Trasa TMH dobiegła końca. Żałuję, że nie poznałam One Direction wcześniej, bo pewnie bym się wybrała na któryś z koncertów. Niby wiosną rusza WWA Tour, ale ceny biletów na te stadiony są lekko zabójcze, przynajmniej jak na polską kieszeń (zwłaszcza, że trzeba doliczyć przesyłkę). Poza tym, cóż, jechać samotnie trochę smętnie. Ale kusi, kusi, nie powiem... ;)
Z tego co obserwuję, niektórzy fani 1D ciągle wierzą, że będzie koncert w Polsce. Według mnie nie ma na to szans z przyczyn obiektywnych.
1D to
gigantyczna machina, a organizacja trasy po stadionach jest ogromnym
przedsięwzięciem. Na pewno ich management sto razy sprawdza, gdzie opłaca się
zrobić koncert, tak, by się sprzedał. Biorą pod uwagę wyniki sprzedaży płyt,
frekwencję na filmie, sprzedaż gadżetów, ogólne zainteresowanie wykonawcą,
stopień promocji w mediach, to, czy wytwórnia wydająca płyty zespołu w danym
kraju stara się o koncert, czy ludzie w tym kraju w ogóle chodzą na koncerty
jakiekolwiek, jak drogie mogą być bilety by się sprzedały, a zarazem zespół
skosił kasę, itd. itp. Wszystko musi być sprawdzone z dziesiątek perspektyw,
żeby nie było straty. Do tego dochodzi kwestia dostępności stadionu w pasującym
terminie, współpraca z władzami miasta, w którym ma się odbyć koncert i pewnie
wiele innych czynników. Dużo łatwiej jest dodać kolejny koncert w mieście,
które już jest na liście, bo odpadają problemy i koszty logistyczne (transport
sceny, nagłośnienia, ekipy, samego zespołu; zapewnienie bezpieczeństwa).
Fanowskie chciejstwo na twitterze ma dużo mniejsze znaczenie (choć totalnie bez sensu nie jest, bo pokazuje zainteresowanie zespołem). Wg mnie
zainteresowanie 1D w Polsce jest
za małe (zwłaszcza w mediach), by ich management
zdecydował się na koncert na stadionie. Poza tym bilety nie mogłyby być
masakrycznie drogie, nie w Polsce. Gdyby trasa grana była w halach, wtedy co
innego; myślę, że koncert w Pl by się odbył. A tak, raczej marzenia ściętej głowy.
Ale okej, dość tej filozofii, zajmijmy się Larrym ;)
For Angels To Fly - kolejne z moich ulubionych opowiadań. Bardzo dobrze wykreowane postacie, świetne dialogi (zwłaszcza Louis z Zaynem!) i całkiem niezgorsza dawka seksu ;), który jednak nie przyćmiewa fabuły.
I kolejny odcinek "Deszczy". Przyznam, że ciężko mi się pisało scenę pierwszego spotkania Harry'ego i Louisa. Chciałam jednocześnie oddać wyjątkowość tej chwili, a zarazem nie popadać w niepotrzebne uniesienia i banał zwany miłością od pierwszego wejrzenia. Zwłaszcza, że planuję dla nich zupełnie inny scenariusz. Mam nadzieję, że wyszło dobrze. Jeśli ktoś tu zajrzy, życzę miłego czytania:)
_____________________
* * *
Elegancka kolacja, jaką
Mary Tomlinson chciała powitać w domu swego jedynego syna, musiała rozpocząć
się bez Harry’ego. Chłopak nie dawał znaku życia, odkąd wyszedł przed
południem. O wpół do szóstej coraz bardziej poirytowana pani domu wysłała nawet
Boba, by objechał okolicę i sprowadził młodego gościa do Castamere. Na próżno.
Styles przepadł jak kamień w wodę, nie widziała go też żadna z osób, które Bob
napotkał po drodze i w pobliskiej wsi. W końcu Tomlinsonowie dali sobie spokój
z czekaniem i poszukiwaniami niesfornego chłopaka.
Zarówno pan, jak i pani
Tomlinson nie kryli irytacji. Harry wiedział, że tego dnia wraca ich syn i że
wieczorem planowany jest uroczysty obiad, by uczcić pomyślne zdanie przez
Louisa egzaminów i promocję na trzeci rok studiów. Zależało im, by wszyscy
uczestniczyli w tym wydarzeniu. Tymczasem Harry śmiał po prostu zniknąć. Dla
przykładających sporą wagę do etykiety Tomlinsonów był to policzek. Poza tym
nigdy nie opuszczał domu na tak długo i zaczynali się niepokoić. Podczas pobytu
w Castamere Harry znajdował się niejako pod ich opieką i gdyby stało mu się coś
złego, czuliby się z tym koszmarnie, mimo że chłopak formalnie był dorosły.
Louis sam nie wiedział,
co myśleć o całej tej sprawie. Starał się uspokajać rodziców, tłumacząc, że
Harry może zwyczajnie stracił poczucie czasu albo zgubił się, nie znając
okolicy, ale na pewno wróci przed nocą. Mimo to dręczyło go nieprzyjemne
uczucie. Czy chłopak nie pojawił się celowo? Miał jakiś powód, by nie lubić
syna swych gospodarzy? Przecież nigdy się nie spotkali, nawet nie wiedzieli o
swoim istnieniu, zatem dlaczego Harry miałby specjalnie go lekceważyć i
poniżać? A może był na tyle bezczelny, że traktował dom Tomlinsonów jak hotel,
w którym pojawiał się i z którego znikał, kiedy zapragnął, nie przejmując się
zasadami ustalonymi przez właścicieli? Nie, Louis nie chciał go osądzać, zanim
nie pozna prawdy. Ale czuł się niemiło.
Gdy Harry nie wrócił do
dziewiętnastej, ojciec Louisa uznał, że nie ma co dłużej czekać. Niemal cały
dzień spędził omawiając interesy ze swoim wspólnikiem (a u Lloydów lunche były
zwykle skąpe), był zmęczony, głodny i chciał wreszcie zjeść obfity posiłek.
Kazał służbie podawać do stołu.
Louis zapomniał już, co
to znaczy jedzenie w Castamere. W Londynie stołował się raczej szybko i
nieregularnie, zwykle jadając coś na mieście w przerwach pomiędzy zajęciami na
uniwersytecie a pracą w kancelarii stryja. Dwa razy w tygodniu ciepłe posiłki
jemu i jego współlokatorowi Joshowi przygotowywała kobieta mieszkająca w tej
samej kamienicy co oni; sprzątała ona również ich mieszkanie. Mimo wszystko
londyński wikt Louisa nawet do pięt nie sięgał temu, co serwowano w jego
rodzinnym domu, zwłaszcza podczas wystawnych spotkań towarzyskich. Wtedy
posiłki mogły trwać godzinami, a na stole lądowało kilkanaście dań.
Tego wieczora
rozpoczęto od lekkiej zupy – kremu z brokułów z dodatkiem sera gorgonzola. Po
niej na talerzach pojawił się sandacz w migdałach. Louis już przy rybie czuł
się najedzony. Był człowiekiem raczej drobnej postury, a dodatkowo życie w
Londynie oduczyło go jedzenia długo i obficie.
Wziął łyk wina z
kieliszka i jego wzrok po raz kolejny tego wieczoru spoczął na pustym krześle
naprzeciwko. Z jakiegoś powodu było mu przykro i… smutno. Nie czuł, jak
rodzice, irytacji, że Harry nie zastosował się do zasad obowiązujących w
Castamere, nic z tych rzeczy. Było to raczej ukłucie żalu i rozczarowania, że
znaczył dla tego chłopaka tyle co nic.
Ale w zasadzie, cóż
miał znaczyć? Nie znali się, Louis był dla tajemniczego Harry’ego zupełnie obcą
osobą. Młody Amerykanin miał się mu kłaniać w pas tylko dlatego, że był
Tomlinsonem z Castamere? Niedorzeczność. Louis mógł co najwyżej mieć pretensje,
że Harry lekceważy zasady dobrego wychowania, ale nie, że niewiele sobie robi z
niego osobiście.
Rozmowa przy stole
miała charakter raczej oficjalny i uczestniczyli w niej głównie rodzice Louisa
i on sam. Charlotte i Suzi nie odzywały się prawie wcale, chyba że zapytane.
Służba zapaliła kandelabry, bo choć na dworze nie zapadł jeszcze mrok, okna
jadalni wychodziły na wschód i w pokoju nie było zupełnie widno.
Myśli Louisa ponownie
pobiegły w kierunku nieobecnego Harry’ego. Ciekawe, o czym by mówiono, gdyby
chłopak tutaj był? Czy w ogóle był interesującym rozmówcą? Człowiekiem
inteligentnym? Oczytanym? Ciekawym świata? Pytania mnożyły się w głowie Louisa,
a jego zainteresowanie niekonwencjonalnym przybyszem zza oceanu wzrastało
niemal z minuty na minutę. Louis chciał go wreszcie poznać i przekonać się
osobiście, która opinia na jego temat była najbliższa prawdy: był dziwny i
mroczny, jak oceniła go Rebecca, cudowny, jak twierdziła Suzi, czy może złośliwy
i arogancki, jak określili go rodzice tego popołudnia? Zdania były tak
rozbieżne, że Louis był niemal pewny, że któraś z osób się myli. Niemożliwe,
żeby jeden człowiek łączył w sobie tyle przeciwieństw.
- Louis – z zamyślenia
wyrwał chłopaka głos matki – w przyszłym tygodniu wraz z Barbarą Stevenson
organizujemy piknik. Myślę, że byłoby dobrze widziane, gdybyś osobiście napisał
do Calderów i zaprosił ich.
- W porządku. – Louis
był niezwykle ugodowy, jeśli chodziło o podobne sprawy.
- I musimy zacząć myśleć
nad przyjęciem zaręczynowym dla ciebie i Eleanor – dodała pani Tomlinson,
jednocześnie szukając wzrokiem poparcia u swojego męża i dając tym samym do
zrozumienia, że wcześniej już przedyskutowali tę kwestię we dwójkę. – Sądzę, że
odpowiedni byłby wrzesień, zanim wyjedziesz do Londynu…
- Tak szybko? – W
głosie chłopaka zabrzmiało zdziwienie.
- Wtedy ślub mógłby
odbyć się na wiosnę, ewentualnie wczesnym latem – wtrącił ojciec. – I tak
wiadomo, że się pobierzecie, więc nie ma na co czekać.
Louis upił kolejny łyk
wina. Z jakiegoś powodu myśl o rychłych zaręczynach i ślubie wydała mu się w
tym momencie niewygodna. Może dlatego, że nagle coś, co do tej pory leżało w
sferze bliżej nieokreślonych planów, stało się realne?
Louis wiedział, że
poślubi pannę Eleonor Calder, odkąd skończył szesnaście lat. Nie dlatego, że
zapałał do niej wielkim, nieśmiertelnym uczuciem i obiecał wieczną miłość; nic
z tych rzeczy. Był to raczej wynik układów towarzyskich. Dla Calderów, którzy
mieli łącznie cztery córki, Louis Tomlinson jako kandydat na męża dla
najstarszej z nich był niemal wymarzoną partią. Zdolny, inteligentny przyszły
prawnik, przed którym rysowały się wspaniałe perspektywy. No i dziedziczył
Castamere, co też było kąskiem nie do pogardzenia. Naprawdę, Eleonor nie mogła
trafić lepiej. Tomlinsonowie też nie mieli powodów do narzekań – panna Calder
wnosiła w posagu jedną z rodzinnych stadnin koni rasowych.
Na szczęście małżeństwo
nie było jedynie zimną kalkulacją obu rodzin. Louis znał Eleanor niemal od
dziecka i czuł do niej szczerą sympatię. Czy można było nazwać to miłością? Nie
wiedział. Nigdy nie był zakochany i nie bardzo umiał wyobrazić sobie to
uczucie. Jawiło mu się jako coś groźnego i obezwładniającego, odbierającego
zdolność racjonalnego myślenia, a tego się obawiał. Lubił Eleanor, podobała mu
się, uważał, że jest miła i niegłupia – i to jego zdaniem w zupełności
wystarczało do stworzenia udanego związku na resztę życia.
Zawsze mógł porównać swoją sytuację do przykładu
własnych rodziców. Ich małżeństwo niemal od A do Z zostało zaplanowane przez
obie rodziny. Młodzi po raz pierwszy rozmawiali ze sobą osobiście dopiero na
przyjęciu zaręczynowym – a i wtedy przyglądało się im tuzin ciekawskich oczu.
Do samego ślubu zwracali się do siebie „panie George”, „panno Mary”. Tymczasem
teraz stanowili całkiem dobrane małżeństwo, w którym nawet jeśli brakowało
płomiennej miłości, był wzajemny szacunek, przywiązanie i serdeczność.
Trzeba powiedzieć, że Louis
miał dość pragmatyczne podejście do małżeństwa. Traktował je jako coś
oczywistego, po prostu nieodłączny etap życia, w który wcześniej czy później
wkroczy. Nie przeżywał tego szczególnie emocjonalnie, nie miał też jakichś
gigantycznych oczekiwań względem przyszłej żony. Byle miała przyjemną aparycję
i miły charakter, nie była głupią trzpiotką ani nadętą damulką, był w stanie
zaakceptować niemal każdą kobietę. Eleanor spełniała te warunki nawet z
naddatkiem, zatem Louis nie miał powodów do narzekań. Zdążył też już oswoić się
z perspektywą ożenku z nią.
Dlaczego zatem nagle
myśl o nadchodzącym ślubie wydała mu się nie na miejscu?
- Porozmawiamy jeszcze
o tym – odpowiedział wymijająco, odnosząc się do planów rodziców. – Na razie
chcę trochę odpocząć, mam za sobą ciężki rok.
Dalszą dyskusję o
planach zaręczynowo – ślubnych przerwało nagłe poruszenie w hallu wejściowym.
Po chwili w drzwiach pojawiła się jedna z pokojówek.
- Przepraszam, że
państwu przeszkadzam. Wrócił pan Styles.
- No proszę, nasza
zagubiona owieczka – odezwał się George Tomlinson nieco sarkastycznym tonem. –
Ciekawe, co też go zatrzymało. Poproś go, Alice.
Służąca dygnęła i
wyszła z jadalni. Louis spojrzał w kierunku drzwi, a jego serce z niewiadomych
powodów zabiło szybciej. Wiedział, że już tylko sekundy dzielą go od spotkania
z chłopakiem, o którym w ciągu zaledwie kilku godzin zdążył wysłuchać tak
rozbieżne opinie. Czy Harry w ogóle zwróci na niego uwagę, czy też po
kurtuazyjnym przywitaniu potraktuje jak powietrze? Louis czuł dziwny niepokój i
nie umiał sobie wytłumaczyć jego źródła ani przyczyny.
W korytarzu dały się
słyszeć coraz głośniejsze kroki i po chwili w drzwiach pojawił się on – Harry
Styles.
Suzi na jego widok uśmiechnęła
się szeroko, podczas gdy pozostała trójka zachowała raczej surowy wyraz twarzy.
Natomiast Louis… Louis starał się nie wyglądać idiotycznie.
Jeśli
by stanął wśród stu innych, a tobie kazano by wskazać Harry’ego Stylesa, bez
wahania byś go wybrał…, przypomniał sobie słowa Rebeki.
Miała rację.
Harry był wysoki i szczupły,
ale nie wychudzony. Ciemnozielone spodnie, jasna koszula z podwiniętymi
rękawami i rozpięta kamizelka nadawały mu nieco nonszalanckiego wyglądu. Jego
zarumienioną twarz otaczała burza kręconych, brązowych włosów, przydługich jak
na obowiązującą modę. Kształtem ust i sposobem ich układania przypominał raczej
dziewczynę niż chłopaka, a gdy się uśmiechnął, na jego policzkach pojawiały się
dołeczki.
Mimo że nie odznaczał
się klasyczną urodą, było w nim coś magnetycznego, zarazem anielskiego, jak i
ostrzegawczego. Bardzo dziwne połączenie. Louis nigdy nie spotkał się z kimś o
tak charakterystycznym wyglądzie.
- Dobry wieczór –
odezwał się Harry, podchodząc bliżej. Miał niski, nieco zachrypnięty głos,
dziwnie nie pasujący do jego słodkiej twarzy i kręconych włosów. – Ciociu,
wujku, bardzo was przepraszam. Nie chciałem się spóźnić. Po prostu poszedłem za
daleko i zgubiłem drogę. W pewnym momencie nie wiedziałem, gdzie jestem, a nie
było nikogo, kto by mi powiedział i…
- Dobrze już, dobrze. –
Pan Tomlinson niecierpliwym gestem przerwał tłumaczenia. – Porozmawiamy o tym
później. Najważniejsze, że już jesteś.
- Harry – powiedziała
pani Tomlinson. – Poznaj naszego syna, Louisa. Louis, to jest właśnie Harry,
twój dalszy kuzyn.
Oczy Harry’ego
skierowały się w stronę Louisa, a młody pan Castamere poczuł się nagle dziwnie
mały i onieśmielony. Starał się nie wyglądać na speszonego – dlaczego w ogóle
tak się czuł?! – i uśmiechnąć się miło, jednak prawda była taka, że serce biło
mu szybciej niż zazwyczaj. Oczy Harry’ego zadawały się przewiercać go na wylot,
a on nie był w stanie odwzajemnić spojrzenia.
- Louis. – Harry
wypowiedział jego imię z nutą jakby zachwytu w głosie. Twarz chłopaka zmieniła
wyraz w ciągu sekund. Na jego ustach pojawił się uśmiech – szeroki, ciepły, lekko
tajemniczy. Obszedł stół i wyciągnął dłoń w stronę młodego Tomlinsona. – Miło
cię poznać.
Louis wstał i podał mu
rękę. Uścisk Harry’ego był silny i zdecydowany, a jednocześnie zaskakująco
delikatny. Dopiero teraz Louis zdecydował się spojrzeć mu w oczy.
I drgnął…
Zielone
jeziora, nie z tego ni z owego przeleciało mu przez głowę
niedorzeczne porównanie, a serce uderzyło niespokojnie.
Oczy Harry’ego miały
odcień intensywnej zieleni, wręcz błyszczały w świetle kandelabrów. Wydawały
się być wykute z wypolerowanych szmaragdów. Louis nigdy nie widział takiego
koloru tęczówek. W połączeniu z przeszywającym spojrzeniem dawało to porażający
efekt.
Utoniesz
w zielonych jeziorach…
- Witaj – odpowiedział
Louis, starając się brzmieć lekko i naturalnie. – Mi też miło, że cię poznałem.
Zielone oczy wpatrywały
się w niego z radością.
Hej. Zapowiada sie interesująco. Zielone jeziora - piękne porównanie. Czekam na cd. Inna epoka po prostu cos innego. Starsza młodzież.
OdpowiedzUsuń