Och, dostałam jeden komentarz! Jaka radość, biorąc pod uwagę, że zwykle pod opowiadaniami jest po kilkanaście czy kilkadziesiąt^^ Ale tym bardziej doceniam i dziękuję:)
Starsza młodzież... - to jakaś aluzja do wieku? Jeśli tak, to witaj w klubie, ha ha ha.
Dobrze, dziś bez rozgadywania się, nowy odcinek. Może tylko słówko: padłam, jak wczoraj Harry wygrał statuetkę MTV EMA za Best Look. Hazza, gratulacje, Twoje spodnie z dziurą dożyły tego wielkiego dnia! ;)
_____________________
Rozdział 2
ISKRY
Późnym wieczorem, gdy
kolacja dobiegła końca, Louis siedział w bibliotece ojca i w świetle lampki
pisał przy biurku list do swojej przyszłej narzeczonej. Nie mógł pojawić się w
jej domu bez zapowiedzi. Chciał skończyć list jeszcze dziś wieczorem, by zaraz
rano Bob mógł zawieźć go do willi Calderów.
Nie umiał się jednak
skoncentrować. Czuł się niespokojny, a jednocześnie zmęczony i ociężały. Nie wiedział, czy to wina obfitej
kolacji (ta kaczka w sosie pomarańczowo – imbirowym ciągle leżała mu na
żołądku), podróży z Londynu czy też jeszcze innych czynników. Faktem
pozostawało, że głowie miał chaos.
Westchnął głęboko,
odkładając pióro i ściskając dłońmi skronie, pod którymi czuł tępy, pulsujący
ból. Przymknięcie oczu sprawiło mu chwilową ulgę. Boże, może naprawdę dokończyć
ten list jutro? Przecież świat się nie zawali, jeśli Bob pojedzie trochę
później. Ten nieszczęsny piknik jest dopiero w przyszły piątek; chyba nie będą przygotowywać
się do wyjścia przez tydzień, no nie?
Zmęczony i dziwnie
poirytowany Louis w pierwszej chwili nie zwrócił na uwagi, że drzwi biblioteki
uchyliły się.
- Och, przepraszam, nie
wiedziałem, że ktoś tu jest…
Teraz dopiero otworzył
oczy i gwałtownie podniósł głowę. W drzwiach stał Harry. Miał na sobie
granatowy szlafrok w jakieś orientalne wzory. W jednej ręce trzymał trzy czy
cztery książki, a w drugiej przenośną lampkę naftową.
Czemu, na miłość boską,
krążył po domu w nocnym ubraniu?
- Spokojnie, nie
przeszkadzasz – powiedział Louis, starając się nie wyglądać na zbyt
zdziwionego. – Coś się stało?
- Chciałem wziąć sobie
coś do czytania przed snem. Twój ojciec pozwolił mi tu zaglądać. Te już
przeczytałem. – Gestem wskazał na książki, które dzierżył w ręce.
- W porządku – odparł
Louis, nie wiedząc, co jeszcze mógłby powiedzieć.
Harry lekko skinął
głową, po czym podszedł do jednego z regałów i zaczął przeglądać tytuły, od
czasu do czasu mrucząc coś pod nosem. Tymczasem Louis, nie mając innego
wyjścia, ponownie sięgnął po pióro, starając się stworzyć jakieś sensowne
zdania adresowane do Eleanor. Skrobał przez chwilę po papierze, ale czuł, że
słowa, jakie kreśli, nie są zbyt wyszukane. Wzrok raz za razem dyskretnie
umykał mu w prawo, gdzie Harry, odwrócony tyłem do niego, przeglądał książki, a
co jakiś czas wyciągał którąś z półki i czytał fragment, najwyraźniej chcąc się
zorientować, która jest warta uwagi. Lampkę naftową postawił na stoliku pod
ścianą; rzucała teraz nikły poblask na jego postać.
Trwało to dobre kilka
minut.
- Znalazłeś coś
ciekawego? – odezwał się Louis, czując się niekomfortowo w tej ciszy.
Harry odwrócił się w
jego stronę.
- Dużo prawa, historii
Anglii, techniki i ogrodnictwa – odparł z lekko ironicznym uśmiechem na ustach.
A może tylko Louisowi ten uśmiech wydawał się ironiczny? Może dla Harry’ego był
jak najbardziej naturalny? – Lubię czytać. – Wrócił do przeglądania woluminów w
półce. – Zabrałem kilka książek ze Stanów, ale przeczytałem je jeszcze przed
dotarciem do Anglii. A biblioteka na statku była dość kiepska.
- Tu też raczej nie
znajdziesz nic nowoczesnego – odparł Louis, omiatając wzrokiem pomieszczenie.
Harry spojrzał na niego,
demonstrując swój specyficzny uśmiech jeszcze wyraźniej.
- Skąd wiesz, że lubię
nowoczesne książki?
- Nie wiem. Ale raczej
nie wyglądasz na takiego, co pasjonuje się technikami uprawy pszenicy sprzed
osiemdziesięciu lat.
Chłopak o kręconych
włosach parsknął głębokim, gardłowym śmiechem.
- Tu mnie masz! Racja,
wolę współczesne tematy. Chociaż historią nie gardzę, bywa pouczająca... Chyba
wezmę to – zdecydował, wsadzając pod pachę jedną z książek, a dwie inne
odstawiając na regał. – Jeśli mnie nie zainteresuje, to może przynajmniej uśpi.
Jeżeli Louis spodziewał
się, że Harry po dokonaniu czytelniczego wyboru wróci do swojej sypialni i
zostawi go samego, przeliczył się. Chłopak przysiadł w skórzanym fotelu po
drugiej stronie biurka.
- Do kogo piszesz?
Jego bezpośrednie
pytanie zaskoczyło Louisa, ale nie dał nic po sobie poznać.
- Do swojej narzeczonej
– odparł, jednocześnie dyskretnie odsuwając list z zasięgu wzroku Harry’ego. –
Znaczy, przyszłej narzeczonej…
Dlaczego poczuł ciepło
na policzkach, gdy o tym wspomniał? Przecież fakt rychłych zaręczyn nie był
niczym wstydliwym ani godnym ukrycia.
Twarz Harry’ego
pozostała nieprzenikniona, ale uśmiech na jego malinowych ustach odrobinę przygasł,
zastąpiony… zaskoczeniem?
- Nie wiedziałem, że
się żenisz.
- Jeszcze się nie
żenię. – Louis zajął się składaniem listu. Po pierwsze, doszedł do wniosku, że
już nic dziś nie stworzy, a po drugie, czuł się dziwnie skrępowany, musząc
patrzeć w twarz Harry’emu. Było coś peszącego we wzroku młodszego chłopaka. –
Na razie to tylko plany, chociaż moi rodzice chcą, by oficjalne zaręczyny
odbyły się we wrześniu, zanim wrócę do Londynu.
Powiedzieli mi to dziś przy kolacji, nim przyszedłeś.
- A ty też tego chcesz?
– zapytał Harry, przyglądając się Louisowi uważnie.
- Oczywiście. – Głos
Tomlinsona zabrzmiał chłodniej, niżby chłopak chciał. Tym samym nie wypadł zbyt
przekonująco. – Wiem, że będę z nią szczęśliwy.
- Kim ona jest?
Nawet jeśli Louisowi
nie do końca podobało się przesłuchanie fundowane mu przez Stylesa, starał się
ukryć rozdrażnienie. Zresztą, młody Amerykanin nie pytał o nic niestosownego.
- Ma na imię Eleanor –
uśmiechnął się lekko. – Znamy się praktycznie od dziecka, a nasze rodziny
utrzymują bliski kontakt. Calderowie mają kilka stadnin koni, rozsianych po
całym hrabstwie, ale sami mieszkają kilka mil stąd, w Marlow’s End. Poczekaj,
pokażę ci Eleanor.
Sięgnął po swój czarny, zapinany na klamrę
notatnik, z którym rzadko się rozstawał. Notes służył mu do zapisywania ważnych
informacji, terminów, a czasem zwykłych, luźnych notatek. Wyjął zza okładki
fotografię i wręczył ją Harry’emu.
Styles wbił spojrzenie
w zdjęcie, na którym widniała młoda dziewczyna. Była niewątpliwie urodziwa, z
tymi ciemnymi, falującymi włosami opadającymi na ramiona, delikatną twarzą i
nieśmiałym uśmiechem na ustach. Idealna, młodziutka żona dla przyszłego
prawnika i dziedzica okazałej willi w jednej osobie.
Harry przypatrywał się fotografii przez
dłuższy czas, mrużąc lekko oczy. Louis poczuł ukłucie niepokoju, widząc jego
intensywną reakcję. Czyżby Eleanor spodobała mu się jako kobieta i postanowił
zawalczyć o nią? W jego spojrzeniu naprawdę dało się zauważyć błysk zazdrości,
czy tylko tak wydawało się Louisowi?
- Jest piękna –
powiedział w końcu Harry, oddając Tomlinsonowi zdjęcie. Po jego wcześniejszym
zastanawiającym zachowaniu nie pozostał ślad. Na usta chłopaka wrócił uśmiech.
- Kochasz ją?
Louis lekko uniósł
brwi. Co to w ogóle za pytanie, na litość boską? Co go to obchodziło?
Nie chciał jednak wyjść
na gbura.
- Jest miła, serdeczna,
mądra…
- Nie wątpię – przerwał
mu Harry, nadal uśmiechając się w swój lekko kpiący sposób. – Ale to nie jest
odpowiedź na moje pytanie.
- Za dużo chciałbyś
wiedzieć – mruknął Louis, chowając zdjęcie z powrotem za okładkę notatnika.
Dociekliwość Harry’ego
zaczynała go drażnić. Chłopak był zdecydowanie zbyt bezpośredni. Znali się
zaledwie od paru godzin, a to nie upoważniało Harry’ego do wkraczania w
osobistą sferę Louisa. Pomijając już fakt, że ogólnie nie lubił, gdy ktoś
próbował wypytywać go o uczucia. I nie podobało mu się spojrzenie młodego
Stylesa, gdy ten przyglądał się fotografii Eleanor.
- Przepraszam cię,
Harry, ale jest już późno, a ja chciałem dokończyć ten list, żeby Bob…
- Jasne, jasne, już
znikam – wpadł mu w słowo młodszy chłopak, trafnie odczytując aluzję. Nie wyglądał
jednak na rozgniewanego. Wręcz przeciwnie, można rzec: sprawiał wrażenie, jakby
coś go mocno rozbawiło. Podniósł się z fotela, zabrał książkę i swoją lampkę i
skierował się w stronę drzwi. – Dobranoc, Louis. Miłych snów o pięknej
narzeczonej.
Puścił jeszcze Louisowi
zawadiackie oczko i wymknął się w biblioteki.
Tomlinson westchnął
ciężko i oparł łokcie o blat biurka, chowając głowę w ramionach. Nie zamierzał
pisać już tego nieszczęsnego listu, powiedział tak tylko, by pozbyć się
Harry’ego i jego dociekliwych pytań. Dobre wrażenie, jakie wywarł na nim młody
Styles podczas kolacji – gdy już się umył, przebrał i dołączył do rodziny przy
stole – uleciało. Wtedy Harry był naprawdę czarujący, opowiadał interesujące
rzeczy, potrafił błysnąć dowcipem; ponadto wydawał się szczerze skruszony wobec
faktu, że się spóźnił i sprawił tym przykrość Tomlinsonom. Tymczasem teraz
zachowywał się irytująco. I te zastanawiające spojrzenia i uśmiechy… Louis nie
wiedział, czy przebija przez nie arogancja, złośliwość, czy jeszcze inne cechy
charakteru Harry’ego. I na ile jego postawa jest naturalna, a na ile jest grą
pozorów.
Rebecca
ma rację, pomyślał. Jest
dziwny. Po co on tu w ogóle przyjechał?
Teraz zdał sobie
sprawę, że nie zadał tego pytania nikomu, odkąd dowiedział się o pobycie
Harry’ego Stylesa w Castamere: ani Bobowi, ani Rebece, ani matce, ani samemu
Harry’emu. Co skłoniło osiemnastoletniego chłopaka, by przemierzyć samemu pół
świata i przybyć na angielską prowincję? Bo raczej nie tęsknota za krewnymi, z
którymi nigdy nie utrzymywał kontaktu. Może rodzice go tu wysłali? Tylko po co?
Louis postanowił, że przy najbliższej okazji dowie się wszystkiego. Może to
pozwoli mu lepiej poznać Harry’ego i znaleźć wspólny język z tym osobliwym
człowiekiem.
I przestać czuć się tak
speszonym pod jego przenikliwym, zielonym spojrzeniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz