Ponieważ jestem w pisaniu dalej niż to wynika z bloga,
zaczyna mnie niepokoić postać Harry’ego. Trochę mi się rozłazi :P Nie, że staje
się nudna, wręcz przeciwnie – zaczyna być zbyt wesoły i ironiczny.
Niby to dziwne, wszak to ja piszę opowiadanie i postacie powinny być takie, jak
sobie wymyśliłam. Ale czasem bywa z tym różnie. Poszczególne sceny wydobywają
inne cechy bohaterów, dialogi układają się tak, a nie inaczej. Miewałam już tak
z opowiadaniami, które pisałam „w dawnych czasach”. I tutaj Harry, który miał
być dość neurotyczny, nerwowy, czasem tajemniczy, zaczyna rzucać zabawnymi
tekstami. Ale może to nic złego. Łatwiej mi przyjdzie pokazać jego nieco
dwubiegunową osobowość w dalszych rozdziałach. Gdyby był cały czas taki sam,
stałby się nudny i przewidywalny.
Z Louisem też muszę uważać. Żeby nie zrobić z niego
Rose z „Titanica” ;D
Ha!, i tak nikt tego nie czyta, ale przynajmniej
pogadam sama ze sobą :D
A to jest ciekawostka dnia dzisiejszego.
Happily: Pierwsza piosenka, przy której współpracował
Harry, jest oczywiście niesamowita. To kompletnie nowe brzmienie dla bandu.
Głos prowadzący Harry'ego jest bardzo mocny. Słowa piosenki, które śpiewa, mogą
być odnośnikiem do jego romansu z Taylor Swift 'I don’t care what people say
when we’re together.' (tłum. z profilu One Direction Polska na fb)
Słowa dziennikarza muzycznego, który jako jedyny miał
okazję wysłuchać całego „Midnight Memories”. Jak ta piosenka odnosi się do
Taylor Swift, to ja jestem królowa brytyjska! Oczywiście, nie da się w pełni
rozszyfrować tekstu znając jeden wers, ale przywodzi on na myśl „They don’t
know about us”. Czuję, że „Happily” będzie cudnym Larry song^^ Obym się nie
myliła. Nie mogę się doczekać tej płyty. Uwielbiam analizować teksty piosenek!
Byle do 26 listopada!
___________________
* * *
Gdy Louis obudził się
następnego dnia, przez moment nie umiał skojarzyć, gdzie się znajduje. Zamiast
znajomego widoku niewielkiego, dość zagraconego pokoju, miał przed oczami
przestrzeń urządzoną ładnie i gustownie meblami w odcieniu głębokiego brązu.
Łóżko było szersze i bardziej miękkie, a za oknem panowała cisza.
No tak, Castamere. Był
w domu.
Uśmiechnął się sam do
siebie, przeciągając się w pościeli. Pewnie było już dość późno, ale nie
przejmował się. W pierwszym dniu wakacji wolno mu poleniuchować.
Zanim odbył poranną
toaletę i ubrał się, wszyscy domownicy rozeszli się już do swoich obowiązków,
zatem Louis śniadanie zjadł samotnie. Alice poinformowała go, że matka wraz z
Charlotte udały się do Stevensonów (mama
setny raz omawia szczegóły pikniku, a Charlotte plotkuje z Christine,
pomyślał Louis, zapewne nie mijając się z prawdą), ojciec od rana przesiaduje w
gabinecie (muszę mu pomóc z papierami),
a Suzi ma lekcje francuskiego (pewnie
cierpi srodze).
- A Harry? – wyrwało
się Louisowi bezwiednie. Dlaczego w ogóle o niego zapytał, do licha?
- Pan Styles wyszedł
zaraz po śniadaniu. Słyszałam, że wybiera się do Oadby – odparła służąca. –
Podać panu coś jeszcze?
- Nie, dziękuję.
Louis zastanawiał się,
jaki też interes do załatwienia mógł mieć Harry w pobliskiej wsi. Bo na pewno
nie udał się tam w celach turystyczno – krajoznawczych. W mieścinie nie było
nic ciekawego – ot, dwa sklepy, pub, urząd pocztowy, kościół i prowizoryczna
apteka. Gdy ktoś miał do zrobienia większe zakupy lub do załatwienia poważniejszą
sprawę, jechał do Leicester. Ale Louis zdążył się już zorientować, że Harry
chadza własnymi ścieżkami.
Zresztą, co go
interesowało, gdzie podziewa się i co robi ten irytujący chłopak?
Po śniadaniu Louis zabrał
się za pisanie listu do Eleanor, nad którym tak trudził się w nocy. Na
szczęście teraz umysł miał jaśniejszy i uporał się z robotą w ciągu niespełna
godziny.
Mówiąc szczerze, Louis
nie znosił pisania listów. Przelewanie myśli na papier było sprzeczne z jego
praktyczną naturą. Z własnej nieprzymuszonej woli czynił tylko luźne notatki,
zapisywał terminy, sprawy do załatwienia czy wiadomości do przekazania.
Wzniosła pisanina – zwłaszcza adresowana do kobiet – była domeną beznadziejnych
romantyków, wzdychających pod rozgwieżdżonym niebem i marzących o dotyku dłoni
jakiejś Elizabeth, Lucy czy Emily. Louis nie cierpiał marnowania czasu na takie
dyrdymały. Nawet do Eleanor pisał raczej z obowiązku i uprzejmości niż szczerej
potrzeby serca. Marzył, że pewnego dnia ludzkość wynajdzie inny, łatwiejszy i
szybszy, sposób komunikacji. Albo przynajmniej telefony staną się bardziej
powszechne.
Gdy Louis skończył
pisać, poprosił, by dano mu znać, jak tylko Bob wróci z mamą i Charlotte od
Stevensonów. Sam tymczasem zamierzał udać się do gabinetu i zapytać, czy ojciec
ewentualnie nie potrzebuje jego pomocy. Ale gdy przechodził obok salonu,
usłyszał charakterystyczny, nieco zachrypnięty głos.
- Nie tak. Nigdy nie
nauczysz się grać, jeśli będziesz tak niedbała.
- Harry, to tylko gamy
– odpowiedział cienki, dziewczęcy głosik, niewątpliwie należący do Suzi.
Brzmiało w nim znudzenie. – Muszę je wyćwiczyć, bo pani Mallon będzie zła. Ale
nie chce mi się udawać, że mnie interesują.
- W grę musisz wkładać
emocje. – Słowom towarzyszyło kilka pięknych, czystych dźwięków fortepianu. –
Obojętnie, czy to „Sonata księżycowa”, czy do re mi fa sol la. Bez emocji
muzyka jest pusta.
- Charlotte mówi, że
najważniejsza jest technika…
Harry prychnął.
- Charlotte jest głupia.
Nie słuchaj jej. Jeśli skupisz się na technice, będziesz co najwyżej dobra,
nigdy genialna.
- Louis!
Louis drgnął. No nie, Suzi
naprawdę musiała go zauważyć? Harry pewnie pomyśli, że ich podsłuchiwał. Bo w
zasadzie tak było, co z tego, że tylko przez chwilę. Ale Louis nie przyznałby
się za żadne skarby świata. Teraz jednak, przyuważony, nie mógł wymknąć się
ukradkiem. Nie pozostawało mu nic innego, jak wejść do salonu, udając, że tylko
przechodził w pobliżu.
Suzi i Harry siedzieli
za fortepianem, na jednym dużym, wyściełanym brązową skórą taborecie. Młody
Styles ubrany był w szeroką, jasną koszulę i brunatne spodnie, a jego kręcone
włosy przedstawiały chyba jeszcze większy nieład niż wczoraj, po całodziennej
wędrówce. Uśmiechnął się szeroko na widok Louisa.
- Dzień dobry. Wyspany?
- Mniej więcej. – Louis
starał się zachowywać zupełnie swobodnie. – Widzę, że Harry daje ci lekcje,
Suzi. Jak mu idzie?
- Na pewno jest
ciekawszy niż pani Mallon – odparła bystra jedenastolatka. – Ona każe mi
ćwiczyć gamy w nieskończoność. Obrzydza tym całą grę.
- Twoja siostra jest
zdolna – powiedział Harry, zwracając się do Louisa. – Ma dobry słuch. Potrzeba
jej tylko trochę większego zaangażowania w to, co robi. No i mniej
stereotypowej nauczycielki.
Louis był nieco zaskoczony
tak fachową oceną w ustach osiemnastolatka.
- Znasz się na muzyce?
- Och, Louis, on gra
niesamowicie! – Suzi niemal podskoczyła z emocji. W obecności brata zawsze
czuła się swobodnie, bo nie strofował jej nieustannie, co wypada, a co nie
panience z dobrego domu. Nie pouczał, nie oceniał i nie rzucał zimnych
spojrzeń. A z jej energicznej reakcji wynikało, że Harry musiał postępować
podobnie. – Jest geniuszem, naprawdę! Pani Mallon to przy nim głupia gęś. Nawet
Eleanor Calder nie jest taka dobra. Harry, pokaż mu.
Chłopak jęknął.
- Suzi, błagam…
- Proszę cię, Harry. –
Spojrzała na niego z błagalną nadzieją. – Choćby troszkę. Nawet jak się
pomylisz, to nic nie szkodzi, Louis nie zauważy. On w ogóle nie zna się na
muzyce.
- Jesteś szczera do
bólu – mruknął jej brat.
W oczach Harry’ego
tańczyły wesołe błyski.
- Masz charakterną
siostrę, Louis. To skarb w świecie nudnych, beznadziejnych kobiet. Czasem myślę,
że te gorsety ściskają im nie tylko talie, ale też mózgi.
Louisowi przemknęło
przez myśl pytanie, czy Harry lubi ostre, „charakterne” kobiety, ale oczywiście
nie ośmielił się go zadać, zwłaszcza przy siostrze, nawet w formie żartu. Nie
był też pewien, czy chłopak powinien wygłaszać w obecności jedenastolatki
teorie o gorsetach ściskających kobiece mózgi, jednak nie powiedział tego
głośno. Nie chciał wyjść na przemądrzałego moralistę.
- To jak, Harry,
zagrasz? – nie ustępowała Suzi, na szczęście nie ciągnąc tematu gorsetów i ich
wpływu na kobiecy intelekt. – Louis, poproś go, może ciebie posłucha…
Harry zwrócił
spojrzenie na młodego Tomlinsona, jakby wyczekiwał tego magicznego „proszę” z
jego ust. A może w jego wzroku było nieśmiałe pytanie „Naprawdę chcesz, żebym
zagrał?” Ciężko było rozszyfrować wyraz tych zielonych, hipnotyzujących oczu.
- Chętnie usłyszę, jak
grasz. – Louis uśmiechnął się lekko. Przysunął się bliżej fortepianu, opierając
łokieć o wieko.
Harry skinął głową, tym
razem nawet nie próbując protestować. Jakby naprawdę czekał na zachętę ze
strony Louisa.
Uszczęśliwiona Suzi
wstała z taboretu, robiąc chłopakowi więcej miejsca. Stanęła obok brata, a na
jej ustach widniał tak szeroki uśmiech, jakby to ona była odkrywcą talentu
Harry’ego i teraz oczekiwała na pierwszy występ artysty przy pełnej sali w
Royal Opera House.
Harry tymczasem położył
szczupłe, długie palce – idealne palce pianisty – na klawiszach. Przez chwilę
wpatrywał się w nie, jakby kumulując w sobie energię. Ale gdy wreszcie uderzył
w pierwszy akord, dalej melodia popłynęła sama – piękna i niespokojna. Dłonie
Harry’ego poruszały się niby wiedzione własną wolą, pewnie i energicznie, a
zarazem bardzo płynnie i subtelnie. Zdawały się pieścić klawisze. Każdy dźwięk
nacechowany był emocjami. Louis, mimo, że nie był koneserem muzyki, w jednej
chwili zrozumiał, co Harry miał na myśli, udzielając Suzi lekcji na temat
emocjonalnej gry. Pochylony nad klawiaturą osiemnastolatek o rozwichrzonych
włosach był emocjami w czystej postaci, mimo że jego ciało pozostawało niemal
nieruchome. U Harry’ego wrażenia wypisane były na twarzy, pozornie skupionej i
poważnej. Widać było, że chłopak znajduje się w swoim świecie, gdzie rządzi
jedynie muzyka.
Po około trzydziestu sekundach
melodia urwała się, nagle, jakby przecięta nożem.
- Eh, pomyliłem się…
- Nie zwróciłem uwagi –
bąknął Louis, wyrwany z transu, nadal pod wrażeniem wspaniałej gry Harry’ego. –
Jeśli dlatego przerwałeś, to…
- Nie, nie – potrząsnął
głową Harry. – Po prostu utwór nie jest jeszcze dopracowany. To tylko fragment.
Louis zrobił wielkie
oczy.
- Znaczy, że ty…
napisałeś to sam?
Nie mógł wyjść z szoku.
Jezu Chryste, jeśli ten dzieciak potrafił nie tylko grać, ale też KOMPONOWAĆ
takie rzeczy, to naprawdę był geniuszem! Louis może nie znał się wybitnie na
muzyce, lecz nie był też głuchy jak pień i kompletnie niewrażliwy. Umiał rozpoznać,
co jest dobrym utworem, a co zwykłą szmirą. A to, co zaprezentował Harry,
niewątpliwie było dobre w jego
mniemaniu. Innowacyjne i ciekawe.
- Czasem coś tam piszę,
a raczej próbuję. – Harry chyba po raz pierwszy, odkąd Louis go poznał, wydawał
się zawstydzony. Jakby nie chciał rozmawiać o swoim talencie.
- Mówiłam ci, że jest
niesamowity – wtrąciła Suzi, dumna jak paw.
- Zgadzam się
całkowicie – powiedział Louis z uśmiechem. – Ćwiczyłeś sam, czy ktoś cię uczył?
Z jakiegoś powodu twarz
Harry’ego nieco spochmurniała. Chłopak unikał wzroku Louisa, ponownie
przebiegając palcami po klawiaturze, szybkim, może nieco nerwowym rytmem.
- Najpierw sam, a potem
miałem nauczyciela – odparł. – Przez dwa lata. Był… dobry w tym, co robił.
Louis nie zdążył pociągnąć
rozmowy, gdyż w drzwiach pojawiła się Alice. Dygnęła lekko.
- Panie Louis, pana
ojciec prosi, żeby przyszedł pan do gabinetu, jeśli to możliwe.
- Tak, już idę. – Do
Louisa dopiero dotarło, że przecież miał tego przedpołudnia w planach inne
zajęcia niż towarzyszenie siostrze i Harry’emu w lekcji muzyki. Z uśmiechem
położył dłonie na ramionach dziewczynki. – Suzi, myślę, że powinnaś słuchać
Harry’ego jeśli chodzi o grę. Zna się na rzeczy.
Suzi rozpromieniła się
szeroko, a na twarz chłopaka o kręconych włosach również powrócił uśmiech.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz