wtorek, 29 lipca 2014

Rozdział 6: Strach (cz. 1)

 
Dzisiaj będzie bez zbędnych wstępów, bo jestem trochę zmęczona. Dzięki, że jesteście i czytacie. Dzięki Wam mam poczucie, że nie piszę tego zupełnie dla siebie, bo już dawno straciłabym ochotę.
Mam wrażenie, że ten rozdział nie wychodzi mi tak, jak sobie pierwotnie zaplanowałam, a szkoda, bo gdy wymyślałam poszczególne sceny, impreza u Thomasa była jedną z moich ulubionych. Eh, zapomniałam sporo szczegółów, niestety :/ No nic, i tak najważniejsza w kontekście całości będzie jej końcówka, ale o tym na razie cicho sza. 
Rozmowa Louisa z Harrym w drodze wydaje się trochę od czapy, ale musiałam ją gdzieś wcisnąć. To będzie ważne później. Pierwotnie te informacje miał być włączone gdzieś wcześniej, jednak tekst nie poukładał się tak, jak bym chciała :P
Okej, już nie truję.  
Pozdrawiam Was serdecznie :*

Rozdział 6

STRACH

*    *    *


Louis miał nadzieję, że wieczór spędzony w towarzystwie znajomych będzie dla niego miłą odskocznią. Żadnych sztywnych reguł, zapiętych pod samą szyję kołnierzyków i oceniających spojrzeń „towarzystwa”. Wyłącznie męskie grono, niemal wszyscy w wieku zbliżonym do niego samego. Zapewne poleje się sporo alkoholu, a niektórzy wyjdą z uszczuplonymi portfelami, mając tego wieczora pecha w kartach.
Młody Tomlinson żałował, że w okolicy nie mieszka już Martin Wilson. Ale niestety dwudziestoczterolatek, jeden z najlepszych znajomych Louisa, wdał się charakterem w swego ojca utracjusza i we dwójkę przepuścili rodzinny majątek. Willa poszła pod młotek, a tego, co zostało po spłaceniu długów, ledwo wystarczyło na zakup mieszkania w kamienicy w Birmingham. Martin wyjechał na dobre, a Louis stracił jednego ze swych najlepszych znajomych.
Za to przepustkę wojskową dostał inny dobry kolega Louisa, Thomas MacPherson, który, mimo iż kariera w armii była jego własnym wyborem, postanowił najwyraźniej odreagować wojskowy dryl organizując imprezę dla przyjaciół.
Ale jeśli Louis sądził, że tego wieczoru odpocznie od wszystkich swoich niespokojnych myśli, pomylił się z kretesem. Okazało się bowiem, że Thomas dwa dni wcześniej poznał w barze w Oadby nikogo innego jak Harry'ego Stylesa, zaznajomili się i MacPherson zaprosił młodego Amerykanina na swoje przyjęcie. Louis, gdy się o tym dowiedział, przeklinał fatalny zbieg okoliczności, ale przecież nie mógł oświadczyć, że wolałby bawić się bez Harry'ego. Zatem ciepłego lipcowego wieczoru obaj jechali samochodem Louisa po domu MacPhersonów, położonego około trzech mil drogi od Castamere.
- Zapowiada się ostra impreza, czy raczej będziemy siedzieć ze szklaneczkami whiskey w dłoniach i rozmawiać o tenisie? - zapytał Harry, ze swoim charakterystycznym szelmowskim uśmiechem na ustach.
- Zależy, co dla ciebie oznacza termin „ostra impreza”? - Louis nie patrzył na niego, skoncentrowany na drodze, która w tym miejscu była wyjątkowo wyboista. - Thomas jest rozrywkowy, ale nie tak jak Martin Wilson. On miał już zakaz wstępu do połowy lokalów w Leicester i okolicach. Pomijając już to, że w większości narobił długów.
Harry parsknął śmiechem.
- Ja nie jestem szczególnie imprezowy – powiedział po chwili. - Chociaż w Londynie, w Horan's House...
- Horan's House? - wpadł mu w słowo Louis. - A cóż to takiego?
- Zanim przyjechałem do Castamere – Harry rozłożył się wygodnie na siedzeniu – zatrzymałem się przez kilka dni w Londynie. Chciałem zwiedzić miasto. Mój fundusz niby pozwalał na wynajęcie pokoju w hotelu, ale przypadkiem poznałem na dworcu bardzo sympatycznego chłopaka, Irlandczyka o imieniu Niall. Jego matka, Maura Horan, prowadzi na Tolletstreet lokal pod nazwą Horan's House. Oficjalnie jest to bar z alkoholem i muzyką, ale oferuje też pewne dodatkowe atrakcje, jeśli wiesz, co mam na myśli...
Louis kiwnął głową. Nietrudno było się domyślić. Funkcjonowanie domów publicznych było w Londynie i innych wielkich miastach czymś absolutnie normalnym, a prostytucja pleniła się na ogromną skalę, pomimo oficjalnie obowiązujących sztywnych norm moralnych. Wiele lokali – od tych najbardziej wykwintnych po tanie speluny nad brzegami Tamizy – zapewniało męskiej klienteli tego typu atrakcje.
