środa, 27 sierpnia 2014

Rozdział 6: Strach (cz. 2)

Aww, dziękuję Wam za komentarze, kochane :* To naprawdę dużo dla mnie znaczy. Miałam plan, by w sierpniu zamieścić dwa odcinki, ale niestety nie wyszło. Cóż, muszę chyba przyspieszyć tempo pisania tego opowiadania, jeśli chcę je skończyć przed dniem Sądu Ostatecznego :P
A zatem nie przeciągając, zapraszam na kolejny odcinek. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.


*    *    *


 
W miarę upływu czasu czasu – i alkoholu – impreza robiła się coraz głośniejsza.
- Panowie! – Thomas starał się przekrzyczeć towarzystwo. - Przypominam, żeby pozostać w miarę na chodzie, bo o jedenastej przyjadą damy!
- Ooo, damy! - zaśmiał się Gilbert Grant. - Mam nadzieję, że od Madame Rose?
- Na pewno – powiedział przysadzisty blondyn, bogaty Robin Marbrandt. - Przecież Thomas nie zamawia nic pośledniego.
- Damy? - Harry zagadnął po cichu Liama Payne'a. - O czym oni mówią?
- Domyśl się, Harry – skrzywił się ironicznie chłopak. - Raczej nie divy operowe ani fraucymer królowej Wiktorii.
Styles przełknął ślinę.
- To miała być męska impreza.
- Nie powinno ci to przeszkadzać – wciął się Louis. - Wszak w Londynie przez tydzień mieszkałeś w burdelu i nie narzekałeś.
Harry spojrzał na niego chłodno.
- To było...
Nie dokończył, gdyż w tym momencie Thomas ponownie skupił na sobie wzrok wszystkich obecnych.
- Uwaga, panowie! Ci oto moi koledzy – położył ręce na ramionach dwóch młodych mężczyzn – uczynili właśnie zakład. A mianowicie, czy Gilbert da radę wypić ćwiartkę oryginalnej, rosyjskiej wódki, stojąc na jednej nodze na stole. Za jednym zamachem! Robin twierdzi, że nie ma szans, Gilbert mówi, że podoła. Sprawdźmy! Gil, właź!
W ogólnym zamieszaniu i pośród dopingujących okrzyków syn bogatego lekarza wczołgał się na stół i ujął w dłoń butelkę.
- Jeśli spadnie, stanie na dwóch nogach albo oderwie butelkę od ust, przegrywa! - wyjaśnił zasady Thomas. - Zaczynamy!
Towarzystwo poczęło ryczeć „Gilbert! Gilbert!”, podczas gdy Grant stanął na prawej nodze i zaczął żłopać rosyjską wódkę. Zachwiał się już po kilku sekundach, ale zdołał odzyskać równowagę. Nadmiar trunku ciekł mu po brodzie i skapywał na koszulę (kamizelki i marynarki już dawno się pozbył).
- Gilbert! Gilbert! - dopingowała reszta. Tylko Harry, Louis i Liam przyglądali się z boku.
Grant, student medycyny, musiał mieć spore doświadczenie z chemikaliami i być dość odporny na ich działanie, ponieważ wlewał w siebie wódkę z werwą godną prawdziwego Rosjanina. I gdy już wydawało się, że wygra zakład, zakołysał się niebezpiecznie, przez moment balansował na jednej nodze, aż wreszcie zwalił się z łoskotem. Spadł ze stołu, strącając po drodze wszystko, co na nim stało i przewracając jednego z kolegów. Wszyscy ryknęli śmiechem. Na blacie i podłodze powstała wielka mieszanina rozlanego alkoholu, rozbitego szkła i niedopałków papierosów.
- Przyszłość angielskiego narodu – skomentował cierpko Liam, ale słyszeli go tylko Harry i Louis.
Tomlinson po raz kolejny zastanowił się głęboko, w jaki sposób on i Thomas mogą być przyjaciółmi. 

 
*


Thomas MacPherson miał gest, to trzeba było przyznać. Swoim przyjaciołom zapewnił nie tylko wybór alkoholi, papierosów i cygar, ale także dodatkowe atrakcje.
Dodatkowe atrakcje”, w liczbie pięciu, zajechały około godziny dwudziestej trzeciej ciemny, krytym powozem, prowadzonym przez eleganckiego mężczyznę. Nie były tandetne, wulgarnie umalowane ani wyuzdanie ubrane. Madame Rose dbała o reputację swojego lokalu.
- Masz piękny dom, Thomasie – odezwała się jedna z nich, rudowłosa, ubrana w wydekoltowaną, zieloną suknię z mocno zasznurowanym gorsetem. - I równie przystojnych gości. - Posłała zgromadzonym mężczyznom figlarny uśmiech.
- Felicity, moja droga. - Thomas przesadnym gestem ucałował jej dłonie. - Witaj w moich progach.
- Ha, nareszcie! Ty nie raz gościłeś w moich. - Kobieta puściła mu uwodzicielskie oczko.
Louis, który słyszał ich wymianę zdań, nie czuł się nadmiernie zdziwiony. Thomas zawsze lubił towarzystwo kobiet, uwielbiał błyszczeć w ich otoczeniu i popisywać się swoją wydziwianą elokwencją. Nawet gdy musiał za to płacić.
- Panowie, pozwólcie, że przedstawię swoje koleżanki. - Rudowłosa najwyraźniej pełniła rolę przewodniczki całej grupki. - Elisa, Fanny, Margaret i Kathy.
Oczy Harry'ego Stylesa spotkały się z zaciekawionym wzrokiem urodziwej Margaret i chłopak głośno przełknął ślinę, po czym sięgnął po kolejnego drinka i wypił go niemal jednym duszkiem.


*


Louis starał się unikać tych kobiet, odkąd tylko przyjechały. Rozmawiał, wypił nawet kolejną porcję absyntu w towarzystwie Thomasa i rudowłosej Felicity, ale nie miał ochoty na bliższą znajomość z nią, ani z żadną z jej towarzyszek. Czuł się skrępowany i onieśmielony, denerwowały go chichoty, szepty, zachęty i dotknięcia. Gdzieś pod skórą pałał mu gniew (może na Thomasa, że nie uprzedził go o wszystkich planowanych „atrakcjach” tego wieczoru) i nawet coś na kształt obrzydzenia. Najchętniej wróciłby do Castamere, ale jak na złość zniknął gdzieś Harry.
Louis niespokojnie starał się uzmysłowić sobie, czy od chwili, w której po raz ostatni zauważył kuzyna, widział też wszystkie „damy” Madame Rose. Myśl, że chłopak o kręconych włosach właśnie w tej chwili oddaje się grzesznym uciechom z którąś z tych ladacznic, była dla Louisa z jakiegoś powodu nie do zniesienia.
Tak naprawdę nigdy nie rozmawiał z Harrym o kobietach, a tym bardziej o intymnych aspektach jego życia. Styles wyjawił mu jedynie, że kiedyś był zakochany, ale ta osoba złamała mu serce. Obejrzany w tajemnicy pamiętnik i wypisane na jego okładce urywkowe sentencje też niewiele Louisowi powiedziały; potwierdzały jedynie wersję o nieszczęśliwej miłości. Tomlinson zastanawiał się, czy gdyby jeszcze raz znalazł się sam w sypialni Harry'ego, oparłby się pokusie, by przejrzeć zawartość notesu.
Ale wszystko to dało Louisowi wrażenie, że Harry – mimo młodego wieku – jest raczej osobą poszukującą stałego uczucia. Dlatego tak przykra wydawała mu się myśl, że kuzyn mógł skusić się na szybką przygodę z którąś z pięciu zamówionych przez Thomasa „atrakcji”. Z drugiej strony... Harry był młodym mężczyzną, na pewno miał swoje potrzeby, a tutaj recepta była mu podawana jak na tacy.
Nie!
Louis oparł się o ścianę, zaciskając mocno oczy, gdy wizja Harry'ego w objęciach jednej z tych kobiet stała się zbyt paląca. Nie powinien o tym myśleć! Nie może!
- Dobry wieczór. - Usłyszał dziewczęcy głos.
Drgnął i szybko uniósł powieki. W stłumionym świetle, w jakim skąpany był korytarz na piętrze, Louis dostrzegł jedną z przybyłych dziewcząt. Miała na sobie czerwono-czarną suknię, mocno już rozsznurowaną przy dekolcie, a w brązowe włosy wpięty kwiat orchidei. Uśmiechała się do niego zalotnie.
- Nie czuje się pan samotny? - Podeszła bliżej.
- Nieszczególnie – bąknął Louis. - Właśnie szukałem...
- Mnie? - zatrzepotała rzęsami. Mimo, iż trudniła się takim a nie innym procederem, w tej chwili na jej twarzy wypisana była cała niewinność tego świata.
- Swojego kuzyna – sprecyzował Louis. - Nie widziała go pani? Młody chłopak z kręconymi włosami...
- Niewątpliwie jest teraz zajęty – zachichotała, ale dla Louisa jej słowa były niczym zdzielenie z bicza. - A pan wygląda na bardzo samotnego.
- Myli się pani, panno...
- ...Eliso. I proszę mi mówić po imieniu.
Jej dłoń wylądował u podstawy szyi Louisa i zaczęła igrać kołnierzykiem jego koszuli. Ciemne oczy dziewczyny błyszczały w stłumionym świetle dwóch lampek elektrycznych, zamontowanych na ścianach.
- Chętnie umilę panu dzisiejszą noc. - Ciepły oddech połaskotał szyję Louisa.
- Eliso... ekhm, to nie jest dobry pomysł. Mam... narzeczoną... - To była pierwsza wymówka, jaka przyszła mu do głowy.
- Jak większość z tu obecnych – uśmiechnęła się dziewczyna. - Ale jedno nie przeszkadza drugiemu.
Louis nie był naiwny. Doskonale zdawał sobie sprawę, że znaczny odsetek angielskich mężczyzn – nieważne, czy wolnych, zaręczonych czy żonatych – odwiedza prostytutki. To była powszechna praktyka. Żony istniały po to, by rodzić dzieci i pilnować domowego ogniska, natomiast przyjemności i rozrywki szukało się gdzie indziej. Jednak Louis nie chciał być hipokrytą. Raz dał się namówić i...
Z parteru dał się słyszeć odgłos tłuczonego szkła i kobiecy śmiech, natomiast z któregoś z zamkniętych pokojów co jakiś czas dobiegały stłumione głosy i chichoty.
- Jest pan takim przystojnym mężczyzną. - Głos Elisy stawał się coraz bardziej uwodzicielski. - To grzech, by został pan sam dzisiejszej nocy.
Louis sam nie wiedział, w jaki sposób nagle znalazł się za drzwiami pokoju, przed którym jeszcze dosłownie kilkanaście sekund wcześniej oboje stali. Zaczynało mu się kręcić w głowie.
Za dużo alkoholu...
Na dodatek Elisa pachniała ciężkimi, orientalnymi perfumami, pudrem i jakimś dziwnym specyfikiem do włosów. Wszystko razem tworzyło mieszankę, od której czuł się niezbyt przytomny.
Dziewczyna zapaliła światło i pomieszczenie zalał mętny, żółty poblask. Pokoik musiał niegdyś należeć do którejś ze starszych sióstr Thomasa, zanim ta wyszła za mąż i wyprowadziła się, bowiem urządzony był raczej w damskim stylu.
