środa, 27 listopada 2013

Rozdział 2: Iskry (cz. 3)





„Midnight memories” już w sklepach. Strasznie chciałabym usłyszeć te piosenki na żywo, ale chyba nie dam rady jechać. Myślałam o Sztokholmie, bo samolot jest stosunkowo tani… natomiast ceny hoteli zabijają :/ Szesnaście godzin w autobusie do Amsterdamu też mi się nie uśmiecha… Reszta też nie pasuje. Mówią, że pieniądze szczęścia nie dają. Ale sporo ułatwiają.
No nic, dość smętów. Kto wie, co jeszcze może się wydarzyć. Albo chęć zobaczenia WWA Tour stanie się tak duża, że uszczuplę konto i pojadę :P



 *   *   *

Zmęczony ślęczeniem nad zagadnieniami prawnymi, transakcjami handlowymi i rachunkami, Louis postanowił po południu wybrać się na dłuższy spacer. Kochał okolice Castamere – wzgórza, łąki, cieniste zagajniki i ukryte wśród nich ścieżki. Stęsknił się za ich widokiem. Mimo że ogólnie lubił gwarny Londyn, to czasem czuł potrzebę ucieczki w samotność i ciszę, a w stolicy miał ograniczone ku temu możliwości.
Powietrze było ciepłe i przyjemne, mimo, że niebo zaczynało zasnuwać się chmurami, zwiastującymi deszcz – żadna nowość w tej okolicy. Louis nie miał nic przeciwko takiej pogodzie, była doskonała na spacer, a zamierzał wrócić do domu zanim na dobre się zachmurzy.
W tej chwili wspinał się właśnie na swoje ulubione wzgórze, skąd rozpościerał się widok na całą okolicę. Na szczycie rosło kilka drzew, w tym okazały dąb, pod którym Louis jako nastolatek lubił siadać i czytać książki w cieniu liści. To było jego miejsce i chętnie tu wracał, by pobyć sam ze sobą. Jakie zatem było jego zdziwienie, gdy tego popołudnia wzgórze okazało się zajęte.
- Harry?
Postać siedząca pod dębem podniosła oczy znad notesu, w którym coś namiętnie zapisywała.
- Louis!
- Umm, witaj… - Louis nie wiedział, co będzie lepsze: przysiąść się do Harry’ego, czy też odejść, mówiąc „Przepraszam, nie chciałem ci przeszkadzać”.
- Co ty tu robisz? Śledzisz mnie, czy jak?
Na twarzy chłopaka widniał ten jego szeroki, lekko kpiący uśmiech, co do którego Louis nie umiał się zdecydować, czy go lubi, czy nienawidzi.
- Raczej co ty tu robisz? – Jednak podszedł bliżej. – To moje miejsce.
- Nie było podpisane. – Harry wyszczerzył zęby jeszcze bardziej, a starszy chłopak momentalnie zdał sobie sprawę, jak idiotycznie zabrzmiało jego ostatnie zdanie. Nie pozostawało mu nic innego, jak wzruszyć ramionami.
Rozłożył na trawie swoją marynarkę i usiadł w odległości około metra od Harry’ego. Młody Amerykanin milczał, przyglądając się mu z ciekawością. Louis nie zwrócił na to uwagi, gdyż objął wzrokiem całą  okolicę, jaka się przed nim roztaczała.
- Ładny widok, nie?
- Ładny – kiwnął głową Harry, więcej uwagi jednak poświęcając swojemu towarzyszowi niż krajobrazom. – Lubisz tu przychodzić?
- Lubiłem już jako dziecko. Nie sądziłem, że ktokolwiek inny bywa na tym wzgórzu.
- Trafiłem tu drugiego dnia pobytu w Castamere.
Louis uśmiechnął się kącikiem ust, spoglądając na Harry’ego.
- Widocznie jednak mamy ze sobą coś wspólnego.
Harry nic nie odpowiedział, ale w jego osobliwych zielonych oczach odbijało się ciepło i zadowolenie.
- Pisałeś coś? – Louis ruchem głowy wskazał na notes, który teraz leżał na trawie obok właściciela. Nagle poczuł chęć rozmowy. – Jak jeszcze mi powiesz, że jesteś poetą, czy kimś w tym stylu, to chyba zakopię się pod ziemię, że sam jestem tak przyziemny i nudny.
Harry parsknął śmiechem.
- Wcale nie uważam cię za nudnego. A co do twojego pytania, to próbowałem  pracować nad tym utworem, który grałem wam rano.
- Ale… jak? – zdziwił się Louis. – Bez fortepianu? Dlaczego nie zajmujesz się tym w domu?
- Charlotte ma teraz swoje lekcje.
- Acha, rozumiem.
Louis przypomniał sobie, że faktycznie, wychodząc na spacer, widział starszą siostrę uparcie ćwiczącą grę pod okiem nauczycielki. W przeciwieństwie do Suzi, Charlotte ściśle podążała za tym, czego wymagała pani Mallon i koncentrowała się na technicznej stronie nauki. Jej poziom był znacznie bardziej zaawansowany niż Suzi, jednak mimo tego Louis miał niejasne przeczucie, że Charlotte nigdy nie osiągnie wyżyn w grze na fortepianie. Może być dobra, ale nie wzbije się ponad przeciętność.
Hmm, naprawdę zawsze tak uważał, czy dopiero od dzisiejszego przedpołudnia, gdy przypadkiem podsłuchał Harry’ego? Czyżby siła sugestii osiemnastolatka była tak duża?
- Jeśli dobrze się skoncentruję, nie potrzebuję fortepianu. – Z chwilowego zamyślenia wyrwał go głos młodszego chłopaka. – Słyszę muzykę w głowie, umiem sobie wyobrazić dźwięki i zapisać je.
Louis uniósł lekko brwi, ale wyraz twarzy Harry’ego świadczył, że Styles mówi to zupełnie poważnie, bez nuty przechwalania się. Co więcej, wyglądał tak naturalnie, jakby właśnie stwierdził, że niebo jest niebieskie, a trawa zielona.
- Masz wielki talent, naprawdę. – Louis nie chciał dać temu wyrazu, ale jego podziw dla Harry’ego wzrastał. – Myślałeś może nad karierą profesjonalnego pianisty i kompozytora?
Harry zaczął skubać źdźbła trawy, pochylając głowę i nie patrząc na młodego Tomlinsona.
- O wielu rzeczach myślałem, ale czasem życie weryfikuje plany. – Wzruszył ramionami. – Nie wiem, co będę robił. Nie chcę nic planować, bo potem są rozczarowania i żale, gdy coś idzie nie tak, jak sobie człowiek wymarzył. Wolę czekać na to, co życie mi przyniesie. Jakie da mi szanse… Kogo postawi na mojej drodze…
Uśmiechnął się lekko sam do siebie, ale Louis nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Słowa Harry’ego spowodowały, że westchnął.
- Widzisz, moja przyszłość jest już raczej poukładana.
Harry podniósł głowę.
- To znaczy?
- Pewnie wiesz, że studiuję prawo…
Harry przytaknął. Louis nie wiedział, dlaczego nagle poczuł ochotę, by coś o sobie opowiedzieć kuzynowi, którego tak naprawdę wcale nie znał. Ale nie zastanawiał się nad tym. Z jakiegoś powodu wydało mu się to naturalne i normalne.
- Brat mojego ojca, stryj Albert, prowadzi w Londynie dużą kancelarię notarialną, w której czasem mu pomagam po zajęciach na uczelni. To dobre, bo zdobywam doświadczenie w zawodzie… Poza tym stryj parę miesięcy temu powiedział, że gdy tylko skończę studia, mam zagwarantowaną pracę u niego. A z czasem chciałby mnie zrobić współwłaścicielem kancelarii.
Harry zagwizdał z uznaniem.
- No to nieźle. Ścieżka kariery leży przed tobą prosto i równo. Ale z tego, co zdążyłem się zorientować w rodzinnych koneksjach, twój stryj ma dwóch synów. Nie będą wściekli, że oddaje interes w ręce bratanka?
Louis przewrócił oczami.
- W normalnych okolicznościach pewnie by byli, ale obaj nie są szczególnie zainteresowani prawem.
I opowiedział Harry’emu to, o czym rodzina niechętnie wspominała, traktując całą sprawę niczym plamę na honorze.
Stryj Albert, owszem, miał dwóch synów – Anthony’ego i Phillipa, ale zainteresowania obu leżały w znacznej odległości od kodeksów, przepisów i paragrafów. Anthony od najmłodszych lat pasjonował się wojskowością, jego światem były mundury, uzbrojenie i techniki wojenne. Po kilku nieudanych próbach wciągnięcia starszego syna w obszary związane z prawem, stryj Albert musiał dać za wygraną i zgodzić się na karierę wojskową chłopaka. Na szczęście Anthony okazał się ambitny i szybko piął się po drabinie, zdobywając kolejne stopnie i zaszczyty. Chcąc, nie chcąc, ojciec pogodził się z jego wyborem i nawet był dumny z osiągnięć syna. Z młodszym, Phillipem, sprawa przedstawiała się dużo gorzej. Chłopak był typem artysty, na dodatek mocno niepokornego. Szybko wrósł w światek londyńskiej bohemy, a z prawem miał tylko tyle wspólnego, że często je łamał. Pijatyki, bijatyki i uliczne awantury były dla niego chlebem powszednim, przeplatając się z okresami twórczego szaleństwa, kiedy to całymi dniami siedział zamknięty w swoim pokoju i malował obrazy. Ojciec nie raz musiał wykorzystywać swe wpływy, by wyciągać Phillipa z kłopotów, za co chłopak bynajmniej nie był mu wdzięczny, nie chcąc mieć nic wspólnego z „zatęchłą arystokracją”, jak określał Tomlinsonów. Postępowanie Phillipa budziło coraz większą wściekłość stryja Alberta i rozpacz ciotki Judith. Chłopak ani myślał o ustatkowaniu się, zdobyciu normalnego zawodu i małżeństwie. Romansował na prawo i lewo, będąc również przyczyną kilku skandali towarzyskich. Ojciec i matka długo próbowali przywrócić go na właściwą ścieżkę, szukając nawet pomocy u lekarzy, ale w końcu dali za wygraną. Wyrzekli się niepokornego syna, jednocześnie spisując testament, w którym pozbawili go prawa do jakiegokolwiek rodzinnego majątku. Mimo drastycznego finału historia Phillipa była dla nich bardzo bolesna i upokarzająca, w związku z czym nigdy o niej nie wspominano – przynajmniej oficjalnie.
- Zatem jak widzisz – zakończył opowieść Louis – nie ma kto objąć tej kancelarii, a stryj nie chce oddawać jej w obce ręce, gdy już sam nie będzie w stanie jej prowadzić. Należy do Tomlinsonów od prawie stu lat, kolejne pokolenia ciężko pracowały na jej renomę. Powinienem się cieszyć, że będę jej współudziałowcem, a z czasem może jedynym właścicielem.
- „Powinieneś” – zauważył Harry. – Ale z jakiegoś powodu się nie cieszysz.
- Źle mnie zrozumiałeś – odparł Louis, ale wyraz jego twarzy świadczył, że Harry niekoniecznie zupełnie się pomylił. – Jestem z tego powodu szczęśliwy, tylko… to wielka odpowiedzialność. Mam nadzieję, że podołam wszystkiemu, zwłaszcza, że ojciec chce mnie jeszcze wprowadzić w sprawy związane z handlem, żebym z czasem mógł przejąć jego obowiązki. No i jest jeszcze Castamere…
Harry przez moment siedział z uchylonymi ustami, wpatrując się w Louisa z lekkim niedowierzaniem.
- Zaraz… - zaczął ostrożnie. – Chcesz mi powiedzieć, że w bliskiej przyszłości dostaniesz kancelarię prawną, przedsiębiorstwo handlowe i posiadłość ziemską z wielką willą?
Louis kiwnął głową, z jakiegoś powodu zawstydzony. Może czuł się lekko zażenowany, zdradzając Harry’emu, jak wielkie dobra mają wpaść w jego ręce, podczas gdy całym majątkiem Amerykanina wydawał się talent muzyczny i parę rzeczy osobistych, które przywiózł z Bostonu…?
- Tak to mniej więcej wygląda.
- Jasny gwint! – zaśmiał się Harry, nadal w szoku. – To chyba trochę dużo, jak na jednego człowieka, nie uważasz?
Louis wzruszył ramionami.
- Muszę dać sobie radę. Rodzina pokłada we mnie nadzieje.
Harry prychnął, jakby z jakiegoś powodu odpowiedź Louisa go zdenerwowała i nie była taka, jakiej oczekiwał.
- Ty ciągle tylko: rodzina, plany, małżeństwo, praca i tak dalej. Wszyscy czegoś od ciebie chcą, czegoś oczekują, na coś liczą…! A czego ty sam chcesz, Louis?
Harry znowu wpatrywał się w niego swoimi wyjątkowymi, zielonymi oczami, ale chyba po raz pierwszy jego wzrok wydał się Louisowi aż tak hipnotyzujący. Mimo wszystko Tomlinson starał się zachować przytomność umysłu. Może gdy nie będzie patrzył mu w twarz, będzie łatwiej?
- To nie takie proste – odpowiedział. – W życiu mamy obowiązki…
- W życiu mamy też pragnienia! – Wpadł mu w słowo Harry. – I marzenia! Dlaczego ten cholerny świat nas ogranicza? Dlaczego mamy wykonywać pracę, jaką wybrali za nas rodzice, żenić się z tymi, których wskazali nam rodzice i przestrzegać jakiejś idiotycznej etykiety, którą ktoś wymyślił dwieście lat temu? To jest nienormalne!
Louisa zaskoczył jego nagły wybuch. Do tej pory wydawało mu się, że Harry Styles jest raczej osobą, która każdą sytuację życiową kwituje swoim pobłażliwo – ironicznym uśmiechem i nic nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi. Tymczasem okazywało się, że chłopak ma także swoją dziką stronę i Louis nie umiał się zdecydować, która wersja Harry’ego bardziej go niepokoi.
- Masz rację, życie bywa czasem nienormalne – odpowiedział, nieco już zirytowany. – I nie zawsze dostajemy w nim to, czego chcemy.
- Ale zawsze możemy walczyć. – Harry był już znacznie spokojniejszy. Jakby jego gniew równie łatwo się zapalał, co gasł.
- A czego ty pragniesz, Harry? – Louis sam nie wiedział, co kazało mu zadać to pytanie. Niemal bezwiednie opuściło ono jego usta. – I dlaczego w ogóle przyjechałeś do Anglii? Dlatego, że chciałeś, czy dlatego, że musiałeś?
Louis już w momencie wypowiadania tych słów wiedział, że popełnił fatalny błąd. Jeśli w ogóle chciał dowiedzieć się, jakie okoliczności sprowadziły młodego Sylesa do Wielkiej Brytanii, wybrał najgorszy możliwy sposób i najgorsze możliwe okoliczności. Teraz mógł jedynie spodziewać się kolejnego wybuchu złości ze strony Harry’ego.
Tym bardziej zaskoczyła go reakcja.
- Za dużo chciałbyś wiedzieć – odpowiedział Harry, idealnie i z rozmysłem cytując słowa, jakie Louis skierował do niego poprzedniego wieczoru w bibliotece.
Po czym podniósł z ziemi swój notes, wstał i ruszył w dół wzgórza, pozostawiając Louisa kompletnie osłupiałego pod rozłożystym dębem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz