„Midnight memories” już
w sklepach. Strasznie chciałabym usłyszeć te piosenki na żywo, ale chyba nie
dam rady jechać. Myślałam o Sztokholmie, bo samolot jest stosunkowo tani…
natomiast ceny hoteli zabijają :/ Szesnaście godzin w autobusie do Amsterdamu
też mi się nie uśmiecha… Reszta też nie pasuje. Mówią, że pieniądze szczęścia
nie dają. Ale sporo ułatwiają.
No nic, dość smętów.
Kto wie, co jeszcze może się wydarzyć. Albo chęć zobaczenia WWA Tour stanie się
tak duża, że uszczuplę konto i pojadę :P
* * *
Zmęczony ślęczeniem nad
zagadnieniami prawnymi, transakcjami handlowymi i rachunkami, Louis postanowił
po południu wybrać się na dłuższy spacer. Kochał okolice Castamere – wzgórza,
łąki, cieniste zagajniki i ukryte wśród nich ścieżki. Stęsknił się za ich widokiem.
Mimo że ogólnie lubił gwarny Londyn, to czasem czuł potrzebę ucieczki w
samotność i ciszę, a w stolicy miał ograniczone ku temu możliwości.
Powietrze było ciepłe i
przyjemne, mimo, że niebo zaczynało zasnuwać się chmurami, zwiastującymi deszcz
– żadna nowość w tej okolicy. Louis nie miał nic przeciwko takiej pogodzie,
była doskonała na spacer, a zamierzał wrócić do domu zanim na dobre się
zachmurzy.
W tej chwili wspinał
się właśnie na swoje ulubione wzgórze, skąd rozpościerał się widok na całą okolicę.
Na szczycie rosło kilka drzew, w tym okazały dąb, pod którym Louis jako
nastolatek lubił siadać i czytać książki w cieniu liści. To było jego miejsce i
chętnie tu wracał, by pobyć sam ze sobą. Jakie zatem było jego zdziwienie, gdy
tego popołudnia wzgórze okazało się zajęte.
- Harry?
Postać siedząca pod
dębem podniosła oczy znad notesu, w którym coś namiętnie zapisywała.
- Louis!
- Umm, witaj… - Louis
nie wiedział, co będzie lepsze: przysiąść się do Harry’ego, czy też odejść,
mówiąc „Przepraszam, nie chciałem ci przeszkadzać”.
- Co ty tu robisz?
Śledzisz mnie, czy jak?
Na twarzy chłopaka
widniał ten jego szeroki, lekko kpiący uśmiech, co do którego Louis nie umiał
się zdecydować, czy go lubi, czy nienawidzi.
- Raczej co ty tu
robisz? – Jednak podszedł bliżej. – To moje miejsce.
- Nie było podpisane. –
Harry wyszczerzył zęby jeszcze bardziej, a starszy chłopak momentalnie zdał
sobie sprawę, jak idiotycznie zabrzmiało jego ostatnie zdanie. Nie pozostawało
mu nic innego, jak wzruszyć ramionami.
Rozłożył na trawie
swoją marynarkę i usiadł w odległości około metra od Harry’ego. Młody
Amerykanin milczał, przyglądając się mu z ciekawością. Louis nie zwrócił na to
uwagi, gdyż objął wzrokiem całą okolicę,
jaka się przed nim roztaczała.
- Ładny widok, nie?
- Ładny – kiwnął głową
Harry, więcej uwagi jednak poświęcając swojemu towarzyszowi niż krajobrazom. –
Lubisz tu przychodzić?
- Lubiłem już jako
dziecko. Nie sądziłem, że ktokolwiek inny bywa na tym wzgórzu.
- Trafiłem tu drugiego
dnia pobytu w Castamere.
Louis uśmiechnął się
kącikiem ust, spoglądając na Harry’ego.
- Widocznie jednak mamy
ze sobą coś wspólnego.
Harry nic nie
odpowiedział, ale w jego osobliwych zielonych oczach odbijało się ciepło i
zadowolenie.
- Pisałeś coś? – Louis
ruchem głowy wskazał na notes, który teraz leżał na trawie obok właściciela.
Nagle poczuł chęć rozmowy. – Jak jeszcze mi powiesz, że jesteś poetą, czy kimś
w tym stylu, to chyba zakopię się pod ziemię, że sam jestem tak przyziemny i
nudny.
Harry parsknął
śmiechem.
- Wcale nie uważam cię
za nudnego. A co do twojego pytania, to próbowałem pracować nad tym utworem, który grałem wam
rano.
- Ale… jak? – zdziwił
się Louis. – Bez fortepianu? Dlaczego nie zajmujesz się tym w domu?
- Charlotte ma teraz
swoje lekcje.
- Acha, rozumiem.
Louis przypomniał
sobie, że faktycznie, wychodząc na spacer, widział starszą siostrę uparcie
ćwiczącą grę pod okiem nauczycielki. W przeciwieństwie do Suzi, Charlotte
ściśle podążała za tym, czego wymagała pani Mallon i koncentrowała się na
technicznej stronie nauki. Jej poziom był znacznie bardziej zaawansowany niż
Suzi, jednak mimo tego Louis miał niejasne przeczucie, że Charlotte nigdy nie
osiągnie wyżyn w grze na fortepianie. Może być dobra, ale nie wzbije się ponad
przeciętność.
Hmm, naprawdę zawsze
tak uważał, czy dopiero od dzisiejszego przedpołudnia, gdy przypadkiem
podsłuchał Harry’ego? Czyżby siła sugestii osiemnastolatka była tak duża?
- Jeśli dobrze się
skoncentruję, nie potrzebuję fortepianu. – Z chwilowego zamyślenia wyrwał go
głos młodszego chłopaka. – Słyszę muzykę w głowie, umiem sobie wyobrazić
dźwięki i zapisać je.
Louis uniósł lekko
brwi, ale wyraz twarzy Harry’ego świadczył, że Styles mówi to zupełnie
poważnie, bez nuty przechwalania się. Co więcej, wyglądał tak naturalnie, jakby
właśnie stwierdził, że niebo jest niebieskie, a trawa zielona.
- Masz wielki talent,
naprawdę. – Louis nie chciał dać temu wyrazu, ale jego podziw dla Harry’ego
wzrastał. – Myślałeś może nad karierą profesjonalnego pianisty i kompozytora?
Harry zaczął skubać
źdźbła trawy, pochylając głowę i nie patrząc na młodego Tomlinsona.
- O wielu rzeczach
myślałem, ale czasem życie weryfikuje plany. – Wzruszył ramionami. – Nie wiem,
co będę robił. Nie chcę nic planować, bo potem są rozczarowania i żale, gdy coś
idzie nie tak, jak sobie człowiek wymarzył. Wolę czekać na to, co życie mi
przyniesie. Jakie da mi szanse… Kogo postawi na mojej drodze…
Uśmiechnął się lekko
sam do siebie, ale Louis nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Słowa Harry’ego
spowodowały, że westchnął.
- Widzisz, moja
przyszłość jest już raczej poukładana.
Harry podniósł głowę.
- To znaczy?
- Pewnie wiesz, że
studiuję prawo…
Harry przytaknął. Louis
nie wiedział, dlaczego nagle poczuł ochotę, by coś o sobie opowiedzieć
kuzynowi, którego tak naprawdę wcale nie znał. Ale nie zastanawiał się nad tym.
Z jakiegoś powodu wydało mu się to naturalne i normalne.
- Brat mojego ojca,
stryj Albert, prowadzi w Londynie dużą kancelarię notarialną, w której czasem
mu pomagam po zajęciach na uczelni. To dobre, bo zdobywam doświadczenie w
zawodzie… Poza tym stryj parę miesięcy temu powiedział, że gdy tylko skończę
studia, mam zagwarantowaną pracę u niego. A z czasem chciałby mnie zrobić
współwłaścicielem kancelarii.
Harry zagwizdał z
uznaniem.
- No to nieźle. Ścieżka
kariery leży przed tobą prosto i równo. Ale z tego, co zdążyłem się zorientować
w rodzinnych koneksjach, twój stryj ma dwóch synów. Nie będą wściekli, że
oddaje interes w ręce bratanka?
Louis przewrócił
oczami.
- W normalnych
okolicznościach pewnie by byli, ale obaj nie są szczególnie zainteresowani
prawem.
I opowiedział Harry’emu
to, o czym rodzina niechętnie wspominała, traktując całą sprawę niczym plamę na
honorze.
Stryj Albert, owszem,
miał dwóch synów – Anthony’ego i Phillipa, ale zainteresowania obu leżały w
znacznej odległości od kodeksów, przepisów i paragrafów. Anthony od
najmłodszych lat pasjonował się wojskowością, jego światem były mundury,
uzbrojenie i techniki wojenne. Po kilku nieudanych próbach wciągnięcia
starszego syna w obszary związane z prawem, stryj Albert musiał dać za wygraną
i zgodzić się na karierę wojskową chłopaka. Na szczęście Anthony okazał się
ambitny i szybko piął się po drabinie, zdobywając kolejne stopnie i zaszczyty.
Chcąc, nie chcąc, ojciec pogodził się z jego wyborem i nawet był dumny z
osiągnięć syna. Z młodszym, Phillipem, sprawa przedstawiała się dużo gorzej.
Chłopak był typem artysty, na dodatek mocno niepokornego. Szybko wrósł w
światek londyńskiej bohemy, a z prawem miał tylko tyle wspólnego, że często je
łamał. Pijatyki, bijatyki i uliczne awantury były dla niego chlebem powszednim,
przeplatając się z okresami twórczego szaleństwa, kiedy to całymi dniami
siedział zamknięty w swoim pokoju i malował obrazy. Ojciec nie raz musiał
wykorzystywać swe wpływy, by wyciągać Phillipa z kłopotów, za co chłopak
bynajmniej nie był mu wdzięczny, nie chcąc mieć nic wspólnego z „zatęchłą
arystokracją”, jak określał Tomlinsonów. Postępowanie Phillipa budziło coraz
większą wściekłość stryja Alberta i rozpacz ciotki Judith. Chłopak ani myślał o
ustatkowaniu się, zdobyciu normalnego zawodu i małżeństwie. Romansował na prawo
i lewo, będąc również przyczyną kilku skandali towarzyskich. Ojciec i matka
długo próbowali przywrócić go na właściwą ścieżkę, szukając nawet pomocy u lekarzy,
ale w końcu dali za wygraną. Wyrzekli się niepokornego syna, jednocześnie
spisując testament, w którym pozbawili go prawa do jakiegokolwiek rodzinnego
majątku. Mimo drastycznego finału historia Phillipa była dla nich bardzo
bolesna i upokarzająca, w związku z czym nigdy o niej nie wspominano –
przynajmniej oficjalnie.
- Zatem jak widzisz –
zakończył opowieść Louis – nie ma kto objąć tej kancelarii, a stryj nie chce
oddawać jej w obce ręce, gdy już sam nie będzie w stanie jej prowadzić. Należy
do Tomlinsonów od prawie stu lat, kolejne pokolenia ciężko pracowały na jej
renomę. Powinienem się cieszyć, że będę jej współudziałowcem, a z czasem może
jedynym właścicielem.
- „Powinieneś” –
zauważył Harry. – Ale z jakiegoś powodu się nie cieszysz.
- Źle mnie zrozumiałeś
– odparł Louis, ale wyraz jego twarzy świadczył, że Harry niekoniecznie
zupełnie się pomylił. – Jestem z tego powodu szczęśliwy, tylko… to wielka
odpowiedzialność. Mam nadzieję, że podołam wszystkiemu, zwłaszcza, że ojciec
chce mnie jeszcze wprowadzić w sprawy związane z handlem, żebym z czasem mógł
przejąć jego obowiązki. No i jest jeszcze Castamere…
Harry przez moment
siedział z uchylonymi ustami, wpatrując się w Louisa z lekkim niedowierzaniem.
- Zaraz… - zaczął
ostrożnie. – Chcesz mi powiedzieć, że w bliskiej przyszłości dostaniesz
kancelarię prawną, przedsiębiorstwo handlowe i posiadłość ziemską z wielką
willą?
Louis kiwnął głową, z
jakiegoś powodu zawstydzony. Może czuł się lekko zażenowany, zdradzając
Harry’emu, jak wielkie dobra mają wpaść w jego ręce, podczas gdy całym
majątkiem Amerykanina wydawał się talent muzyczny i parę rzeczy osobistych,
które przywiózł z Bostonu…?
- Tak to mniej więcej
wygląda.
- Jasny gwint! –
zaśmiał się Harry, nadal w szoku. – To chyba trochę dużo, jak na jednego
człowieka, nie uważasz?
Louis wzruszył
ramionami.
- Muszę dać sobie radę.
Rodzina pokłada we mnie nadzieje.
Harry prychnął, jakby z
jakiegoś powodu odpowiedź Louisa go zdenerwowała i nie była taka, jakiej
oczekiwał.
- Ty ciągle tylko:
rodzina, plany, małżeństwo, praca i tak dalej. Wszyscy czegoś od ciebie chcą,
czegoś oczekują, na coś liczą…! A czego ty sam chcesz, Louis?
Harry znowu wpatrywał
się w niego swoimi wyjątkowymi, zielonymi oczami, ale chyba po raz pierwszy
jego wzrok wydał się Louisowi aż tak hipnotyzujący. Mimo wszystko Tomlinson
starał się zachować przytomność umysłu. Może gdy nie będzie patrzył mu w twarz,
będzie łatwiej?
- To nie takie proste –
odpowiedział. – W życiu mamy obowiązki…
- W życiu mamy też
pragnienia! – Wpadł mu w słowo Harry. – I marzenia! Dlaczego ten cholerny świat
nas ogranicza? Dlaczego mamy wykonywać pracę, jaką wybrali za nas rodzice,
żenić się z tymi, których wskazali nam rodzice i przestrzegać jakiejś
idiotycznej etykiety, którą ktoś wymyślił dwieście lat temu? To jest
nienormalne!
Louisa zaskoczył jego
nagły wybuch. Do tej pory wydawało mu się, że Harry Styles jest raczej osobą,
która każdą sytuację życiową kwituje swoim pobłażliwo – ironicznym uśmiechem i
nic nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi. Tymczasem okazywało się, że
chłopak ma także swoją dziką stronę i Louis nie umiał się zdecydować, która
wersja Harry’ego bardziej go niepokoi.
- Masz rację, życie
bywa czasem nienormalne – odpowiedział, nieco już zirytowany. – I nie zawsze
dostajemy w nim to, czego chcemy.
- Ale zawsze możemy
walczyć. – Harry był już znacznie spokojniejszy. Jakby jego gniew równie łatwo
się zapalał, co gasł.
- A czego ty pragniesz,
Harry? – Louis sam nie wiedział, co kazało mu zadać to pytanie. Niemal bezwiednie
opuściło ono jego usta. – I dlaczego w ogóle przyjechałeś do Anglii? Dlatego,
że chciałeś, czy dlatego, że musiałeś?
Louis już w momencie
wypowiadania tych słów wiedział, że popełnił fatalny błąd. Jeśli w ogóle chciał
dowiedzieć się, jakie okoliczności sprowadziły młodego Sylesa do Wielkiej
Brytanii, wybrał najgorszy możliwy sposób i najgorsze możliwe okoliczności.
Teraz mógł jedynie spodziewać się kolejnego wybuchu złości ze strony Harry’ego.
Tym bardziej zaskoczyła
go reakcja.
- Za dużo chciałbyś
wiedzieć – odpowiedział Harry, idealnie i z rozmysłem cytując słowa, jakie
Louis skierował do niego poprzedniego wieczoru w bibliotece.
Po czym podniósł z
ziemi swój notes, wstał i ruszył w dół wzgórza, pozostawiając Louisa kompletnie
osłupiałego pod rozłożystym dębem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz