poniedziałek, 11 listopada 2013

Rozdział 2: Iskry (cz. 1)

Och, dostałam jeden komentarz! Jaka radość, biorąc pod uwagę, że zwykle pod opowiadaniami jest po kilkanaście czy kilkadziesiąt^^ Ale tym bardziej doceniam i dziękuję:)
Starsza młodzież... - to jakaś aluzja do wieku? Jeśli tak, to witaj w klubie, ha ha ha. 

Dobrze, dziś bez rozgadywania się, nowy odcinek. Może tylko słówko: padłam, jak wczoraj Harry wygrał statuetkę MTV EMA za Best Look. Hazza, gratulacje, Twoje spodnie z dziurą dożyły tego wielkiego dnia! ;)

            _____________________



Rozdział 2
ISKRY

Późnym wieczorem, gdy kolacja dobiegła końca, Louis siedział w bibliotece ojca i w świetle lampki pisał przy biurku list do swojej przyszłej narzeczonej. Nie mógł pojawić się w jej domu bez zapowiedzi. Chciał skończyć list jeszcze dziś wieczorem, by zaraz rano Bob mógł zawieźć go do willi Calderów.
Nie umiał się jednak skoncentrować. Czuł się niespokojny, a jednocześnie zmęczony  i ociężały. Nie wiedział, czy to wina obfitej kolacji (ta kaczka w sosie pomarańczowo – imbirowym ciągle leżała mu na żołądku), podróży z Londynu czy też jeszcze innych czynników. Faktem pozostawało, że głowie miał chaos.
Westchnął głęboko, odkładając pióro i ściskając dłońmi skronie, pod którymi czuł tępy, pulsujący ból. Przymknięcie oczu sprawiło mu chwilową ulgę. Boże, może naprawdę dokończyć ten list jutro? Przecież świat się nie zawali, jeśli Bob pojedzie trochę później. Ten nieszczęsny piknik jest dopiero w przyszły piątek; chyba nie będą przygotowywać się do wyjścia przez tydzień, no nie?
Zmęczony i dziwnie poirytowany Louis w pierwszej chwili nie zwrócił na uwagi, że drzwi biblioteki uchyliły się.
- Och, przepraszam, nie wiedziałem, że ktoś tu jest…
Teraz dopiero otworzył oczy i gwałtownie podniósł głowę. W drzwiach stał Harry. Miał na sobie granatowy szlafrok w jakieś orientalne wzory. W jednej ręce trzymał trzy czy cztery książki, a w drugiej przenośną lampkę naftową.
Czemu, na miłość boską, krążył po domu w nocnym ubraniu?
- Spokojnie, nie przeszkadzasz – powiedział Louis, starając się nie wyglądać na zbyt zdziwionego. – Coś się stało?
- Chciałem wziąć sobie coś do czytania przed snem. Twój ojciec pozwolił mi tu zaglądać. Te już przeczytałem. – Gestem wskazał na książki, które dzierżył w ręce.
- W porządku – odparł Louis, nie wiedząc, co jeszcze mógłby powiedzieć.
Harry lekko skinął głową, po czym podszedł do jednego z regałów i zaczął przeglądać tytuły, od czasu do czasu mrucząc coś pod nosem. Tymczasem Louis, nie mając innego wyjścia, ponownie sięgnął po pióro, starając się stworzyć jakieś sensowne zdania adresowane do Eleanor. Skrobał przez chwilę po papierze, ale czuł, że słowa, jakie kreśli, nie są zbyt wyszukane. Wzrok raz za razem dyskretnie umykał mu w prawo, gdzie Harry, odwrócony tyłem do niego, przeglądał książki, a co jakiś czas wyciągał którąś z półki i czytał fragment, najwyraźniej chcąc się zorientować, która jest warta uwagi. Lampkę naftową postawił na stoliku pod ścianą; rzucała teraz nikły poblask na jego postać.
Trwało to dobre kilka minut.
- Znalazłeś coś ciekawego? – odezwał się Louis, czując się niekomfortowo w tej ciszy.
Harry odwrócił się w jego stronę.
- Dużo prawa, historii Anglii, techniki i ogrodnictwa – odparł z lekko ironicznym uśmiechem na ustach. A może tylko Louisowi ten uśmiech wydawał się ironiczny? Może dla Harry’ego był jak najbardziej naturalny? – Lubię czytać. – Wrócił do przeglądania woluminów w półce. – Zabrałem kilka książek ze Stanów, ale przeczytałem je jeszcze przed dotarciem do Anglii. A biblioteka na statku była dość kiepska.
- Tu też raczej nie znajdziesz nic nowoczesnego – odparł Louis, omiatając wzrokiem pomieszczenie.
Harry spojrzał na niego, demonstrując swój specyficzny uśmiech jeszcze wyraźniej.
- Skąd wiesz, że lubię nowoczesne książki?
- Nie wiem. Ale raczej nie wyglądasz na takiego, co pasjonuje się technikami uprawy pszenicy sprzed osiemdziesięciu lat.
Chłopak o kręconych włosach parsknął głębokim, gardłowym śmiechem.
- Tu mnie masz! Racja, wolę współczesne tematy. Chociaż historią nie gardzę, bywa pouczająca... Chyba wezmę to – zdecydował, wsadzając pod pachę jedną z książek, a dwie inne odstawiając na regał. – Jeśli mnie nie zainteresuje, to może przynajmniej uśpi.
Jeżeli Louis spodziewał się, że Harry po dokonaniu czytelniczego wyboru wróci do swojej sypialni i zostawi go samego, przeliczył się. Chłopak przysiadł w skórzanym fotelu po drugiej stronie biurka.
- Do kogo piszesz?
Jego bezpośrednie pytanie zaskoczyło Louisa, ale nie dał nic po sobie poznać.
- Do swojej narzeczonej – odparł, jednocześnie dyskretnie odsuwając list z zasięgu wzroku Harry’ego. – Znaczy, przyszłej narzeczonej…
Dlaczego poczuł ciepło na policzkach, gdy o tym wspomniał? Przecież fakt rychłych zaręczyn nie był niczym wstydliwym ani godnym ukrycia.
Twarz Harry’ego pozostała nieprzenikniona, ale uśmiech na jego malinowych ustach odrobinę przygasł, zastąpiony… zaskoczeniem?
- Nie wiedziałem, że się żenisz.
- Jeszcze się nie żenię. – Louis zajął się składaniem listu. Po pierwsze, doszedł do wniosku, że już nic dziś nie stworzy, a po drugie, czuł się dziwnie skrępowany, musząc patrzeć w twarz Harry’emu. Było coś peszącego we wzroku młodszego chłopaka. – Na razie to tylko plany, chociaż moi rodzice chcą, by oficjalne zaręczyny odbyły się we wrześniu, zanim wrócę do Londynu.  Powiedzieli mi to dziś przy kolacji, nim przyszedłeś.
- A ty też tego chcesz? – zapytał Harry, przyglądając się Louisowi uważnie.
- Oczywiście. – Głos Tomlinsona zabrzmiał chłodniej, niżby chłopak chciał. Tym samym nie wypadł zbyt przekonująco. – Wiem, że będę z nią szczęśliwy.
- Kim ona jest?
Nawet jeśli Louisowi nie do końca podobało się przesłuchanie fundowane mu przez Stylesa, starał się ukryć rozdrażnienie. Zresztą, młody Amerykanin nie pytał o nic niestosownego.
- Ma na imię Eleanor – uśmiechnął się lekko. – Znamy się praktycznie od dziecka, a nasze rodziny utrzymują bliski kontakt. Calderowie mają kilka stadnin koni, rozsianych po całym hrabstwie, ale sami mieszkają kilka mil stąd, w Marlow’s End. Poczekaj, pokażę ci Eleanor.
 Sięgnął po swój czarny, zapinany na klamrę notatnik, z którym rzadko się rozstawał. Notes służył mu do zapisywania ważnych informacji, terminów, a czasem zwykłych, luźnych notatek. Wyjął zza okładki fotografię i wręczył ją Harry’emu.
Styles wbił spojrzenie w zdjęcie, na którym widniała młoda dziewczyna. Była niewątpliwie urodziwa, z tymi ciemnymi, falującymi włosami opadającymi na ramiona, delikatną twarzą i nieśmiałym uśmiechem na ustach. Idealna, młodziutka żona dla przyszłego prawnika i dziedzica okazałej willi w jednej osobie.
 Harry przypatrywał się fotografii przez dłuższy czas, mrużąc lekko oczy. Louis poczuł ukłucie niepokoju, widząc jego intensywną reakcję. Czyżby Eleanor spodobała mu się jako kobieta i postanowił zawalczyć o nią? W jego spojrzeniu naprawdę dało się zauważyć błysk zazdrości, czy tylko tak wydawało się Louisowi?
- Jest piękna – powiedział w końcu Harry, oddając Tomlinsonowi zdjęcie. Po jego wcześniejszym zastanawiającym zachowaniu nie pozostał ślad. Na usta chłopaka wrócił uśmiech. -  Kochasz ją?
Louis lekko uniósł brwi. Co to w ogóle za pytanie, na litość boską? Co go to obchodziło?
Nie chciał jednak wyjść na gbura.
- Jest miła, serdeczna, mądra…
- Nie wątpię – przerwał mu Harry, nadal uśmiechając się w swój lekko kpiący sposób. – Ale to nie jest odpowiedź na moje pytanie.
- Za dużo chciałbyś wiedzieć – mruknął Louis, chowając zdjęcie z powrotem za okładkę notatnika.
Dociekliwość Harry’ego zaczynała go drażnić. Chłopak był zdecydowanie zbyt bezpośredni. Znali się zaledwie od paru godzin, a to nie upoważniało Harry’ego do wkraczania w osobistą sferę Louisa. Pomijając już fakt, że ogólnie nie lubił, gdy ktoś próbował wypytywać go o uczucia. I nie podobało mu się spojrzenie młodego Stylesa, gdy ten przyglądał się fotografii Eleanor.
- Przepraszam cię, Harry, ale jest już późno, a ja chciałem dokończyć ten list, żeby Bob…
- Jasne, jasne, już znikam – wpadł mu w słowo młodszy chłopak, trafnie odczytując aluzję. Nie wyglądał jednak na rozgniewanego. Wręcz przeciwnie, można rzec: sprawiał wrażenie, jakby coś go mocno rozbawiło. Podniósł się z fotela, zabrał książkę i swoją lampkę i skierował się w stronę drzwi. – Dobranoc, Louis. Miłych snów o pięknej narzeczonej.
Puścił jeszcze Louisowi zawadiackie oczko i wymknął się w biblioteki.
Tomlinson westchnął ciężko i oparł łokcie o blat biurka, chowając głowę w ramionach. Nie zamierzał pisać już tego nieszczęsnego listu, powiedział tak tylko, by pozbyć się Harry’ego i jego dociekliwych pytań. Dobre wrażenie, jakie wywarł na nim młody Styles podczas kolacji – gdy już się umył, przebrał i dołączył do rodziny przy stole – uleciało. Wtedy Harry był naprawdę czarujący, opowiadał interesujące rzeczy, potrafił błysnąć dowcipem; ponadto wydawał się szczerze skruszony wobec faktu, że się spóźnił i sprawił tym przykrość Tomlinsonom. Tymczasem teraz zachowywał się irytująco. I te zastanawiające spojrzenia i uśmiechy… Louis nie wiedział, czy przebija przez nie arogancja, złośliwość, czy jeszcze inne cechy charakteru Harry’ego. I na ile jego postawa jest naturalna, a na ile jest grą pozorów.
Rebecca ma rację, pomyślał. Jest dziwny. Po co on tu w ogóle przyjechał?
Teraz zdał sobie sprawę, że nie zadał tego pytania nikomu, odkąd dowiedział się o pobycie Harry’ego Stylesa w Castamere: ani Bobowi, ani Rebece, ani matce, ani samemu Harry’emu. Co skłoniło osiemnastoletniego chłopaka, by przemierzyć samemu pół świata i przybyć na angielską prowincję? Bo raczej nie tęsknota za krewnymi, z którymi nigdy nie utrzymywał kontaktu. Może rodzice go tu wysłali? Tylko po co? Louis postanowił, że przy najbliższej okazji dowie się wszystkiego. Może to pozwoli mu lepiej poznać Harry’ego i znaleźć wspólny język z tym osobliwym człowiekiem.
I przestać czuć się tak speszonym pod jego przenikliwym, zielonym spojrzeniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz