za oknem,
a nie jechać samotnie zimną autostradą. Powinni spędzić cały dzień razem,
uśmiechnięci i szczęśliwi, a wieczorem zjeść uroczystą urodzinową kolację i
kochać się niespiesznie z blasku świec.
Wizje
tego, jak mogłoby być, gdyby nie ta nieszczęsna awantura, nie chciały opuścić
umysłu Harry’ego i chłopak poczuł się jeszcze bardziej nieszczęśliwy niż
wcześniej.
*
Po
minięciu Birmingham, Harry zatrzymał się na stacji benzynowej, by zatankować.
Tuż przy budynku stacji znajdował się bar i Styles uznał, że w sumie nie miałby
nic przeciwko kawie i lekkiej przekąsce. Nie spieszyło mu się do domu.
Nie
obeszło się bez zdjęć, gdyż rozpoznały go dwie dziewczyny, chyba siostry. Harry
przywdział na twarz swój firmowy uśmiech i rozpoczęła się sesja zdjęciowa z
dystrybutorem benzyny w tle. Potem wokalista życzył jeszcze fankom i ich rodzicom
wesołych świąt i cała familia odjechała, a on skierował się ku drzwiom baru.
Był pewien, że zanim przekroczy próg, zdjęcia wylądują już na instagramie.
Jak
na knajpę znajdującą się przy autostradzie, lokal był całkiem miły i porządny.
Obok drewnianego baru stała wielka choinka, a przy wejściu plastikowa
dekoracja, składająca się z Mikołaja w saniach oraz reniferów. Wchodząc, Harry
zahaczył o jednego.
Zajebiście,
warknął w myślach. Jeszcze brakuje, żebym
okulawił Rudolfa.
Ustawił
renifera na miejscu, po czym podszedł do baru i zamówił kawę i tortillę. Młoda
kobieta za kontuarem przyjrzała się mu ciekawie, ale nic nie powiedziała. Harry
zajął miejsce przy jednym ze stolików, czekając na realizację zamówienia.
Oprócz niego w barze znajdowało się tylko dwóch mężczyzn, wyglądających na
kierowców ciężarówek oraz starsza kobieta. Żadne z tej trójki nie zwracało na
niego uwagi.
Harry
korzystając z chwili przerwy w podróży, wyciągnął z kieszeni telefon i wziąwszy
głęboki, uspokajający oddech, zajrzał na instagrama Louisa.
Sztuczność
zdjęć z Eleanor aż biła po oczach. Jedno przedstawiało „zakochaną parę” przed
choinką, na drugim Louis trzymał w dłoniach torcik z dwoma świeczkami,
jednocześnie całując Eleanor w policzek, a na trzecim po prostu pozował z urodzinowo
– świąteczną paczką, którą niby otrzymał od niej. Harry miał wrażenie, że
lukier lada moment wyleje się w iphone’a i zatopi pół baru. Ale jednocześnie
nie dał się zwieść fałszywemu uśmiechowi na twarzy Louisa. Zbyt dobrze znał
swojego chłopaka, by nie zauważyć jego smutnych, zmęczonych oczu, których nie
sięgał sztuczny entuzjazm i udawana ekscytacja. Louis po prostu grał swoją
rolę, ale tym razem prawdziwe emocje przebijały zza wesołej maski jeszcze
silniej niż zazwyczaj.
Harry
przez dłuższą chwilę siedział ze wzrokiem wbitym w wyświetlacz. Serce coraz
szczelniej wypełniał mu żal, smutek i pretensja, że całe jego życie z Louisem
wygląda tak, a nie inaczej. Gdyby chociaż się nie pokłócili, mógłby czekać poza
kadrem, przeżyć tę nieszczęsną sesję zdjęciową, bo wiedziałby, że gdy tylko za
Eleanor zamkną się drzwi, on pokaże Louisowi, jak wyglądają prawdziwe pocałunki
i prawdziwa bliskość. A tak? Tkwi w
jakimś beznadziejnym barze, gdzieś przy autostradzie i nawet nie ma ochoty
jechać do domu.
-
Przepraszam, mogę się przysiąść?
Harry
szybko podniósł głowę, jednocześnie automatycznie wygaszając telefon. Stała
przed nim owa starsza kobieta, która wcześniej siedziała dwa stoliki dalej.
Chłopak dyskretnie rozejrzał się po wnętrzu – prawie wszystkie stoły były wolne,
nie licząc tego pod jednym z okien, zajętego przez kierowców ciężarówek. Czy
naprawdę ta kobieta musi usiąść tutaj?
Nie
chciał jednak wyjść na gbura.
-
Tak, oczywiście, proszę.
Kobieta
zajęła miejsce naprzeciwko Harry’ego. Miała jakieś sześćdziesiąt kilka lat,
brązowe włosy, mocno już przyprószone siwizną i jasnoniebieskie oczy, które
teraz przypatrywały się młodemu wokaliście uważnie.
-
Jestem Mary – przedstawiła się. – A ta dziewczyna za barem, która już całe
wieki przygotowuje twoją tortillę, to moja córka, Sarah.
-
Och, miło mi. – Harry nie bardzo wiedział, czemu miała służyć ta prezentacja,
ale był dobrze wychowany, więc nie przerwał rozmowy. – Czeka pani, aż skończy
pracę?
-
Ten lokal to własność Sarah i jej męża – odpowiedziała Mary. – A ja często tu
przesiaduję. Lubię rozmawiać z ludźmi.
-
Rozumiem.
Chwilowo
z opresji dalszej rozmowy wybawiła go Sarah, przynosząc zamówioną kawę i
tortillę. Życzyła mu smacznego, ale nie skomentowała faktu, że jej matka
zdążyła już przysiąść się do klienta. Najwyraźniej była do tego przyzwyczajona.
Harry
pociągnął łyk kawy – całkiem smacznej jak na przybytek przy autostradzie – i
wbił zęby w tortillę.
-
Obserwowałam cię przez chwilę – odezwała się ponownie Mary. – Raczej nie jesteś
w świątecznym nastroju.
Harry
zrobił niewyraźną minę. Nie miał ochoty zwierzać się tej kobiecie, nie miał też
pojęcia, czy go rozpoznała. Ale głupio mu było po prostu złapać kawę i uciec.
Może dobrze mu zrobi, gdy porozmawia z kimś niewtajemniczonym w jego problemy?
-
Jadę do domu – odpowiedział. – Do rodziny. Dość dawno ich nie wiedziałem.
-
To coś słabo się cieszysz.
-
Mam trochę zmartwień, to wszystko.
W
oczach kobiety pojawił się ciepły błysk.
-
Chciałbyś być teraz z tym drugim chłopcem, prawda?
Harry
niemal zakrztusił się kawą. Że co??? Zamrugał szybko, a jego serce gwałtownie
przyspieszyło tempo. Jezu, skąd ta kobieta… Jakim cudem…
-
Nie… nie wiem, o czym pani mówi – bąknął, starając się ze wszystkich sił
zachować samokontrolę. Szybko zerknął na telefon, leżący na stoliku, ale ekran
był wygaszony. Mary nie mogła zauważyć, czyje zdjęcia przeglądał.
-
Wiesz, wiesz. – Mary uśmiechnęła się lekko. Nie wydawała się w najmniejszym
stopniu zaskoczona jego reakcją. – Wiem, kim jesteś. Spokojnie, nie musisz się
niczego obawiać. Nawet nie umiem obsługiwać tych waszych elektronicznych
zabawek, by cokolwiek nagrać. A prasa? Daj spokój, kto uwierzy starej babie z
knajpy przy autostradzie!
-
Ja… To znaczy, miło, że mnie pani kojarzy – Harry starał się oddychać normalnie
– ale to, co pani mówiła, nie ma…
-
Mój chłopcze, ja nie żyję na tym świecie od wczoraj. Spotkałam w swoim życiu
wielu ludzi i wysłuchałam tysięcy historii, nawet tu, w tym barze. I umiem też
patrzeć, czasem dużo głębiej, niż inni by sobie życzyli. Przez różne maski,
pozory, cały cholerny fałsz tego świata. Widziałam kiedyś w telewizji wasz
koncert i jakiś wywiad. I wystarczyło.
Harry
czuł, że się nie wywinie i nie będzie w stanie przekonująco skłamać tej
kobiecie. Miał w sumie łatwiejsze wyjście: wstać, powiedzieć, że spieszy się do
domu i opuścić lokal, ale… nie chciał? Cholera, była wigilia! W takim dniu
powinno się być miłym. I może to dobry czas, by zrzucić trochę ciężaru z serca?
By wreszcie choć na chwilę przestać być TYM Harrym Stylesem, wokalistą słynnego
boysbandu, bożyszczem nastolatek?
Odetchnął
głęboko, obracając w dłoniach kubek z kawą i unikając wzroku Mary.
-
Pokłóciliśmy się – szepnął. – Bardzo…
Jakoś
nie przejmował się, że właśnie zdradził nieznajomej kobiecie z knajpy przy
autostradzie swój największy sekret. Nie obchodziło go, że gdyby jego wyznanie
jakimś cudem trafiło do internetu, kariera One Direction zatrzęsłaby się w
posadach. Miał już to wszystko gdzieś. Chciał po prostu z kimś porozmawiać i
przestać czuć się tak strasznie rozżalony i pusty w środku. A z Mary emanował
jakiś dziwny spokój.
-
O co poszło? – zapytała.
-
Potem już o wszystko. – Harry chaotycznie bawił się łyżeczką. – O rzekome
zdrady, o znajomych, o fałszywą dziewczynę, o kłamstwa… To wyglądało, jak byśmy
sobie nawzajem wylali na głowy cały syf, który gromadził się od dłuższego
czasu. Boże – zaśmiał się nerwowo – czemu ja w ogóle mówię pani o tym? Zwariowałem,
czy co? Cała ta sytuacja jest
beznadziejna!
-
Dlaczego tak uważasz?
-
Bo jest wigilia, na dodatek urodziny…
jego, a ja siedzę w jakimś głupim barze – z całym szacunkiem dla pani córki
– i zwierzam się nieznajomej ze swojego życia osobistego.
Mary
uśmiechnęła się.
-
I widzisz? Sam do tego doszedłeś.
-
To znaczy? – zdziwił się Harry.
-
Że nie powinieneś być tutaj, tylko całkiem gdzie indziej. Z nim.
Harry
teraz dla odmiany zaczął bawić się telefonem. Wszystko, byle tylko zająć czymś
ręce.
-
Wątpię, że chciałby mnie widzieć – mruknął. – Pewnie by mnie wykopał za drzwi.
-
A ja myślę, że bardzo się mylisz – odpowiedziała Mary, nie przestając się
uśmiechać. – Chyba tylko zaciął się w sobie tak samo jak ty. I tak samo mu z
tym źle. A w rzeczywistości chciałby, byście byli teraz razem, przytulili się i
porozmawiali – o tym, co dobre i tym, co złe między wami.
Harry’emu
zadrżały wargi. Ze wszystkich sił starał się nie patrzeć na Mary, bo bał się,
że wówczas totalnie się rozklei.
-
Posłuchaj mnie, chłopcze. – Kobieta położyła swoją ciepłą dłoń na nerwowo
poruszające się ręce Harry’ego. Mimo że chwilowo zaskoczony, chłopak nie cofnął
dłoni. W dziwny sposób ten poufały gest był dla niego naturalny. – Wasza miłość
nigdy nie będzie łatwa. Nie tylko dlatego, że jesteście sławni i że musicie
trzymać ją w sekrecie. Nie będzie łatwa, bo jest inna. Wielu ludzi jej nie
zaakceptuje, wielu będzie próbowało zniszczyć, zapewne już próbuje. – Modest, przytaknął w myślach Harry. –
Dlatego właśnie wy dla siebie nawzajem musicie być skałą. Jeśli chcecie
przetrwać, nie może być między wami wyrw i nieporozumień, zwłaszcza błahych.
Jak pojawi się taka rozpadlina, musicie ją jak najszybciej zasypać, a nie
czekać Bóg wie na co, bo czekanie tylko pogłębia wyłom.
Harry
odetchnął głęboko. Wiedział, że Mary ma rację, wiedział też, czego tak naprawdę
pragnie jego serce w tej chwili, tylko… tak cholernie ciężko było zrobić ten
krok.
-
Miałam syna – mówiła dalej Mary, ciszej i jakby nieco drżącym głosem – który był taki jak wy. Ale otoczenie nie
potrafiło tego zaakceptować, koledzy zamienili jego życie w piekło. Will był
bardzo młody, młodszy niż ty teraz. Nie poradził sobie psychicznie z całą
sytuacją.
Harry
drgnął i podniósł wzrok.
-
Znaczy…
-
Znaczy dokładnie to, co myślisz. To było dwadzieścia lat temu. I mimo całego
tego czasu, który minął i faktu, że sama pogodziłam się z jego śmiercią, nie
potrafię darować światu, że nie pozwolił Willowi kochać, tak jak chciał.
Dlatego z tobą rozmawiam tak otwarcie. Choćbyś próbował, nie oszukasz mnie, bo
widziałam, jak patrzysz na tego drugiego chłopca.
Harry
ponownie wbił spojrzenie w stół. Czuł, jakby we wnętrzu wzbierała mu potężna
fala emocji, która musi znaleźć ujście – w postaci zdecydowanych działań albo
nieprzerwanego potoku łez.
-
To wszystko jest takie trudne…
-
Nikt nie mówił, że będzie łatwe. Człowiek uczy się miłości przez całe życie,
różnych jej rodzajów i odsłon. Ty jesteś jeszcze bardzo młody, ale dużo już
przeżyłeś. Nie pozwól, by jakaś drobnostka zepsuła to, co dla ciebie ważne.
-
Nie wiem, czy potrafię…
-
Potrafisz. – Mary uśmiechnęła się ciepło. – Jest wigilia, dzień cudów. Otwórz
na nowo swoje serce, Harry.
W
oczach młodego wokalisty One Direction zaszkliły się łzy. Tymczasem Mary
wyciągnęła dłoń i delikatnie ujęła go pod brodę. Jego zielone oczy napotkały
spojrzenie jej jasnoniebieskich.
-
Kochasz go?
Wargi
Harry’ego drżały niekontrolowanie, gdy szepnął:
-
Najbardziej na świecie.
Mary
wbiła w niego silny, ale zarazem spokojny i pewny wzrok.
-
Zatem jedź do niego.
O.Mój.Boże... Ta cześć jest taka... Naprawdę brak mi słów. Czytałam, czytałam, a jak doszłam do rozmowy Harry'ego z tą kobietą, to chyba przestałam oddychać :P Jak zapytała go o Louisa, a potem zaczęła mu mówić o miłości i tych wszystkich przeciwnościach, to było takie piękne. Co prawda smutne i prawdziwe, jeśli chodzi o Larryego, ale piękne. No i to co mówiła o Willu... Ech, a ja podziwiałam poprzednią częśc, mimo, że niewiele się tam działo. Aż się boję trzeciej części, bo umrę na zawał przez Ciebie, a z mojego serca zrobi się mielonka. Bo zrobi nie? :> Dawaj tu trójkę, bo nie mogę się doczekać. Dalej Harry, zawracaj i jedź do Lou. Dobra robota Miria! Do jutra :D
OdpowiedzUsuńCo do komentarza, to tak, doszedł w całości. Odpowiedziałam na niego i opublikowałam, ale zreblogowałam już tyle rzeczy, że po prostu uciekł :P Musisz przeskoczyć po prostu na kolejne strony ;)
Czytam sobie, robi mi się ciemno w moim kąciku pracy, ale mi to nie przeszkadza. Nie świecę światła, bo boję się, że ta cała atmosfera, którą stworzyłaś tą częścią zniknie, rozpłynie się z cichym "klik" na włączniku.
OdpowiedzUsuńPojawienie się Mary sprawiło, że Harry otworzył się, zaczął rozmawiać. Niby były to krótkie zdania, raz mówiące wprost o tym, co go gnębi, a drugim razem skrywające w sobie tajemnicę. Lecz została ona od razu odkryta przez starszą kobietę.
Piękne było to, jak Mary opowiadała o swoim synu. Piękne i smutne jednocześnie. Ale dało Harry'emu do myślenia. Teraz tylko czekam na to, jak pojawi się pod drzwiami swojego ukochanego i złoży mu najcudowniejsze życzenia nie tylko urodzinowe. :)