niedziela, 17 listopada 2013

Rozdział 2: Iskry (cz. 2)



Ponieważ jestem w pisaniu dalej niż to wynika z bloga, zaczyna mnie niepokoić postać Harry’ego. Trochę mi się rozłazi :P Nie, że staje się nudna, wręcz przeciwnie – zaczyna być zbyt wesoły i ironiczny. 

Niby to dziwne, wszak to ja piszę  opowiadanie i postacie powinny być takie, jak sobie wymyśliłam. Ale czasem bywa z tym różnie. Poszczególne sceny wydobywają inne cechy bohaterów, dialogi układają się tak, a nie inaczej. Miewałam już tak z opowiadaniami, które pisałam „w dawnych czasach”. I tutaj Harry, który miał być dość neurotyczny, nerwowy, czasem tajemniczy, zaczyna rzucać zabawnymi tekstami. Ale może to nic złego. Łatwiej mi przyjdzie pokazać jego nieco dwubiegunową osobowość w dalszych rozdziałach. Gdyby był cały czas taki sam, stałby się nudny i przewidywalny. 

Z Louisem też muszę uważać. Żeby nie zrobić z niego Rose z „Titanica” ;D

Ha!, i tak nikt tego nie czyta, ale przynajmniej pogadam sama ze sobą :D

A to jest ciekawostka dnia dzisiejszego.
Happily: Pierwsza piosenka, przy której współpracował Harry, jest oczywiście niesamowita. To kompletnie nowe brzmienie dla bandu. Głos prowadzący Harry'ego jest bardzo mocny. Słowa piosenki, które śpiewa, mogą być odnośnikiem do jego romansu z Taylor Swift 'I don’t care what people say when we’re together.' (tłum. z profilu One Direction Polska na fb)
Słowa dziennikarza muzycznego, który jako jedyny miał okazję wysłuchać całego „Midnight Memories”. Jak ta piosenka odnosi się do Taylor Swift, to ja jestem królowa brytyjska! Oczywiście, nie da się w pełni rozszyfrować tekstu znając jeden wers, ale przywodzi on na myśl „They don’t know about us”. Czuję, że „Happily” będzie cudnym Larry song^^ Obym się nie myliła. Nie mogę się doczekać tej płyty. Uwielbiam analizować teksty piosenek!

Byle do 26 listopada!

___________________

*   *   *


Gdy Louis obudził się następnego dnia, przez moment nie umiał skojarzyć, gdzie się znajduje. Zamiast znajomego widoku niewielkiego, dość zagraconego pokoju, miał przed oczami przestrzeń urządzoną ładnie i gustownie meblami w odcieniu głębokiego brązu. Łóżko było szersze i bardziej miękkie, a za oknem panowała cisza.
No tak, Castamere. Był w domu.
Uśmiechnął się sam do siebie, przeciągając się w pościeli. Pewnie było już dość późno, ale nie przejmował się. W pierwszym dniu wakacji wolno mu poleniuchować.
Zanim odbył poranną toaletę i ubrał się, wszyscy domownicy rozeszli się już do swoich obowiązków, zatem Louis śniadanie zjadł samotnie. Alice poinformowała go, że matka wraz z Charlotte udały się do Stevensonów (mama setny raz omawia szczegóły pikniku, a Charlotte plotkuje z Christine, pomyślał Louis, zapewne nie mijając się z prawdą), ojciec od rana przesiaduje w gabinecie (muszę mu pomóc z papierami), a Suzi ma lekcje francuskiego (pewnie cierpi srodze).
- A Harry? – wyrwało się Louisowi bezwiednie. Dlaczego w ogóle o niego zapytał, do licha?
- Pan Styles wyszedł zaraz po śniadaniu. Słyszałam, że wybiera się do Oadby – odparła służąca. – Podać panu coś jeszcze?
- Nie, dziękuję.
Louis zastanawiał się, jaki też interes do załatwienia mógł mieć Harry w pobliskiej wsi. Bo na pewno nie udał się tam w celach turystyczno – krajoznawczych. W mieścinie nie było nic ciekawego – ot, dwa sklepy, pub, urząd pocztowy, kościół i prowizoryczna apteka. Gdy ktoś miał do zrobienia większe zakupy lub do załatwienia poważniejszą sprawę, jechał do Leicester. Ale Louis zdążył się już zorientować, że Harry chadza własnymi ścieżkami.
Zresztą, co go interesowało, gdzie podziewa się i co robi ten irytujący chłopak?
Po śniadaniu Louis zabrał się za pisanie listu do Eleanor, nad którym tak trudził się w nocy. Na szczęście teraz umysł miał jaśniejszy i uporał się z robotą w ciągu niespełna godziny.
Mówiąc szczerze, Louis nie znosił pisania listów. Przelewanie myśli na papier było sprzeczne z jego praktyczną naturą. Z własnej nieprzymuszonej woli czynił tylko luźne notatki, zapisywał terminy, sprawy do załatwienia czy wiadomości do przekazania. Wzniosła pisanina – zwłaszcza adresowana do kobiet – była domeną beznadziejnych romantyków, wzdychających pod rozgwieżdżonym niebem i marzących o dotyku dłoni jakiejś Elizabeth, Lucy czy Emily. Louis nie cierpiał marnowania czasu na takie dyrdymały. Nawet do Eleanor pisał raczej z obowiązku i uprzejmości niż szczerej potrzeby serca. Marzył, że pewnego dnia ludzkość wynajdzie inny, łatwiejszy i szybszy, sposób komunikacji. Albo przynajmniej telefony staną się bardziej powszechne.
Gdy Louis skończył pisać, poprosił, by dano mu znać, jak tylko Bob wróci z mamą i Charlotte od Stevensonów. Sam tymczasem zamierzał udać się do gabinetu i zapytać, czy ojciec ewentualnie nie potrzebuje jego pomocy. Ale gdy przechodził obok salonu, usłyszał charakterystyczny, nieco zachrypnięty głos.
- Nie tak. Nigdy nie nauczysz się grać, jeśli będziesz tak niedbała.
- Harry, to tylko gamy – odpowiedział cienki, dziewczęcy głosik, niewątpliwie należący do Suzi. Brzmiało w nim znudzenie. – Muszę je wyćwiczyć, bo pani Mallon będzie zła. Ale nie chce mi się udawać, że mnie interesują.
- W grę musisz wkładać emocje. – Słowom towarzyszyło kilka pięknych, czystych dźwięków fortepianu. – Obojętnie, czy to „Sonata księżycowa”, czy do re mi fa sol la. Bez emocji muzyka jest pusta.
- Charlotte mówi, że najważniejsza jest technika…
Harry prychnął.
- Charlotte jest głupia. Nie słuchaj jej. Jeśli skupisz się na technice, będziesz co najwyżej dobra, nigdy genialna.
- Louis!
Louis drgnął. No nie, Suzi naprawdę musiała go zauważyć? Harry pewnie pomyśli, że ich podsłuchiwał. Bo w zasadzie tak było, co z tego, że tylko przez chwilę. Ale Louis nie przyznałby się za żadne skarby świata. Teraz jednak, przyuważony, nie mógł wymknąć się ukradkiem. Nie pozostawało mu nic innego, jak wejść do salonu, udając, że tylko przechodził w pobliżu.
Suzi i Harry siedzieli za fortepianem, na jednym dużym, wyściełanym brązową skórą taborecie. Młody Styles ubrany był w szeroką, jasną koszulę i brunatne spodnie, a jego kręcone włosy przedstawiały chyba jeszcze większy nieład niż wczoraj, po całodziennej wędrówce. Uśmiechnął się szeroko na widok Louisa.
- Dzień dobry. Wyspany?
- Mniej więcej. – Louis starał się zachowywać zupełnie swobodnie. – Widzę, że Harry daje ci lekcje, Suzi. Jak mu idzie?
- Na pewno jest ciekawszy niż pani Mallon – odparła bystra jedenastolatka. – Ona każe mi ćwiczyć gamy w nieskończoność. Obrzydza tym całą grę.
- Twoja siostra jest zdolna – powiedział Harry, zwracając się do Louisa. – Ma dobry słuch. Potrzeba jej tylko trochę większego zaangażowania w to, co robi. No i mniej stereotypowej nauczycielki.
Louis był nieco zaskoczony tak fachową oceną w ustach osiemnastolatka.
- Znasz się na muzyce?
- Och, Louis, on gra niesamowicie! – Suzi niemal podskoczyła z emocji. W obecności brata zawsze czuła się swobodnie, bo nie strofował jej nieustannie, co wypada, a co nie panience z dobrego domu. Nie pouczał, nie oceniał i nie rzucał zimnych spojrzeń. A z jej energicznej reakcji wynikało, że Harry musiał postępować podobnie. – Jest geniuszem, naprawdę! Pani Mallon to przy nim głupia gęś. Nawet Eleanor Calder nie jest taka dobra. Harry, pokaż mu.
Chłopak jęknął.
- Suzi, błagam…
- Proszę cię, Harry. – Spojrzała na niego z błagalną nadzieją. – Choćby troszkę. Nawet jak się pomylisz, to nic nie szkodzi, Louis nie zauważy. On w ogóle nie zna się na muzyce.
- Jesteś szczera do bólu – mruknął jej brat.
W oczach Harry’ego tańczyły wesołe błyski.
- Masz charakterną siostrę, Louis. To skarb w świecie nudnych, beznadziejnych kobiet. Czasem myślę, że te gorsety ściskają im nie tylko talie, ale też mózgi.
Louisowi przemknęło przez myśl pytanie, czy Harry lubi ostre, „charakterne” kobiety, ale oczywiście nie ośmielił się go zadać, zwłaszcza przy siostrze, nawet w formie żartu. Nie był też pewien, czy chłopak powinien wygłaszać w obecności jedenastolatki teorie o gorsetach ściskających kobiece mózgi, jednak nie powiedział tego głośno. Nie chciał wyjść na przemądrzałego moralistę.
- To jak, Harry, zagrasz? – nie ustępowała Suzi, na szczęście nie ciągnąc tematu gorsetów i ich wpływu na kobiecy intelekt. – Louis, poproś go, może ciebie posłucha…
Harry zwrócił spojrzenie na młodego Tomlinsona, jakby wyczekiwał tego magicznego „proszę” z jego ust. A może w jego wzroku było nieśmiałe pytanie „Naprawdę chcesz, żebym zagrał?” Ciężko było rozszyfrować wyraz tych zielonych, hipnotyzujących oczu.
- Chętnie usłyszę, jak grasz. – Louis uśmiechnął się lekko. Przysunął się bliżej fortepianu, opierając łokieć o wieko.
Harry skinął głową, tym razem nawet nie próbując protestować. Jakby naprawdę czekał na zachętę ze strony Louisa.
Uszczęśliwiona Suzi wstała z taboretu, robiąc chłopakowi więcej miejsca. Stanęła obok brata, a na jej ustach widniał tak szeroki uśmiech, jakby to ona była odkrywcą talentu Harry’ego i teraz oczekiwała na pierwszy występ artysty przy pełnej sali w Royal Opera House.
Harry tymczasem położył szczupłe, długie palce – idealne palce pianisty – na klawiszach. Przez chwilę wpatrywał się w nie, jakby kumulując w sobie energię. Ale gdy wreszcie uderzył w pierwszy akord, dalej melodia popłynęła sama – piękna i niespokojna. Dłonie Harry’ego poruszały się niby wiedzione własną wolą, pewnie i energicznie, a zarazem bardzo płynnie i subtelnie. Zdawały się pieścić klawisze. Każdy dźwięk nacechowany był emocjami. Louis, mimo, że nie był koneserem muzyki, w jednej chwili zrozumiał, co Harry miał na myśli, udzielając Suzi lekcji na temat emocjonalnej gry. Pochylony nad klawiaturą osiemnastolatek o rozwichrzonych włosach był emocjami w czystej postaci, mimo że jego ciało pozostawało niemal nieruchome. U Harry’ego wrażenia wypisane były na twarzy, pozornie skupionej i poważnej. Widać było, że chłopak znajduje się w swoim świecie, gdzie rządzi jedynie muzyka.
Po około trzydziestu sekundach melodia urwała się, nagle, jakby przecięta nożem.
- Eh, pomyliłem się…
- Nie zwróciłem uwagi – bąknął Louis, wyrwany z transu, nadal pod wrażeniem wspaniałej gry Harry’ego. – Jeśli dlatego przerwałeś, to…
- Nie, nie – potrząsnął głową Harry. – Po prostu utwór nie jest jeszcze dopracowany. To tylko fragment.
Louis zrobił wielkie oczy.
- Znaczy, że ty… napisałeś to sam?
Nie mógł wyjść z szoku. Jezu Chryste, jeśli ten dzieciak potrafił nie tylko grać, ale też KOMPONOWAĆ takie rzeczy, to naprawdę był geniuszem! Louis może nie znał się wybitnie na muzyce, lecz nie był też głuchy jak pień i kompletnie niewrażliwy. Umiał rozpoznać, co jest dobrym utworem, a co zwykłą szmirą. A to, co zaprezentował Harry, niewątpliwie było dobre w jego mniemaniu. Innowacyjne i ciekawe.
- Czasem coś tam piszę, a raczej próbuję. – Harry chyba po raz pierwszy, odkąd Louis go poznał, wydawał się zawstydzony. Jakby nie chciał rozmawiać o swoim talencie.
- Mówiłam ci, że jest niesamowity – wtrąciła Suzi, dumna jak paw.
- Zgadzam się całkowicie – powiedział Louis z uśmiechem. – Ćwiczyłeś sam, czy ktoś cię uczył?
Z jakiegoś powodu twarz Harry’ego nieco spochmurniała. Chłopak unikał wzroku Louisa, ponownie przebiegając palcami po klawiaturze, szybkim, może nieco nerwowym rytmem.
- Najpierw sam, a potem miałem nauczyciela – odparł. – Przez dwa lata. Był… dobry w tym, co robił.
Louis nie zdążył pociągnąć rozmowy, gdyż w drzwiach pojawiła się Alice. Dygnęła lekko.
- Panie Louis, pana ojciec prosi, żeby przyszedł pan do gabinetu, jeśli to możliwe.
- Tak, już idę. – Do Louisa dopiero dotarło, że przecież miał tego przedpołudnia w planach inne zajęcia niż towarzyszenie siostrze i Harry’emu w lekcji muzyki. Z uśmiechem położył dłonie na ramionach dziewczynki. – Suzi, myślę, że powinnaś słuchać Harry’ego jeśli chodzi o grę. Zna się na rzeczy.
Suzi rozpromieniła się szeroko, a na twarz chłopaka o kręconych włosach również powrócił uśmiech.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz