Aww, dziękuję Wam
za komentarze, kochane :* To naprawdę dużo dla mnie znaczy. Miałam
plan, by w sierpniu zamieścić dwa odcinki, ale niestety nie wyszło.
Cóż, muszę chyba przyspieszyć tempo pisania tego opowiadania,
jeśli chcę je skończyć przed dniem Sądu Ostatecznego :P
A zatem nie
przeciągając, zapraszam na kolejny odcinek. Mam nadzieję, że się
Wam spodoba.
* * *
W miarę upływu
czasu czasu – i alkoholu – impreza robiła się coraz
głośniejsza.
- Panowie! –
Thomas starał się przekrzyczeć towarzystwo. - Przypominam, żeby
pozostać w miarę na chodzie, bo o jedenastej przyjadą damy!
- Ooo, damy! -
zaśmiał się Gilbert Grant. - Mam nadzieję, że od Madame Rose?
- Na pewno –
powiedział przysadzisty blondyn, bogaty Robin Marbrandt. - Przecież
Thomas nie zamawia nic pośledniego.
- Damy? - Harry
zagadnął po cichu Liama Payne'a. - O czym oni mówią?
- Domyśl się,
Harry – skrzywił się ironicznie chłopak. - Raczej nie divy
operowe ani fraucymer królowej Wiktorii.
Styles przełknął
ślinę.
- To miała być
męska impreza.
- Nie powinno ci to
przeszkadzać – wciął się Louis. - Wszak w Londynie przez
tydzień mieszkałeś w burdelu i nie narzekałeś.
Harry spojrzał na
niego chłodno.
- To było...
Nie dokończył,
gdyż w tym momencie Thomas ponownie skupił na sobie wzrok
wszystkich obecnych.
- Uwaga, panowie! Ci
oto moi koledzy – położył ręce na ramionach dwóch młodych
mężczyzn – uczynili właśnie zakład. A mianowicie, czy Gilbert
da radę wypić ćwiartkę oryginalnej, rosyjskiej wódki, stojąc na
jednej nodze na stole. Za jednym zamachem! Robin twierdzi, że nie ma
szans, Gilbert mówi, że podoła. Sprawdźmy! Gil, właź!
W ogólnym
zamieszaniu i pośród dopingujących okrzyków syn bogatego lekarza
wczołgał się na stół i ujął w dłoń butelkę.
- Jeśli spadnie,
stanie na dwóch nogach albo oderwie butelkę od ust, przegrywa! -
wyjaśnił zasady Thomas. - Zaczynamy!
Towarzystwo poczęło
ryczeć „Gilbert! Gilbert!”, podczas gdy Grant stanął na prawej
nodze i zaczął żłopać rosyjską wódkę. Zachwiał się już po
kilku sekundach, ale zdołał odzyskać równowagę. Nadmiar trunku
ciekł mu po brodzie i skapywał na koszulę (kamizelki i marynarki
już dawno się pozbył).
- Gilbert! Gilbert!
- dopingowała reszta. Tylko Harry, Louis i Liam przyglądali się z
boku.
Grant, student
medycyny, musiał mieć spore doświadczenie z chemikaliami i być
dość odporny na ich działanie, ponieważ wlewał w siebie wódkę
z werwą godną prawdziwego Rosjanina. I gdy już wydawało się, że
wygra zakład, zakołysał się niebezpiecznie, przez moment
balansował na jednej nodze, aż wreszcie zwalił się z łoskotem.
Spadł ze stołu, strącając po drodze wszystko, co na nim stało i
przewracając jednego z kolegów. Wszyscy ryknęli śmiechem. Na
blacie i podłodze powstała wielka mieszanina rozlanego alkoholu,
rozbitego szkła i niedopałków papierosów.
- Przyszłość
angielskiego narodu – skomentował cierpko Liam, ale słyszeli go
tylko Harry i Louis.
Tomlinson po raz
kolejny zastanowił się głęboko, w jaki sposób on i Thomas mogą
być przyjaciółmi.
*
Thomas MacPherson
miał gest, to trzeba było przyznać. Swoim przyjaciołom zapewnił
nie tylko wybór alkoholi, papierosów i cygar, ale także dodatkowe
atrakcje.
„Dodatkowe
atrakcje”, w liczbie pięciu, zajechały około godziny dwudziestej
trzeciej ciemny, krytym powozem, prowadzonym przez eleganckiego
mężczyznę. Nie były tandetne, wulgarnie umalowane ani wyuzdanie
ubrane. Madame Rose dbała o reputację swojego lokalu.
- Masz piękny dom,
Thomasie – odezwała się jedna z nich, rudowłosa, ubrana w
wydekoltowaną, zieloną suknię z mocno zasznurowanym gorsetem. - I
równie przystojnych gości. - Posłała zgromadzonym mężczyznom
figlarny uśmiech.
- Felicity, moja
droga. - Thomas przesadnym gestem ucałował jej dłonie. - Witaj w
moich progach.
- Ha, nareszcie! Ty
nie raz gościłeś w moich. - Kobieta puściła mu uwodzicielskie
oczko.
Louis, który
słyszał ich wymianę zdań, nie czuł się nadmiernie zdziwiony.
Thomas zawsze lubił towarzystwo kobiet, uwielbiał błyszczeć w ich
otoczeniu i popisywać się swoją wydziwianą elokwencją. Nawet gdy
musiał za to płacić.
- Panowie,
pozwólcie, że przedstawię swoje koleżanki. - Rudowłosa
najwyraźniej pełniła rolę przewodniczki całej grupki. - Elisa,
Fanny, Margaret i Kathy.
Oczy Harry'ego
Stylesa spotkały się z zaciekawionym wzrokiem urodziwej Margaret i
chłopak głośno przełknął ślinę, po czym sięgnął po
kolejnego drinka i wypił go niemal jednym duszkiem.
*
Louis starał się
unikać tych kobiet, odkąd tylko przyjechały. Rozmawiał, wypił
nawet kolejną porcję absyntu w towarzystwie Thomasa i rudowłosej
Felicity, ale nie miał ochoty na bliższą znajomość z nią, ani z
żadną z jej towarzyszek. Czuł się skrępowany i onieśmielony,
denerwowały go chichoty, szepty, zachęty i dotknięcia. Gdzieś pod
skórą pałał mu gniew (może na Thomasa, że nie uprzedził go o
wszystkich planowanych „atrakcjach” tego wieczoru) i nawet coś
na kształt obrzydzenia. Najchętniej wróciłby do Castamere, ale
jak na złość zniknął gdzieś Harry.
Louis niespokojnie
starał się uzmysłowić sobie, czy od chwili, w której po raz
ostatni zauważył kuzyna, widział też wszystkie „damy” Madame
Rose. Myśl, że chłopak o kręconych włosach właśnie w tej
chwili oddaje się grzesznym uciechom z którąś z tych ladacznic,
była dla Louisa z jakiegoś powodu nie do zniesienia.
Tak naprawdę nigdy
nie rozmawiał z Harrym o kobietach, a tym bardziej o intymnych
aspektach jego życia. Styles wyjawił mu jedynie, że kiedyś był
zakochany, ale ta osoba złamała mu serce. Obejrzany w tajemnicy
pamiętnik i wypisane na jego okładce urywkowe sentencje też
niewiele Louisowi powiedziały; potwierdzały jedynie wersję o
nieszczęśliwej miłości. Tomlinson zastanawiał się, czy gdyby
jeszcze raz znalazł się sam w sypialni Harry'ego, oparłby się
pokusie, by przejrzeć zawartość notesu.
Ale wszystko to dało
Louisowi wrażenie, że Harry – mimo młodego wieku – jest raczej
osobą poszukującą stałego uczucia. Dlatego tak przykra wydawała
mu się myśl, że kuzyn mógł skusić się na szybką przygodę z
którąś z pięciu zamówionych przez Thomasa „atrakcji”. Z
drugiej strony... Harry był młodym mężczyzną, na pewno miał
swoje potrzeby, a tutaj recepta była mu podawana jak na tacy.
Nie!
Louis oparł się o
ścianę, zaciskając mocno oczy, gdy wizja Harry'ego w objęciach
jednej z tych kobiet stała się zbyt paląca. Nie powinien o tym
myśleć! Nie może!
- Dobry wieczór. -
Usłyszał dziewczęcy głos.
Drgnął i szybko
uniósł powieki. W stłumionym świetle, w jakim skąpany był
korytarz na piętrze, Louis dostrzegł jedną z przybyłych
dziewcząt. Miała na sobie czerwono-czarną suknię, mocno już
rozsznurowaną przy dekolcie, a w brązowe włosy wpięty kwiat
orchidei. Uśmiechała się do niego zalotnie.
- Nie czuje się pan
samotny? - Podeszła bliżej.
- Nieszczególnie –
bąknął Louis. - Właśnie szukałem...
- Mnie? -
zatrzepotała rzęsami. Mimo, iż trudniła się takim a nie innym
procederem, w tej chwili na jej twarzy wypisana była cała
niewinność tego świata.
- Swojego kuzyna –
sprecyzował Louis. - Nie widziała go pani? Młody chłopak z
kręconymi włosami...
- Niewątpliwie jest
teraz zajęty – zachichotała, ale dla Louisa jej słowa były
niczym zdzielenie z bicza. - A pan wygląda na bardzo samotnego.
- Myli się pani,
panno...
- ...Eliso. I proszę
mi mówić po imieniu.
Jej dłoń wylądował
u podstawy szyi Louisa i zaczęła igrać kołnierzykiem jego
koszuli. Ciemne oczy dziewczyny błyszczały w stłumionym świetle
dwóch lampek elektrycznych, zamontowanych na ścianach.
- Chętnie umilę
panu dzisiejszą noc. - Ciepły oddech połaskotał szyję Louisa.
- Eliso... ekhm, to
nie jest dobry pomysł. Mam... narzeczoną... - To była pierwsza
wymówka, jaka przyszła mu do głowy.
- Jak większość z
tu obecnych – uśmiechnęła się dziewczyna. - Ale jedno nie
przeszkadza drugiemu.
Louis nie był
naiwny. Doskonale zdawał sobie sprawę, że znaczny odsetek
angielskich mężczyzn – nieważne, czy wolnych, zaręczonych czy
żonatych – odwiedza prostytutki. To była powszechna praktyka.
Żony istniały po to, by rodzić dzieci i pilnować domowego
ogniska, natomiast przyjemności i rozrywki szukało się gdzie
indziej. Jednak Louis nie chciał być hipokrytą. Raz dał się
namówić i...
Z parteru dał się
słyszeć odgłos tłuczonego szkła i kobiecy śmiech, natomiast z
któregoś z zamkniętych pokojów co jakiś czas dobiegały
stłumione głosy i chichoty.
- Jest pan takim
przystojnym mężczyzną. - Głos Elisy stawał się coraz bardziej
uwodzicielski. - To grzech, by został pan sam dzisiejszej nocy.
Louis sam nie
wiedział, w jaki sposób nagle znalazł się za drzwiami pokoju,
przed którym jeszcze dosłownie kilkanaście sekund wcześniej oboje
stali. Zaczynało mu się kręcić w głowie.
Za dużo
alkoholu...
Na dodatek Elisa
pachniała ciężkimi, orientalnymi perfumami, pudrem i jakimś
dziwnym specyfikiem do włosów. Wszystko razem tworzyło mieszankę,
od której czuł się niezbyt przytomny.
Dziewczyna zapaliła
światło i pomieszczenie zalał mętny, żółty poblask. Pokoik
musiał niegdyś należeć do którejś ze starszych sióstr Thomasa,
zanim ta wyszła za mąż i wyprowadziła się, bowiem urządzony był
raczej w damskim stylu.
Louis zdążył
tylko rzucić pobieżne spojrzenie na wnętrze, ponieważ jego uwagę
ponownie przykuła Elisa. Uśmiechając się uwodzicielsko, odsunęła
się kilka kroków od chłopaka i zaczęła powoli rozwiązywać
gorset sukni, zasznurowany na piersi. Louis stał jak sparaliżowany.
Nie wiedział, czy uciec, czy zostać, powiedzieć coś, kazać jej
ubrać się, oznajmić, że nie ma ochoty...
Bo nie miał,
prawda?
Ale... wtedy, w
Londynie, też nie miał, a mimo wszystko zrobił to. Dał się
namówić Joshowi. Pamiętał dywan w czerwone wzory, ciemnozielone,
pluszowe kanapy ze złoconymi okuciami, wino, które szumiało mu w
głowie... A potem korytarz i pokój z szerokim łóżkiem. I ją.
Dorothy,
przypomniał sobie. Miała na imię Dorothy.
Pamiętał, jak się
rozbierała, a potem rozpinała jego koszulę. Pamiętał jej
rudo-kasztanowe włosy, w które wczepiał palce... Wszystko trwało
tak krótko, że na pewno nie dał jej przyjemności, ale mimo to
uśmiechała się zadowolona.
„Odwiedź mnie
jeszcze”, mówiła, gdy ubierał się zawstydzony.
Tamtej listopadowej
nocy stał się mężczyzną. Nie czuł jednak z tego powodu żadnej
dumy, wręcz przeciwnie – starał się upchnąć to doświadczenie
gdzieś w głębi podświadomości i nigdy nie wracać do niego
myślami. Josh lubił się przechwalać, otwarcie opowiadał o swoich
licznych przygodach – płatnych i nie, natomiast Louis nigdy więcej
nie powtórzył swojego wypadu do domu uciech. Nawał obowiązków
był jedną kwestią, chęć dochowania wierności Eleanor (mimo, że
formalnie nie łączyły ich jeszcze zaręczyny), drugą, natomiast
trzecią i być może najważniejszą, brak chęci.
Louis w swoim
pragmatycznym podejściu do życia nie rozpamiętywał tego, co się
stało. Nauczył się o tym nie myśleć. Ale całe doświadczenie
pozostawiło w nim wspomnienie czegoś niewłaściwego, lepkiego,
brudnego... Na dodatek wypranego z emocji i prawdziwego
zaangażowania.
Dorothy naturalnie
już nie odwiedził.
Natomiast
wspomnienie tamtych chwil powróciło z całą siłą, gdy Elisa
rozbierała się przed nim. Była bardzo ładną i pociągającą
kobietą, obdarzoną szczupłą talią i pełnymi, jędrnymi
piersiami, a mimo to nie czuł ku niej żadnego pożądania.
Widząc
niezdecydowanie Louisa, dziewczyna podeszła do niego, lekko kołysząc
biodrami.
- Nie podobają się
panu widoki?
Louis przełknął
ślinę.
- Jesteś piękną
kobietą, ale...
- Chcę sprawić
panu przyjemność – szepnęła, przytulając się do Louisa i
owiewając jego szyję gorącym oddechem. Chłopak poczuł przez
koszulę miękkość i ciepło jej piersi. - Czy nie tego pan
oczekuje?
W zasadzie nic by
się nie stało, gdybym...
Ale nie pragnął
jej. Kleiła się do niego półnaga, młoda kobieta, a on nie czuł
w żyłach żadnego ognia. Nie czuł nawet prymitywnej fizycznej
potrzeby. Elisa chyba to zauważyła, bo zaczęła poruszać
biodrami, chcąc go podniecić. Syknął, a ona odebrała to jako
zachętę do dalszych działań, bo jej dłonie znalazły się szybko
w okolicach paska do spodni Louisa i zaczęły igrać z klamrą.
Louis przygryzł
wargę. Czuł się koszmarnie, wiedząc, że jego ciało nie reaguje
na jej zabiegi. A jeszcze koszmarniejsza była świadomość, że w
ogóle dopuścił do takiej sytuacji. W tym wszystkim było coś
sztucznego, płytkiego, toksycznego... Nagle ogarnęło go poczucie
wstrętu.
- Przepraszam, ale
nic z tego nie będzie. - Odsunął się, poprawiając koszulę i
zapięcie spodni. - Nie powinno mnie tutaj być.
- Możemy zacząć
powoli – uśmiechnęła się Elisa, źle odczytując jego słowa. -
Znam kilka przyjemnych sztuczek.
- Zatem wypróbuj je
na kimś innym. - Louisa zaczęła już irytować nachalność
dziewczyny. - Chętnych tu nie brakuje. Żegnaj.
Nie mówiąc już
nic więcej, wyszedł z pokoju, zostawiając za drzwiami
zdezorientowaną, półnagą Elisę. Cała ta sytuacja sprawiła, że
było mu niedobrze. Czuł wściekłość, że w ogóle przyjechał na
tą imprezę, że pił, że dał się obmacywać tej ladacznicy. Ten
wieczór od samego początku był jedną wielką pomyłką.
I gdzie, do cholery,
podział się Harry?!
Louis zbiegł po
schodach, zdeterminowany, by odnaleźć Stylesa, nawet gdyby miał
przetrząsnąć dom od piwnic po dach, przeszkadzając po drodze
kilku zajętym sobą parkom. Chciał zabrać Harry'ego (choćby
wywlec go nagiego z pościeli!) i wracać do Castamere. Dla niego
impreza była skończona.
W salonie na dole
zastał Simona Rothschilda, kiwającego się smętnie nad kolejną
porcją absyntu. Stół zasłany był rozbitym szkłem i rozlaną
whiskey, a Rothschild znajdował się już w znacznym oddaleniu do
rzeczywistości. Przyglądał się tępo zawartości kieliszka i
mamrotał coś do siebie, nie zwracając uwagi na kanapę, gdzie
Gilbert Grant kołysał na kolanach ciemnowłosą dziewczynę, chyba
Fanny albo Kathy. Kobieta chichotała, gdy Grant raz za razem
zanurzał twarz w jej rozchełstanym dekolcie.
- Nie widziałeś
Harry'ego? - Louis zagadnął Simona. Granta i jego rozrywki wolał
zostawić w spokoju.
Rothschild podniósł
nieprzytomny wzrok.
- Harry'ego...?
- Mojego kuzyna –
zniecierpliwił się Louis. - Wysoki, kręcone włosy... Cholera
jasna, przez godzinę siedzieliście razem nad tym zielonym gównem,
a teraz go nie kojarzysz?!
- Nie kojarzę... -
bąknął Simon, nic sobie nie robiąc z podniesionego głosu Louisa.
- Daj mu spokój –
odezwał się rozbawiony Gilbert Grant, chwilowo odrywając się od
piersi swojej towarzyszki. - Jest zajęty pieprzeniem się ze swojej
ukochaną zieloną wróżką.
Półprzytomny Simon
pokiwał tylko głową, za to siedząca Grantowi na kolanach
dziewczyna wybuchnęła śmiechem. Louis zazgrzytał zębami. Miał
dość całego tego burdelu!
- Niech was
wszystkich szlag – syknął.
Złapał swoją
marynarkę i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Była już głęboka
noc. Na ganku paliły się pomarańczowe lampiony, natomiast droga
dojazdowa i cała reszta otoczenia tonęła w mroku, nie licząc
bladego poblasku księżyca.
Louis odetchnął
głęboko chłodnym nocnym powietrzem, usiłując stłumić w sobie
wściekłość. Dobrze mu to zrobiło po godzinach przebywania w
dusznym pomieszczeniu, wypełnionym mieszaniną zapachów alkoholu,
papierosów, potu i perfum.
- Jeśli szukasz
Harry'ego, poszedł sobie.
Louis drgnął i
spojrzał w lewo, skąd dochodził głos.
Na jednym z
wiklinowych foteli, opierając stopy o balustradę, siedział Liam
Payne. Palił papierosa. Louis szybko uzmysłowił sobie, że od
dawna już nie wiedział przyjaciela Thomasa. W zasadzie od momentu,
gdy przyjechały „damy” Madame Rose.
- Twój kuzyn, Harry
– mówił Liam, wypuszczając z ust kolejną chmurkę dymu i nie
spoglądając na Louisa. - Poszedł jakieś dwadzieścia minut temu.
- Dokąd poszedł?
- Chyba do domu. W
każdym razie tak mówił, chociaż był pijany. Że wraca do domu.
- Do Castamere?
- A bo ja wiem, co
on uważa za dom? - Liam przewrócił oczami, uśmiechając się
nieco ironicznie. Wreszcie spojrzał na Louisa. - Tyle zdążyłem
usłyszeć.
- Co mu się stało?
- Louisowi zimny dreszcz przebiegł po plecach. - Przecież mieliśmy
wracać razem. Mieliśmy...
- Ale Harry
najwyraźniej zmienił zdanie – wpadł mu w słowo Liam. - Gdy
zniknąłeś w drugim salonie z Thomasem i tą jego lalą, Harry
zabrał się za opróżnianie kolejnych kieliszków. W szybkim raczej
tempie. Potem z nim rozmawiałem. A potem wybiegł i nie zdołałem
go zatrzymać.
- Jak to... jak to
wybiegł? - Louis nic z tego nie rozumiał. - Liam, do cholery
jasnej, co ty mu powiedziałeś?
- Nic
nadzwyczajnego. Tylko, że wiem, co czuje, bo to widać na kilometr,
i że ma się nie bać.
Louis stanął jak
wryty. Co ten Liam chrzanił, na litość boską? Spił się? Upalił
opium? Raczej nie, wyglądał na zupełnie przytomnego i świadomego
wypowiadanych słów.
- O czym ty mówisz?
- Jezu, Louis,
jesteście obaj takimi idiotami! - Payne wstał z fotela i podszedł
do Tomlinsona. - Ale Harry przynajmniej wie, kim się czuje i nie
odgrywa żałosnej komedii częściej niż musi. Ale ty... Powiedz
mi, zabawiłeś się dzisiaj z którąś z tych panienek? A w ogóle
kiedykolwiek? Wiem, wiem, masz piękną, słodziutką narzeczoną,
ale czy kiedyś robiłeś z nią coś więcej niż trzymanie za
rączkę na ukwieconej łące? Miałeś kiedykolwiek ochotę ją
przelecieć? Albo inną babę? Założę się, że odpowiedź na
wszystkie te pytania brzmi „nie”. A nawet jeśli kiedyś coś
przeżyłeś, to tylko dlatego, że jeszcze nie wiesz, kim jesteś i
co cię rajcuje.
- Co ty do cholery,
sugerujesz, co?! - Louis cały się trząsł. Ta monolog Liama był
pokręcony i nienormalny.
- Nie muszę nic
sugerować, bo mam oczy. Wystarczyło mi pół godziny obserwacji,
gdy weszliście obaj do salonu. Wasz wzrok... To, jak się pilnujecie
nawzajem. Jak czujecie się o siebie zazdrośni... Inni są ślepi,
ale ja jestem dobrym psychologiem i obserwatorem. I umiem dodać dwa
do dwóch.
- Bredzisz! -
wściekł się nie na żarty Louis, jednocześnie rozglądając się
wokół, czy przypadkiem nikt nie podsłuchuje. - Mnie i Harry'ego
nie łączy żaden... żadna tego typu relacja.
Starał się
opanować i zachować zimną krew, ale średnio mu wychodziło. Słowa
Liama sprawiały, że było mu na przemian gorąco i zimno, a na
plecach czuł spływający stróżkami pot.
- Tylko dlatego, że
ty jeszcze nie uświadomiłeś sobie, kim jesteś – nie ustępował
Liam. Jego głos stał się nagle bardziej miękki i pełen
wyrozumiałości. - Powiedziałem Harry'emu, by się nie bał i
zaryzykował, bo inaczej nigdy się nie przekona i zawsze będzie
żałował. A ty, Louis, otwórz oczy i nie bój się siebie. Ja was
nie zdradzę, nie obawiaj się. Zresztą nie będę tutaj długo.
- Łżesz! - syknął
Louis. - Wszystko, co mówisz, jest kłamstwem. Harry to mój kuzyn i
nic więcej. Zapamiętaj to sobie.
Zbiegł ze schodów,
zostawiając Liama samego na ganku. Cały się trząsł, idąc przez
trawnik w kierunku bramy. W głowie mu szumiało.
To, co przed chwilą
usłyszał, to nieprawda! On nigdy... I Harry nie...
- Nie bój się
siebie, Louis – usłyszał jeszcze, gdy znikał w ciemności.
______________________
Jeszcze tak gwoli
wyjaśnienia. Może trochę dziwny i niesmaczny wyda się Wam motyw
Louisa przeżywającego swój „pierwszy raz” z londyńską
prostytutką, ale w tamtych czasach było to zjawisko dość
powszechne. W XIX-wiecznej Anglii niby obowiązywały sztywne rygory
moralne (osławiona wiktoriańska moralność), a prostytucja kwitła
na gigantyczną skalę. I wielu zamożnych młodych mężczyzn
przeżywało swoją inicjację z kobietami lekkich obyczajów,
służącymi itp. A Louis mający „prawdziwy” romans nie pasował
z kolei do fabuły :P
Chyba pierwszy raz komentuję to opowiadanie, ale dobrze wiesz, że czytam. ^^
OdpowiedzUsuńCieszy mnie, że Liam uzmysłowił pewne rzeczy Louisowi. Napewno jego słowa dały mu do myślenia. Ciekawi mnie gdzie pobiegł Harry? Czy Lou znajdzie go w Castamere? A może spotka go gdzieś po drodze?
I jak teraz Harry i Louis będą się zachowywać wobec siebie? Będą się unikać? A może wprost przeciwnie, zaryzykują i dają się ponieść uczuciom?
Matko, jak zawsze mam masę pytań. Mam nadzieję, że znajdę na nie odpowiedź w kolejnej części. :)
Pisz, pisz, Kochana. Dużo weny i chęci! :*
Witam witam i o zdrowie pytam /starsza młodzież/ Oj kochana chciałoby sie żebyś częściej dodawała rozdziały a może tak zepniesz swój tyłeczek i sie postarasz. Po prostu tak świetnie się to czyta że nie mogę się doczekać dalszych części. Larry tak jeszcze nie całkiem w tym opowiadania, wszystko po woli i tak trzymaj. Lou taki nie pewny, nie rozumiejący co się dzieje i zagubiony ale to chyba normalne. W dzisiejszych czasch jest trudno przyznać sie do inności a co dopiero w tamtych. Ma chłopaczysko trudny orzech do zgryzienia, cięzkie czasy przed nim . ciężkie wybory i nie łatwa przyszłość. Ciekawa jestem ile mu to zajmie, ile czasu upłynie zanim zaakceptuje sam siebie, bo mysle że społeczeństwo będzie miał przeciwko sobie niestety. Świetlana przyszłośc przed nim u boku El. czy odważy się temu przeciwstawić....... ??? Podobaja mi się tacy zazdrośnicy jak są obaj, a Liam taki psycholog ho ho. Wiem że czasami może Ci być trudno pisać, ale wiec że na prawdę chętnie to czytam, i czekam wciąż na ciąg dalszy, ale prosze nic na siłę, wena będzie to pisz a nie to czekaj.... pozdrawiam
OdpowiedzUsuń