- ...I Niall powiedział, że jego matka na pewno chętnie wynajmie mi pokój, bo po co marnować pieniądze na hotele.
- Mieszkałeś... w burdelu? - Louis wytrzeszczył oczy.
- Oj tam od razu w burdelu! - prychnął Harry. - Maura miała pięć dziewczyn, ale więcej zysków czerpała z baru niż ich usług. Tam były imprezy, mówię ci! Piwo lało się strumieniami. Czasem wieczorami przygrywałem gościom na pianinie, nic ambitnego naturalnie, takie tam głupawe piosenki do tańca, ale było wesoło. A sam Niall to kapitalny człowiek! Aż żałowałem, że muszę przyjeżdżać tutaj. Obiecałem, że jak jeszcze kiedyś będę w Londynie, to na pewno ich odwiedzę.
- Wyrwałeś się z domu i od razu zaszalałeś – uśmiechnął się Louis.
- Po prostu trafiłem na świetnych ludzi. A Maura była zadowolona, bo, nie pochlebiając sobie, gram na pianinie lepiej niż człowiek, którego zwykle tam zatrudniają. Polubiłem ją, Nialla, dziewczyny...
Palce Louisa niemal bezwiednie zacisnęły się mocniej na kierownicy. Myśl o Harrym zawiązującym bliższą znajomość z jakimiś londyńskimi panienkami do towarzystwa sprawiała, że coś nieprzyjemnie paliło go we wnętrzu. To była okropna perspektywa.
- Myślę, że nieźle się bawiłeś – mruknął.
- Nie w tym sensie, o jakim zapewne w tym momencie myślisz. - Harry posłał mu psotne, a jednocześnie uważne spojrzenie. - Nie byłem zainteresowany, jeśli można to tak nazwać.
Louis nie zdążył już powiedzieć nic więcej, bowiem za zakrętem ukazał się właśnie dom MacPhersonów. Mniejszy i skromniejszy niż Castamere, ale za to z imponującym podjazdem wysypanym drobnymi, białymi kamyczkami. Na trawniku przed gankiem wygrzewały się dwa zadbane charty, które obrzuciły samochód Louisa czujnym spojrzeniem. Na werandzie zapalono pomarańczowe lampiony, mimo iż słońce jeszcze nie zniknęło zupełnie za linią horyzontu.
- Nie przepadam za psami – mruknął Harry, wysiadając z auta i nieufnie spoglądając na charty. - Nigdy nie wiadomo, co zrobią i komu wytargają dupę.
Louis nie odpowiedział, ponieważ drzwi domostwa właśnie się otworzyły i stanął w nich młody mężczyzna, mniej więcej w wieku Louisa. Ubrany z umiarkowaną elegancją, pod szyją miał fantazyjnie zawiązaną bordową chustkę.
- I zajechała wielka nadzieja londyńskiej palestry, mecenas Louis William Tomlinson! - oznajmił tonem, jakby przedstawiał światu nowego papieża. - Zadał należnego szyku w swym automobilu, by zawstydzić prostaczków, którzy nadal zmuszeni są wlec się na starych chabetach!
Louis przewrócił oczami. Thomas nic a nic się nie zmienił przez ostatnie pół roku. Zawsze był głośny i lubił zwracać na siebie uwagę, również za pomocą wydumanych tekstów. Ale w jego zachowaniu i słowach nie było złośliwości, miał po prostu taki otwarty sposób bycia.
- Lepszego anonsu nie mógłbym sobie życzyć – zaśmiał się Louis. Podszedł do przyjaciela i objął go na powitanie. - Dobrze cię widzieć.
- Mi ciebie też. Boże, już myślałem, że się nie wyrwę z pułku! Stęskniłem się za naszą starą, poczciwą prowincją. Harry, witaj!
Thomas i Harry uścisnęli sobie dłonie.
- Dzięki za zaproszenie.
- Nie ma sprawy. Mało tu równie ciekawych osobistości.
Louis nieco zmarszczył brwi. Skoro Thomas mówi o Harrym jako o ciekawej osobistości, znaczy, że musiał go nieźle poznać. Ale Harry nigdy nie wspominał o ich spotkaniu – bądź spotkaniach – w Oadby. Fakt faktem, ostatnio nie spędzali już ze sobą tyle czasu, jak w pierwszych dniach po powrocie Louisa do Castamere, jednak Tomlinsonowi wydało się nieco dziwne, dlaczego kuzyn nigdy ani słowem nie zająknął się o nowej znajomości nawiązanej w Anglii. Z drugiej strony, może nie powinien być zdziwiony? Wszak parę minut temu dowiedział się, że Harry przed przybyciem do Castamere pomieszkiwał przez kilka dni w londyńskim burdelu.
- Panowie, zapraszam na salony. - Thomas otworzył przed Harrym i Louisem drzwi zamaszystym gestem. - Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić. Nie dopuszczę, by było inaczej, ha!
Harry, wkraczając do hallu miał dziwne wrażenie, że wchodzi do paszczy lwa.


*


Towarzystwo liczyło w sumie dziewięciu młodych mężczyzn. Louis mniej lub bardziej znał wszystkich poza jednym. Okazało się, że to kolega Thomasa z armii, którego MacPherson zaprosił do siebie na wakacje.
- Liam Payne. - Thomas przedstawił nieznajomego. - Człowiek tak porządny, jak to tylko możliwe. Głos rozsądku, który pilnuje, żebym nie pakował się w tarapaty.
- Czasem mam wrażenie, że to syzyfowa praca – zaśmiał się Liam, jednocześnie ściskając dłoń Louisa.
- Louis Tomlinson.
- Harry Styles.
- Nie pochodzisz z Anglii, prawda?
- Nie, przyjechałem z Bostonu. Thomas ci mówił?
- Poznałem po akcencie.
Liam był zupełnym przeciwieństwem ekspansywnego, głośnego Thomasa. Sympatyczny szatyn o ciepłych, brązowych oczach imponował rozwagą, spokojem i cennymi spostrzeżeniami. Jednocześnie nie był w najmniejszym nawet stopniu zarozumiały. Louis od razu poczuł do niego sympatię, nawet jeśli po pewnym czasie zaczęło mu się wydawać, że chłopak nieco zbyt czujnie przygląda się jemu i Harry'emu. Zastanawiał się, co też jest tego powodem.
Liam był też jedynym poza Louisem i Harrym, który mało pił. Pozostali bowiem nie szczędzili sobie osuszania kolejnych butelek, a tempo, w jakim to robili, groziło, że do rana słynna na całą okolicę piwniczka Stevena MacPhersona, ojca Thomasa, zostanie pusta.
- Lou, a ty jak zwykle trzymasz szyk. - Mocno już podchmielony Thomas uwiesił się na szyi Louisa. - Nie bój się, wujek cię tu nie zobaczy i nie wyrzuci z kancelarii.
Louis przewrócił oczami.
- Panowie, whiskey dla mojego przyjaciela! - zakrzyknął mężczyzna. - I nie obawiajcie się. Jak kiedyś narobicie głupot po pijaku, on was wybroni przed sądem!
Louisowi nie chciało się tłumaczy, że zostanie notariuszem, nie adwokatem. Thomas był zdecydowanie zbyt pijany, by pojąć tego typu niuanse.
- Harry, ty też strzel sobie kolejeczkę!
Harry uśmiechnął się półgębkiem i wziął szklankę z brązowym płynem, ale ledwie umoczył usta. Widać było, że bardzo się kontroluje.
- Wy wszyscy w tych Stanach tacy powściągliwi? - zaśmiał się młody brunet, którego Thomas przedstawił jako Gilberta Granta. - Jak wam się udało podbić cały kontynent przy takim braku polotu?
- Harry ma wystarczająco dużo wyobraźni, zaręczam – odezwał się Louis.
- A w jaki sposób ci to udowodnił? - zakpił Gilbert i całe podchmielone towarzystwo wybuchnęło śmiechem.
Harry nic nie odpowiedział, tylko odstawił szklankę i wyszedł, odprowadzany zaciekawionym wzrokiem Liama Payne'a.
W drugiem, mniejszym saloniku zastał dwóch innych młodych mężczyzn, pochylonych nad okrągłym stoliczkiem. Jak dobrze pamiętał, jednym z nich był Hugh Oldwood Jr., bogaty dziedzic sieci kopalń srebra, a drugim Simon Rothschild, jakaś dziesiąta woda po kisielu tych Rothschildów, który jednak wyssał z mlekiem przodków talent do „robienia pieniędzy”. Jednak patrząc na nich w tym momencie, można by raczej uznać, że to dwóch przedstawicieli paryskiej bohemy, których nic a nic nie obchodzą kopalnie, banki, rodzina i tym podobne sprawy. Panowie zajęci byli w najlepsze piciem absyntu i przyrządzaniem kolejnych jego porcji.
- Nie przeszkadzam?
- Harry... - Hugh Oldwood podniósł niezbyt przytomny wzrok. - Skosztujesz?
- Zielona wróżka – zachichotał jego towarzysz. - Można zobaczyć po niej cuda.
Harry podszedł do stoliczka.
- Piłeś kiedyś? - zapytał Hugh.
- Raz, w Londynie – odparł. Nie kłamał. Niall wyznał mu kiedyś, że nigdy nie pił absyntu, a od dawna chciał skosztować. Harry zabrał go zatem do lokalu, gdzie serwowano ów trunek i postawił kolejkę. Jeżeli jednak Niall spodziewał się oszałamiających halucynacji i wizji, srogo się zawiódł. Zwyczajnie się uchlał, a następnego dnia cierpiał na potężnego kaca, za co dodatkowo zebrał burę od matki.
Harry przysiadł się do Oldwooda i Rothschilda. W sumie co mu zależy? Za whiskey nigdy nie przepadał, a tego wieczoru raczej nie dało się przeżyć na trzeźwo.
- Wpadnie w objęcia zielonej wróżki – zachichotał ponownie Simon. - Och, jej pocałunki są takie słodkie...
- Daj, ja to zrobię – powiedział Harry, widząc, że jego nowy znajomy nie jest w stanie przyrządzić trunku, nie rozlewając wszystkiego. Nalał do kieliszka odpowiednią ilość zielonego alkoholu, po czym na ażurowej łyżeczce umieścił kostkę cukru, stopniowo polewając ją wodą, tak, by roztwór ściekał do kieliszka.
- Zna się na robocie – rozpromienił się Hugh, bardziej trzeźwy z tej dwójki. - Brawo, chłopcze! Byłeś kiedyś w Paryżu?
- Dopiero się wybieram.
- Nie mówiłeś mi o tym. - Od drzwi dobiegł znajomy głos. Harry tylko nieznacznie drgnął.
Louis.
- Ty też mi o wielu rzeczach nie mówisz – odparł. Zamieszał łyżeczką w kieliszku, jako że cukier cały się już stopił. Gotowy trunek przybrał jasnozielony kolor o mętnej konsystencji. - Dlaczego ja miałbym nie posiadać tajemnic?
Louis zmarszczył brwi. Te zmiany nastrojów Harry'ego... W jednej chwili potrafił być wesoły i gadatliwy, a już parę minut później stawał się oschły albo milczał uparcie. I ciężko było uchwycić przyczynę tych zmian.
- Zielonej wróżce możesz powierzyć wszystkie tajemnice – wciął się rozłożony na kanapie Simon. - Ona zawsze cię wysłucha...
- Nie powinieneś tyle tego pić. - Louis podszedł bliżej, chwilowo ignorując Harry'ego. - Absynt miesza ludziom w głowach.
Ojciec Louisa był zajadłym wrogiem tego trunku. Absynt kojarzył mu się ze wszystkim co najgorsze – francuską bohemą artystyczną, upadkiem moralnym, ulicznymi awanturami, brakiem poszanowania dla tradycji. Dla typowego angielskiego konserwatysty, jakim był George Tomlinson, alkohol ów był nie do przyjęcia. Louis był bardziej liberalny, ale też do pewnych wynalazków podchodził z dystansem.
- Daj spokój, Louis. - Harry zabrał się za przygotowywanie kolejnej porcji. - Nie naskarżę na ciebie w domu.
- Dokładnie – dodał rozbawiony Hugh. - Co dzieje się u Thomasa, zostaje u Thomasa. Twój ojciec się nie dowie. Słodka narzeczona również.
Harry pociągnął szybki łyk ze swojego kieliszka.
- Wypij. - Podał Louisowi drugi. - Na tę jedną noc zapomnij o wszystkim.
Louis przyjął poczęstunek, spoglądając na Harry'ego dziwnie. W przytłumionym świetle oczy chłopaka były bardziej zielone niż absynt.

4 komentarze:

  1. No i doczekalam sie :D powiem Ci, ze jest to jedno z niewielu opowiadan na ktore naprawde warto czekac. Piszesz naprawde wspaniale, a historia jaka sobie wymyslilas, to cudo ;D Lubie, gdy glowni bohaterowie docieraja do siebie powoli i glownie wypieraja sie tego co zaczyna ich laczyc. Louis jest takim porzadnym i poukladanym chlopakiem i tu nagle buntownik Harry. Louis tocze wewnetrzna bitwe miedzy tym co czuje, a powinien czuc. Jestem po prostu zakochana. Bardzo dziekuje za informacje o rozdziale ;D i duzo weny zycze.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham Twoje opowiadanie!!!Trafiłam tu dopiero jakiś tydzień temu ale lepiej późno niż wcale:P Masz wielki talent,czytałam wiele fanficów ale ten zdecydowanie jest jednym z moich ulubionych.Czekam z niecierpliwością na kolejne części i pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej /starsza młodzież/ no nareszcie doczekałam się , często tu zaglądałam oczywiście od ostatniego rozdziału, bo przedtem zawaliłam. Cieszę się że nadal to piszesz bo byłam już pełna obaw. że przestałaś tok długo nic , no ale jest i to jest fajne. Dalej jestem zakochana w tym opowiadaniu nic sie nie zmnienił. Harry taki tajemniczy a Lou oj LOu wpadłeś i już , bez dwóch zdań. Fajnie też że akcja rozkręca się po woli jak to już wyzej napisano a nie hop i już miłośc i lóżko. Caluję i czekam z niecierpliwością na nastepny,

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej kochanie!
    Przepraszam, przepraszam, przepraszam! Wakacje pochłonęły mnie całkowicie dlatego nie komentowałam. Rozdział cudowny, naprawdę. Cieszę się, że akcja toczy się tak powoli. No nic, czekam na następny. Do następnego!
    Ilysm.
    /ellsx

    OdpowiedzUsuń