poniedziałek, 4 listopada 2013

Rozdział 1: Zielone jeziora (cz. 3)

Trasa TMH dobiegła końca. Żałuję, że nie poznałam One Direction wcześniej, bo pewnie bym się wybrała na któryś z koncertów. Niby wiosną rusza WWA Tour, ale ceny biletów na te stadiony są lekko zabójcze, przynajmniej jak na polską kieszeń (zwłaszcza, że trzeba doliczyć przesyłkę). Poza tym, cóż, jechać samotnie trochę smętnie. Ale kusi, kusi, nie powiem... ;)

Z tego co obserwuję, niektórzy fani 1D ciągle wierzą, że będzie koncert w Polsce. Według mnie nie ma na to szans z przyczyn obiektywnych.
1D to gigantyczna machina, a organizacja trasy po stadionach jest ogromnym przedsięwzięciem. Na pewno ich management sto razy sprawdza, gdzie opłaca się zrobić koncert, tak, by się sprzedał. Biorą pod uwagę wyniki sprzedaży płyt, frekwencję na filmie, sprzedaż gadżetów, ogólne zainteresowanie wykonawcą, stopień promocji w mediach, to, czy wytwórnia wydająca płyty zespołu w danym kraju stara się o koncert, czy ludzie w tym kraju w ogóle chodzą na koncerty jakiekolwiek, jak drogie mogą być bilety by się sprzedały, a zarazem zespół skosił kasę, itd. itp. Wszystko musi być sprawdzone z dziesiątek perspektyw, żeby nie było straty. Do tego dochodzi kwestia dostępności stadionu w pasującym terminie, współpraca z władzami miasta, w którym ma się odbyć koncert i pewnie wiele innych czynników. Dużo łatwiej jest dodać kolejny koncert w mieście, które już jest na liście, bo odpadają problemy i koszty logistyczne (transport sceny, nagłośnienia, ekipy, samego zespołu; zapewnienie bezpieczeństwa). Fanowskie chciejstwo na twitterze ma dużo mniejsze znaczenie (choć totalnie bez sensu nie jest, bo pokazuje zainteresowanie zespołem). Wg mnie zainteresowanie 1D w Polsce  jest za małe (zwłaszcza w mediach), by ich management zdecydował się na koncert na stadionie. Poza tym bilety nie mogłyby być masakrycznie drogie, nie w Polsce. Gdyby trasa grana była w halach, wtedy co innego; myślę, że koncert w Pl by się odbył. A tak, raczej marzenia ściętej głowy.

Ale okej, dość tej filozofii, zajmijmy się Larrym ;)

For Angels To Fly - kolejne z moich ulubionych opowiadań. Bardzo dobrze wykreowane postacie, świetne dialogi (zwłaszcza Louis z Zaynem!) i całkiem niezgorsza dawka seksu ;), który jednak nie przyćmiewa fabuły.

I kolejny odcinek "Deszczy". Przyznam, że ciężko mi się pisało scenę pierwszego spotkania Harry'ego i Louisa. Chciałam jednocześnie oddać wyjątkowość tej chwili, a zarazem nie popadać w niepotrzebne uniesienia i banał zwany miłością od pierwszego wejrzenia. Zwłaszcza, że planuję dla nich zupełnie inny scenariusz. Mam nadzieję, że wyszło dobrze. Jeśli ktoś tu zajrzy, życzę miłego czytania:)

_____________________ 


  * * *

Elegancka kolacja, jaką Mary Tomlinson chciała powitać w domu swego jedynego syna, musiała rozpocząć się bez Harry’ego. Chłopak nie dawał znaku życia, odkąd wyszedł przed południem. O wpół do szóstej coraz bardziej poirytowana pani domu wysłała nawet Boba, by objechał okolicę i sprowadził młodego gościa do Castamere. Na próżno. Styles przepadł jak kamień w wodę, nie widziała go też żadna z osób, które Bob napotkał po drodze i w pobliskiej wsi. W końcu Tomlinsonowie dali sobie spokój z czekaniem i poszukiwaniami niesfornego chłopaka.
Zarówno pan, jak i pani Tomlinson nie kryli irytacji. Harry wiedział, że tego dnia wraca ich syn i że wieczorem planowany jest uroczysty obiad, by uczcić pomyślne zdanie przez Louisa egzaminów i promocję na trzeci rok studiów. Zależało im, by wszyscy uczestniczyli w tym wydarzeniu. Tymczasem Harry śmiał po prostu zniknąć. Dla przykładających sporą wagę do etykiety Tomlinsonów był to policzek. Poza tym nigdy nie opuszczał domu na tak długo i zaczynali się niepokoić. Podczas pobytu w Castamere Harry znajdował się niejako pod ich opieką i gdyby stało mu się coś złego, czuliby się z tym koszmarnie, mimo że chłopak formalnie był dorosły.
Louis sam nie wiedział, co myśleć o całej tej sprawie. Starał się uspokajać rodziców, tłumacząc, że Harry może zwyczajnie stracił poczucie czasu albo zgubił się, nie znając okolicy, ale na pewno wróci przed nocą. Mimo to dręczyło go nieprzyjemne uczucie. Czy chłopak nie pojawił się celowo? Miał jakiś powód, by nie lubić syna swych gospodarzy? Przecież nigdy się nie spotkali, nawet nie wiedzieli o swoim istnieniu, zatem dlaczego Harry miałby specjalnie go lekceważyć i poniżać? A może był na tyle bezczelny, że traktował dom Tomlinsonów jak hotel, w którym pojawiał się i z którego znikał, kiedy zapragnął, nie przejmując się zasadami ustalonymi przez właścicieli? Nie, Louis nie chciał go osądzać, zanim nie pozna prawdy. Ale czuł się niemiło.   
Gdy Harry nie wrócił do dziewiętnastej, ojciec Louisa uznał, że nie ma co dłużej czekać. Niemal cały dzień spędził omawiając interesy ze swoim wspólnikiem (a u Lloydów lunche były zwykle skąpe), był zmęczony, głodny i chciał wreszcie zjeść obfity posiłek. Kazał służbie podawać do stołu.
Louis zapomniał już, co to znaczy jedzenie w Castamere. W Londynie stołował się raczej szybko i nieregularnie, zwykle jadając coś na mieście w przerwach pomiędzy zajęciami na uniwersytecie a pracą w kancelarii stryja. Dwa razy w tygodniu ciepłe posiłki jemu i jego współlokatorowi Joshowi przygotowywała kobieta mieszkająca w tej samej kamienicy co oni; sprzątała ona również ich mieszkanie. Mimo wszystko londyński wikt Louisa nawet do pięt nie sięgał temu, co serwowano w jego rodzinnym domu, zwłaszcza podczas wystawnych spotkań towarzyskich. Wtedy posiłki mogły trwać godzinami, a na stole lądowało kilkanaście dań.
Tego wieczora rozpoczęto od lekkiej zupy – kremu z brokułów z dodatkiem sera gorgonzola. Po niej na talerzach pojawił się sandacz w migdałach. Louis już przy rybie czuł się najedzony. Był człowiekiem raczej drobnej postury, a dodatkowo życie w Londynie oduczyło go jedzenia długo i obficie.
Wziął łyk wina z kieliszka i jego wzrok po raz kolejny tego wieczoru spoczął na pustym krześle naprzeciwko. Z jakiegoś powodu było mu przykro i… smutno. Nie czuł, jak rodzice, irytacji, że Harry nie zastosował się do zasad obowiązujących w Castamere, nic z tych rzeczy. Było to raczej ukłucie żalu i rozczarowania, że znaczył dla tego chłopaka tyle co nic.
Ale w zasadzie, cóż miał znaczyć? Nie znali się, Louis był dla tajemniczego Harry’ego zupełnie obcą osobą. Młody Amerykanin miał się mu kłaniać w pas tylko dlatego, że był Tomlinsonem z Castamere? Niedorzeczność. Louis mógł co najwyżej mieć pretensje, że Harry lekceważy zasady dobrego wychowania, ale nie, że niewiele sobie robi z niego osobiście.
Rozmowa przy stole miała charakter raczej oficjalny i uczestniczyli w niej głównie rodzice Louisa i on sam. Charlotte i Suzi nie odzywały się prawie wcale, chyba że zapytane. Służba zapaliła kandelabry, bo choć na dworze nie zapadł jeszcze mrok, okna jadalni wychodziły na wschód i w pokoju nie było zupełnie widno.
Myśli Louisa ponownie pobiegły w kierunku nieobecnego Harry’ego. Ciekawe, o czym by mówiono, gdyby chłopak tutaj był? Czy w ogóle był interesującym rozmówcą? Człowiekiem inteligentnym? Oczytanym? Ciekawym świata? Pytania mnożyły się w głowie Louisa, a jego zainteresowanie niekonwencjonalnym przybyszem zza oceanu wzrastało niemal z minuty na minutę. Louis chciał go wreszcie poznać i przekonać się osobiście, która opinia na jego temat była najbliższa prawdy: był dziwny i mroczny, jak oceniła go Rebecca, cudowny, jak twierdziła Suzi, czy może złośliwy i arogancki, jak określili go rodzice tego popołudnia? Zdania były tak rozbieżne, że Louis był niemal pewny, że któraś z osób się myli. Niemożliwe, żeby jeden człowiek łączył w sobie tyle przeciwieństw.
- Louis – z zamyślenia wyrwał chłopaka głos matki – w przyszłym tygodniu wraz z Barbarą Stevenson organizujemy piknik. Myślę, że byłoby dobrze widziane, gdybyś osobiście napisał do Calderów i zaprosił ich.
- W porządku. – Louis był niezwykle ugodowy, jeśli chodziło o podobne sprawy.
- I musimy zacząć myśleć nad przyjęciem zaręczynowym dla ciebie i Eleanor – dodała pani Tomlinson, jednocześnie szukając wzrokiem poparcia u swojego męża i dając tym samym do zrozumienia, że wcześniej już przedyskutowali tę kwestię we dwójkę. – Sądzę, że odpowiedni byłby wrzesień, zanim wyjedziesz do Londynu…
- Tak szybko? – W głosie chłopaka zabrzmiało zdziwienie.
- Wtedy ślub mógłby odbyć się na wiosnę, ewentualnie wczesnym latem – wtrącił ojciec. – I tak wiadomo, że się pobierzecie, więc nie ma na co czekać.
Louis upił kolejny łyk wina. Z jakiegoś powodu myśl o rychłych zaręczynach i ślubie wydała mu się w tym momencie niewygodna. Może dlatego, że nagle coś, co do tej pory leżało w sferze bliżej nieokreślonych planów, stało się realne?
Louis wiedział, że poślubi pannę Eleonor Calder, odkąd skończył szesnaście lat. Nie dlatego, że zapałał do niej wielkim, nieśmiertelnym uczuciem i obiecał wieczną miłość; nic z tych rzeczy. Był to raczej wynik układów towarzyskich. Dla Calderów, którzy mieli łącznie cztery córki, Louis Tomlinson jako kandydat na męża dla najstarszej z nich był niemal wymarzoną partią. Zdolny, inteligentny przyszły prawnik, przed którym rysowały się wspaniałe perspektywy. No i dziedziczył Castamere, co też było kąskiem nie do pogardzenia. Naprawdę, Eleonor nie mogła trafić lepiej. Tomlinsonowie też nie mieli powodów do narzekań – panna Calder wnosiła w posagu jedną z rodzinnych stadnin koni rasowych.
Na szczęście małżeństwo nie było jedynie zimną kalkulacją obu rodzin. Louis znał Eleanor niemal od dziecka i czuł do niej szczerą sympatię. Czy można było nazwać to miłością? Nie wiedział. Nigdy nie był zakochany i nie bardzo umiał wyobrazić sobie to uczucie. Jawiło mu się jako coś groźnego i obezwładniającego, odbierającego zdolność racjonalnego myślenia, a tego się obawiał. Lubił Eleanor, podobała mu się, uważał, że jest miła i niegłupia – i to jego zdaniem w zupełności wystarczało do stworzenia udanego związku na resztę życia.
 Zawsze mógł porównać swoją sytuację do przykładu własnych rodziców. Ich małżeństwo niemal od A do Z zostało zaplanowane przez obie rodziny. Młodzi po raz pierwszy rozmawiali ze sobą osobiście dopiero na przyjęciu zaręczynowym – a i wtedy przyglądało się im tuzin ciekawskich oczu. Do samego ślubu zwracali się do siebie „panie George”, „panno Mary”. Tymczasem teraz stanowili całkiem dobrane małżeństwo, w którym nawet jeśli brakowało płomiennej miłości, był wzajemny szacunek, przywiązanie i serdeczność.  
Trzeba powiedzieć, że Louis miał dość pragmatyczne podejście do małżeństwa. Traktował je jako coś oczywistego, po prostu nieodłączny etap życia, w który wcześniej czy później wkroczy. Nie przeżywał tego szczególnie emocjonalnie, nie miał też jakichś gigantycznych oczekiwań względem przyszłej żony. Byle miała przyjemną aparycję i miły charakter, nie była głupią trzpiotką ani nadętą damulką, był w stanie zaakceptować niemal każdą kobietę. Eleanor spełniała te warunki nawet z naddatkiem, zatem Louis nie miał powodów do narzekań. Zdążył też już oswoić się z perspektywą ożenku z nią.
Dlaczego zatem nagle myśl o nadchodzącym ślubie wydała mu się nie na miejscu?
- Porozmawiamy jeszcze o tym – odpowiedział wymijająco, odnosząc się do planów rodziców. – Na razie chcę trochę odpocząć, mam za sobą ciężki rok.
Dalszą dyskusję o planach zaręczynowo – ślubnych przerwało nagłe poruszenie w hallu wejściowym. Po chwili w drzwiach pojawiła się jedna z pokojówek.
- Przepraszam, że państwu przeszkadzam. Wrócił pan Styles.
- No proszę, nasza zagubiona owieczka – odezwał się George Tomlinson nieco sarkastycznym tonem. – Ciekawe, co też go zatrzymało. Poproś go, Alice.
Służąca dygnęła i wyszła z jadalni. Louis spojrzał w kierunku drzwi, a jego serce z niewiadomych powodów zabiło szybciej. Wiedział, że już tylko sekundy dzielą go od spotkania z chłopakiem, o którym w ciągu zaledwie kilku godzin zdążył wysłuchać tak rozbieżne opinie. Czy Harry w ogóle zwróci na niego uwagę, czy też po kurtuazyjnym przywitaniu potraktuje jak powietrze? Louis czuł dziwny niepokój i nie umiał sobie wytłumaczyć jego źródła ani przyczyny.
W korytarzu dały się słyszeć coraz głośniejsze kroki i po chwili w drzwiach pojawił się on – Harry Styles.
Suzi na jego widok uśmiechnęła się szeroko, podczas gdy pozostała trójka zachowała raczej surowy wyraz twarzy. Natomiast Louis… Louis starał się nie wyglądać idiotycznie.  
Jeśli by stanął wśród stu innych, a tobie kazano by wskazać Harry’ego Stylesa, bez wahania byś go wybrał…, przypomniał sobie słowa Rebeki.
Miała rację.
Harry był wysoki i szczupły, ale nie wychudzony. Ciemnozielone spodnie, jasna koszula z podwiniętymi rękawami i rozpięta kamizelka nadawały mu nieco nonszalanckiego wyglądu. Jego zarumienioną twarz otaczała burza kręconych, brązowych włosów, przydługich jak na obowiązującą modę. Kształtem ust i sposobem ich układania przypominał raczej dziewczynę niż chłopaka, a gdy się uśmiechnął, na jego policzkach pojawiały się dołeczki.
Mimo że nie odznaczał się klasyczną urodą, było w nim coś magnetycznego, zarazem anielskiego, jak i ostrzegawczego. Bardzo dziwne połączenie. Louis nigdy nie spotkał się z kimś o tak charakterystycznym wyglądzie.
- Dobry wieczór – odezwał się Harry, podchodząc bliżej. Miał niski, nieco zachrypnięty głos, dziwnie nie pasujący do jego słodkiej twarzy i kręconych włosów. – Ciociu, wujku, bardzo was przepraszam. Nie chciałem się spóźnić. Po prostu poszedłem za daleko i zgubiłem drogę. W pewnym momencie nie wiedziałem, gdzie jestem, a nie było nikogo, kto by mi powiedział i…
- Dobrze już, dobrze. – Pan Tomlinson niecierpliwym gestem przerwał tłumaczenia. – Porozmawiamy o tym później. Najważniejsze, że już jesteś.
- Harry – powiedziała pani Tomlinson. – Poznaj naszego syna, Louisa. Louis, to jest właśnie Harry, twój dalszy kuzyn.
Oczy Harry’ego skierowały się w stronę Louisa, a młody pan Castamere poczuł się nagle dziwnie mały i onieśmielony. Starał się nie wyglądać na speszonego – dlaczego w ogóle tak się czuł?! – i uśmiechnąć się miło, jednak prawda była taka, że serce biło mu szybciej niż zazwyczaj. Oczy Harry’ego zadawały się przewiercać go na wylot, a on nie był w stanie odwzajemnić spojrzenia.
- Louis. – Harry wypowiedział jego imię z nutą jakby zachwytu w głosie. Twarz chłopaka zmieniła wyraz w ciągu sekund. Na jego ustach pojawił się uśmiech – szeroki, ciepły, lekko tajemniczy. Obszedł stół i wyciągnął dłoń w stronę młodego Tomlinsona. – Miło cię poznać.
Louis wstał i podał mu rękę. Uścisk Harry’ego był silny i zdecydowany, a jednocześnie zaskakująco delikatny. Dopiero teraz Louis zdecydował się spojrzeć mu w oczy.
I drgnął…
Zielone jeziora, nie z tego ni z owego przeleciało mu przez głowę niedorzeczne porównanie, a serce uderzyło niespokojnie.
Oczy Harry’ego miały odcień intensywnej zieleni, wręcz błyszczały w świetle kandelabrów. Wydawały się być wykute z wypolerowanych szmaragdów. Louis nigdy nie widział takiego koloru tęczówek. W połączeniu z przeszywającym spojrzeniem dawało to porażający efekt.
Utoniesz w zielonych jeziorach…
- Witaj – odpowiedział Louis, starając się brzmieć lekko i naturalnie. – Mi też miło, że cię poznałem.
Zielone oczy wpatrywały się w niego z radością.

 

1 komentarz:

  1. Hej. Zapowiada sie interesująco. Zielone jeziora - piękne porównanie. Czekam na cd. Inna epoka po prostu cos innego. Starsza młodzież.

    OdpowiedzUsuń