Louis zdążył tylko rzucić pobieżne spojrzenie na wnętrze, ponieważ jego uwagę ponownie przykuła Elisa. Uśmiechając się uwodzicielsko, odsunęła się kilka kroków od chłopaka i zaczęła powoli rozwiązywać gorset sukni, zasznurowany na piersi. Louis stał jak sparaliżowany. Nie wiedział, czy uciec, czy zostać, powiedzieć coś, kazać jej ubrać się, oznajmić, że nie ma ochoty...
Bo nie miał, prawda?
Ale... wtedy, w Londynie, też nie miał, a mimo wszystko zrobił to. Dał się namówić Joshowi. Pamiętał dywan w czerwone wzory, ciemnozielone, pluszowe kanapy ze złoconymi okuciami, wino, które szumiało mu w głowie... A potem korytarz i pokój z szerokim łóżkiem. I ją.
Dorothy, przypomniał sobie. Miała na imię Dorothy.
Pamiętał, jak się rozbierała, a potem rozpinała jego koszulę. Pamiętał jej rudo-kasztanowe włosy, w które wczepiał palce... Wszystko trwało tak krótko, że na pewno nie dał jej przyjemności, ale mimo to uśmiechała się zadowolona.
Odwiedź mnie jeszcze”, mówiła, gdy ubierał się zawstydzony.
Tamtej listopadowej nocy stał się mężczyzną. Nie czuł jednak z tego powodu żadnej dumy, wręcz przeciwnie – starał się upchnąć to doświadczenie gdzieś w głębi podświadomości i nigdy nie wracać do niego myślami. Josh lubił się przechwalać, otwarcie opowiadał o swoich licznych przygodach – płatnych i nie, natomiast Louis nigdy więcej nie powtórzył swojego wypadu do domu uciech. Nawał obowiązków był jedną kwestią, chęć dochowania wierności Eleanor (mimo, że formalnie nie łączyły ich jeszcze zaręczyny), drugą, natomiast trzecią i być może najważniejszą, brak chęci.
Louis w swoim pragmatycznym podejściu do życia nie rozpamiętywał tego, co się stało. Nauczył się o tym nie myśleć. Ale całe doświadczenie pozostawiło w nim wspomnienie czegoś niewłaściwego, lepkiego, brudnego... Na dodatek wypranego z emocji i prawdziwego zaangażowania.
Dorothy naturalnie już nie odwiedził.
Natomiast wspomnienie tamtych chwil powróciło z całą siłą, gdy Elisa rozbierała się przed nim. Była bardzo ładną i pociągającą kobietą, obdarzoną szczupłą talią i pełnymi, jędrnymi piersiami, a mimo to nie czuł ku niej żadnego pożądania.
Widząc niezdecydowanie Louisa, dziewczyna podeszła do niego, lekko kołysząc biodrami.
- Nie podobają się panu widoki?
Louis przełknął ślinę.
- Jesteś piękną kobietą, ale...
- Chcę sprawić panu przyjemność – szepnęła, przytulając się do Louisa i owiewając jego szyję gorącym oddechem. Chłopak poczuł przez koszulę miękkość i ciepło jej piersi. - Czy nie tego pan oczekuje?
W zasadzie nic by się nie stało, gdybym...
Ale nie pragnął jej. Kleiła się do niego półnaga, młoda kobieta, a on nie czuł w żyłach żadnego ognia. Nie czuł nawet prymitywnej fizycznej potrzeby. Elisa chyba to zauważyła, bo zaczęła poruszać biodrami, chcąc go podniecić. Syknął, a ona odebrała to jako zachętę do dalszych działań, bo jej dłonie znalazły się szybko w okolicach paska do spodni Louisa i zaczęły igrać z klamrą.
Louis przygryzł wargę. Czuł się koszmarnie, wiedząc, że jego ciało nie reaguje na jej zabiegi. A jeszcze koszmarniejsza była świadomość, że w ogóle dopuścił do takiej sytuacji. W tym wszystkim było coś sztucznego, płytkiego, toksycznego... Nagle ogarnęło go poczucie wstrętu.
- Przepraszam, ale nic z tego nie będzie. - Odsunął się, poprawiając koszulę i zapięcie spodni. - Nie powinno mnie tutaj być.
- Możemy zacząć powoli – uśmiechnęła się Elisa, źle odczytując jego słowa. - Znam kilka przyjemnych sztuczek.
- Zatem wypróbuj je na kimś innym. - Louisa zaczęła już irytować nachalność dziewczyny. - Chętnych tu nie brakuje. Żegnaj.
Nie mówiąc już nic więcej, wyszedł z pokoju, zostawiając za drzwiami zdezorientowaną, półnagą Elisę. Cała ta sytuacja sprawiła, że było mu niedobrze. Czuł wściekłość, że w ogóle przyjechał na tą imprezę, że pił, że dał się obmacywać tej ladacznicy. Ten wieczór od samego początku był jedną wielką pomyłką.
I gdzie, do cholery, podział się Harry?!
Louis zbiegł po schodach, zdeterminowany, by odnaleźć Stylesa, nawet gdyby miał przetrząsnąć dom od piwnic po dach, przeszkadzając po drodze kilku zajętym sobą parkom. Chciał zabrać Harry'ego (choćby wywlec go nagiego z pościeli!) i wracać do Castamere. Dla niego impreza była skończona.
W salonie na dole zastał Simona Rothschilda, kiwającego się smętnie nad kolejną porcją absyntu. Stół zasłany był rozbitym szkłem i rozlaną whiskey, a Rothschild znajdował się już w znacznym oddaleniu do rzeczywistości. Przyglądał się tępo zawartości kieliszka i mamrotał coś do siebie, nie zwracając uwagi na kanapę, gdzie Gilbert Grant kołysał na kolanach ciemnowłosą dziewczynę, chyba Fanny albo Kathy. Kobieta chichotała, gdy Grant raz za razem zanurzał twarz w jej rozchełstanym dekolcie.
- Nie widziałeś Harry'ego? - Louis zagadnął Simona. Granta i jego rozrywki wolał zostawić w spokoju.
Rothschild podniósł nieprzytomny wzrok.
- Harry'ego...?
- Mojego kuzyna – zniecierpliwił się Louis. - Wysoki, kręcone włosy... Cholera jasna, przez godzinę siedzieliście razem nad tym zielonym gównem, a teraz go nie kojarzysz?!
- Nie kojarzę... - bąknął Simon, nic sobie nie robiąc z podniesionego głosu Louisa.
- Daj mu spokój – odezwał się rozbawiony Gilbert Grant, chwilowo odrywając się od piersi swojej towarzyszki. - Jest zajęty pieprzeniem się ze swojej ukochaną zieloną wróżką.
Półprzytomny Simon pokiwał tylko głową, za to siedząca Grantowi na kolanach dziewczyna wybuchnęła śmiechem. Louis zazgrzytał zębami. Miał dość całego tego burdelu!
- Niech was wszystkich szlag – syknął.
Złapał swoją marynarkę i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Była już głęboka noc. Na ganku paliły się pomarańczowe lampiony, natomiast droga dojazdowa i cała reszta otoczenia tonęła w mroku, nie licząc bladego poblasku księżyca.
Louis odetchnął głęboko chłodnym nocnym powietrzem, usiłując stłumić w sobie wściekłość. Dobrze mu to zrobiło po godzinach przebywania w dusznym pomieszczeniu, wypełnionym mieszaniną zapachów alkoholu, papierosów, potu i perfum.
- Jeśli szukasz Harry'ego, poszedł sobie.
Louis drgnął i spojrzał w lewo, skąd dochodził głos.
Na jednym z wiklinowych foteli, opierając stopy o balustradę, siedział Liam Payne. Palił papierosa. Louis szybko uzmysłowił sobie, że od dawna już nie wiedział przyjaciela Thomasa. W zasadzie od momentu, gdy przyjechały „damy” Madame Rose.
- Twój kuzyn, Harry – mówił Liam, wypuszczając z ust kolejną chmurkę dymu i nie spoglądając na Louisa. - Poszedł jakieś dwadzieścia minut temu.
- Dokąd poszedł?
- Chyba do domu. W każdym razie tak mówił, chociaż był pijany. Że wraca do domu.
- Do Castamere?
- A bo ja wiem, co on uważa za dom? - Liam przewrócił oczami, uśmiechając się nieco ironicznie. Wreszcie spojrzał na Louisa. - Tyle zdążyłem usłyszeć.
- Co mu się stało? - Louisowi zimny dreszcz przebiegł po plecach. - Przecież mieliśmy wracać razem. Mieliśmy...
- Ale Harry najwyraźniej zmienił zdanie – wpadł mu w słowo Liam. - Gdy zniknąłeś w drugim salonie z Thomasem i tą jego lalą, Harry zabrał się za opróżnianie kolejnych kieliszków. W szybkim raczej tempie. Potem z nim rozmawiałem. A potem wybiegł i nie zdołałem go zatrzymać.
- Jak to... jak to wybiegł? - Louis nic z tego nie rozumiał. - Liam, do cholery jasnej, co ty mu powiedziałeś?
- Nic nadzwyczajnego. Tylko, że wiem, co czuje, bo to widać na kilometr, i że ma się nie bać.
Louis stanął jak wryty. Co ten Liam chrzanił, na litość boską? Spił się? Upalił opium? Raczej nie, wyglądał na zupełnie przytomnego i świadomego wypowiadanych słów.
- O czym ty mówisz?
- Jezu, Louis, jesteście obaj takimi idiotami! - Payne wstał z fotela i podszedł do Tomlinsona. - Ale Harry przynajmniej wie, kim się czuje i nie odgrywa żałosnej komedii częściej niż musi. Ale ty... Powiedz mi, zabawiłeś się dzisiaj z którąś z tych panienek? A w ogóle kiedykolwiek? Wiem, wiem, masz piękną, słodziutką narzeczoną, ale czy kiedyś robiłeś z nią coś więcej niż trzymanie za rączkę na ukwieconej łące? Miałeś kiedykolwiek ochotę ją przelecieć? Albo inną babę? Założę się, że odpowiedź na wszystkie te pytania brzmi „nie”. A nawet jeśli kiedyś coś przeżyłeś, to tylko dlatego, że jeszcze nie wiesz, kim jesteś i co cię rajcuje.
- Co ty do cholery, sugerujesz, co?! - Louis cały się trząsł. Ta monolog Liama był pokręcony i nienormalny.
- Nie muszę nic sugerować, bo mam oczy. Wystarczyło mi pół godziny obserwacji, gdy weszliście obaj do salonu. Wasz wzrok... To, jak się pilnujecie nawzajem. Jak czujecie się o siebie zazdrośni... Inni są ślepi, ale ja jestem dobrym psychologiem i obserwatorem. I umiem dodać dwa do dwóch.
- Bredzisz! - wściekł się nie na żarty Louis, jednocześnie rozglądając się wokół, czy przypadkiem nikt nie podsłuchuje. - Mnie i Harry'ego nie łączy żaden... żadna tego typu relacja.
Starał się opanować i zachować zimną krew, ale średnio mu wychodziło. Słowa Liama sprawiały, że było mu na przemian gorąco i zimno, a na plecach czuł spływający stróżkami pot.
- Tylko dlatego, że ty jeszcze nie uświadomiłeś sobie, kim jesteś – nie ustępował Liam. Jego głos stał się nagle bardziej miękki i pełen wyrozumiałości. - Powiedziałem Harry'emu, by się nie bał i zaryzykował, bo inaczej nigdy się nie przekona i zawsze będzie żałował. A ty, Louis, otwórz oczy i nie bój się siebie. Ja was nie zdradzę, nie obawiaj się. Zresztą nie będę tutaj długo.
- Łżesz! - syknął Louis. - Wszystko, co mówisz, jest kłamstwem. Harry to mój kuzyn i nic więcej. Zapamiętaj to sobie.
Zbiegł ze schodów, zostawiając Liama samego na ganku. Cały się trząsł, idąc przez trawnik w kierunku bramy. W głowie mu szumiało.
To, co przed chwilą usłyszał, to nieprawda! On nigdy... I Harry nie...
- Nie bój się siebie, Louis – usłyszał jeszcze, gdy znikał w ciemności.

______________________

 
Jeszcze tak gwoli wyjaśnienia. Może trochę dziwny i niesmaczny wyda się Wam motyw Louisa przeżywającego swój „pierwszy raz” z londyńską prostytutką, ale w tamtych czasach było to zjawisko dość powszechne. W XIX-wiecznej Anglii niby obowiązywały sztywne rygory moralne (osławiona wiktoriańska moralność), a prostytucja kwitła na gigantyczną skalę. I wielu zamożnych młodych mężczyzn przeżywało swoją inicjację z kobietami lekkich obyczajów, służącymi itp. A Louis mający „prawdziwy” romans nie pasował z kolei do fabuły :P

2 komentarze:

  1. Chyba pierwszy raz komentuję to opowiadanie, ale dobrze wiesz, że czytam. ^^
    Cieszy mnie, że Liam uzmysłowił pewne rzeczy Louisowi. Napewno jego słowa dały mu do myślenia. Ciekawi mnie gdzie pobiegł Harry? Czy Lou znajdzie go w Castamere? A może spotka go gdzieś po drodze?
    I jak teraz Harry i Louis będą się zachowywać wobec siebie? Będą się unikać? A może wprost przeciwnie, zaryzykują i dają się ponieść uczuciom?
    Matko, jak zawsze mam masę pytań. Mam nadzieję, że znajdę na nie odpowiedź w kolejnej części. :)
    Pisz, pisz, Kochana. Dużo weny i chęci! :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam witam i o zdrowie pytam /starsza młodzież/ Oj kochana chciałoby sie żebyś częściej dodawała rozdziały a może tak zepniesz swój tyłeczek i sie postarasz. Po prostu tak świetnie się to czyta że nie mogę się doczekać dalszych części. Larry tak jeszcze nie całkiem w tym opowiadania, wszystko po woli i tak trzymaj. Lou taki nie pewny, nie rozumiejący co się dzieje i zagubiony ale to chyba normalne. W dzisiejszych czasch jest trudno przyznać sie do inności a co dopiero w tamtych. Ma chłopaczysko trudny orzech do zgryzienia, cięzkie czasy przed nim . ciężkie wybory i nie łatwa przyszłość. Ciekawa jestem ile mu to zajmie, ile czasu upłynie zanim zaakceptuje sam siebie, bo mysle że społeczeństwo będzie miał przeciwko sobie niestety. Świetlana przyszłośc przed nim u boku El. czy odważy się temu przeciwstawić....... ??? Podobaja mi się tacy zazdrośnicy jak są obaj, a Liam taki psycholog ho ho. Wiem że czasami może Ci być trudno pisać, ale wiec że na prawdę chętnie to czytam, i czekam wciąż na ciąg dalszy, ale prosze nic na siłę, wena będzie to pisz a nie to czekaj.... pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń