środa, 27 listopada 2013

Rozdział 2: Iskry (cz. 3)





„Midnight memories” już w sklepach. Strasznie chciałabym usłyszeć te piosenki na żywo, ale chyba nie dam rady jechać. Myślałam o Sztokholmie, bo samolot jest stosunkowo tani… natomiast ceny hoteli zabijają :/ Szesnaście godzin w autobusie do Amsterdamu też mi się nie uśmiecha… Reszta też nie pasuje. Mówią, że pieniądze szczęścia nie dają. Ale sporo ułatwiają.
No nic, dość smętów. Kto wie, co jeszcze może się wydarzyć. Albo chęć zobaczenia WWA Tour stanie się tak duża, że uszczuplę konto i pojadę :P



 *   *   *

Zmęczony ślęczeniem nad zagadnieniami prawnymi, transakcjami handlowymi i rachunkami, Louis postanowił po południu wybrać się na dłuższy spacer. Kochał okolice Castamere – wzgórza, łąki, cieniste zagajniki i ukryte wśród nich ścieżki. Stęsknił się za ich widokiem. Mimo że ogólnie lubił gwarny Londyn, to czasem czuł potrzebę ucieczki w samotność i ciszę, a w stolicy miał ograniczone ku temu możliwości.
Powietrze było ciepłe i przyjemne, mimo, że niebo zaczynało zasnuwać się chmurami, zwiastującymi deszcz – żadna nowość w tej okolicy. Louis nie miał nic przeciwko takiej pogodzie, była doskonała na spacer, a zamierzał wrócić do domu zanim na dobre się zachmurzy.
W tej chwili wspinał się właśnie na swoje ulubione wzgórze, skąd rozpościerał się widok na całą okolicę. Na szczycie rosło kilka drzew, w tym okazały dąb, pod którym Louis jako nastolatek lubił siadać i czytać książki w cieniu liści. To było jego miejsce i chętnie tu wracał, by pobyć sam ze sobą. Jakie zatem było jego zdziwienie, gdy tego popołudnia wzgórze okazało się zajęte.
- Harry?
Postać siedząca pod dębem podniosła oczy znad notesu, w którym coś namiętnie zapisywała.
- Louis!
- Umm, witaj… - Louis nie wiedział, co będzie lepsze: przysiąść się do Harry’ego, czy też odejść, mówiąc „Przepraszam, nie chciałem ci przeszkadzać”.
- Co ty tu robisz? Śledzisz mnie, czy jak?
Na twarzy chłopaka widniał ten jego szeroki, lekko kpiący uśmiech, co do którego Louis nie umiał się zdecydować, czy go lubi, czy nienawidzi.
- Raczej co ty tu robisz? – Jednak podszedł bliżej. – To moje miejsce.
- Nie było podpisane. – Harry wyszczerzył zęby jeszcze bardziej, a starszy chłopak momentalnie zdał sobie sprawę, jak idiotycznie zabrzmiało jego ostatnie zdanie. Nie pozostawało mu nic innego, jak wzruszyć ramionami.
Rozłożył na trawie swoją marynarkę i usiadł w odległości około metra od Harry’ego. Młody Amerykanin milczał, przyglądając się mu z ciekawością. Louis nie zwrócił na to uwagi, gdyż objął wzrokiem całą  okolicę, jaka się przed nim roztaczała.
- Ładny widok, nie?
- Ładny – kiwnął głową Harry, więcej uwagi jednak poświęcając swojemu towarzyszowi niż krajobrazom. – Lubisz tu przychodzić?
- Lubiłem już jako dziecko. Nie sądziłem, że ktokolwiek inny bywa na tym wzgórzu.
- Trafiłem tu drugiego dnia pobytu w Castamere.
Louis uśmiechnął się kącikiem ust, spoglądając na Harry’ego.
- Widocznie jednak mamy ze sobą coś wspólnego.
Harry nic nie odpowiedział, ale w jego osobliwych zielonych oczach odbijało się ciepło i zadowolenie.
- Pisałeś coś? – Louis ruchem głowy wskazał na notes, który teraz leżał na trawie obok właściciela. Nagle poczuł chęć rozmowy. – Jak jeszcze mi powiesz, że jesteś poetą, czy kimś w tym stylu, to chyba zakopię się pod ziemię, że sam jestem tak przyziemny i nudny.
Harry parsknął śmiechem.
- Wcale nie uważam cię za nudnego. A co do twojego pytania, to próbowałem  pracować nad tym utworem, który grałem wam rano.
- Ale… jak? – zdziwił się Louis. – Bez fortepianu? Dlaczego nie zajmujesz się tym w domu?
- Charlotte ma teraz swoje lekcje.
- Acha, rozumiem.
Louis przypomniał sobie, że faktycznie, wychodząc na spacer, widział starszą siostrę uparcie ćwiczącą grę pod okiem nauczycielki. W przeciwieństwie do Suzi, Charlotte ściśle podążała za tym, czego wymagała pani Mallon i koncentrowała się na technicznej stronie nauki. Jej poziom był znacznie bardziej zaawansowany niż Suzi, jednak mimo tego Louis miał niejasne przeczucie, że Charlotte nigdy nie osiągnie wyżyn w grze na fortepianie. Może być dobra, ale nie wzbije się ponad przeciętność.
Hmm, naprawdę zawsze tak uważał, czy dopiero od dzisiejszego przedpołudnia, gdy przypadkiem podsłuchał Harry’ego? Czyżby siła sugestii osiemnastolatka była tak duża?
- Jeśli dobrze się skoncentruję, nie potrzebuję fortepianu. – Z chwilowego zamyślenia wyrwał go głos młodszego chłopaka. – Słyszę muzykę w głowie, umiem sobie wyobrazić dźwięki i zapisać je.
Louis uniósł lekko brwi, ale wyraz twarzy Harry’ego świadczył, że Styles mówi to zupełnie poważnie, bez nuty przechwalania się. Co więcej, wyglądał tak naturalnie, jakby właśnie stwierdził, że niebo jest niebieskie, a trawa zielona.
- Masz wielki talent, naprawdę. – Louis nie chciał dać temu wyrazu, ale jego podziw dla Harry’ego wzrastał. – Myślałeś może nad karierą profesjonalnego pianisty i kompozytora?
Harry zaczął skubać źdźbła trawy, pochylając głowę i nie patrząc na młodego Tomlinsona.
- O wielu rzeczach myślałem, ale czasem życie weryfikuje plany. – Wzruszył ramionami. – Nie wiem, co będę robił. Nie chcę nic planować, bo potem są rozczarowania i żale, gdy coś idzie nie tak, jak sobie człowiek wymarzył. Wolę czekać na to, co życie mi przyniesie. Jakie da mi szanse… Kogo postawi na mojej drodze…
Uśmiechnął się lekko sam do siebie, ale Louis nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Słowa Harry’ego spowodowały, że westchnął.
- Widzisz, moja przyszłość jest już raczej poukładana.
Harry podniósł głowę.
- To znaczy?
- Pewnie wiesz, że studiuję prawo…
Harry przytaknął. Louis nie wiedział, dlaczego nagle poczuł ochotę, by coś o sobie opowiedzieć kuzynowi, którego tak naprawdę wcale nie znał. Ale nie zastanawiał się nad tym. Z jakiegoś powodu wydało mu się to naturalne i normalne.
- Brat mojego ojca, stryj Albert, prowadzi w Londynie dużą kancelarię notarialną, w której czasem mu pomagam po zajęciach na uczelni. To dobre, bo zdobywam doświadczenie w zawodzie… Poza tym stryj parę miesięcy temu powiedział, że gdy tylko skończę studia, mam zagwarantowaną pracę u niego. A z czasem chciałby mnie zrobić współwłaścicielem kancelarii.
Harry zagwizdał z uznaniem.
- No to nieźle. Ścieżka kariery leży przed tobą prosto i równo. Ale z tego, co zdążyłem się zorientować w rodzinnych koneksjach, twój stryj ma dwóch synów. Nie będą wściekli, że oddaje interes w ręce bratanka?
Louis przewrócił oczami.
- W normalnych okolicznościach pewnie by byli, ale obaj nie są szczególnie zainteresowani prawem.
I opowiedział Harry’emu to, o czym rodzina niechętnie wspominała, traktując całą sprawę niczym plamę na honorze.
Stryj Albert, owszem, miał dwóch synów – Anthony’ego i Phillipa, ale zainteresowania obu leżały w znacznej odległości od kodeksów, przepisów i paragrafów. Anthony od najmłodszych lat pasjonował się wojskowością, jego światem były mundury, uzbrojenie i techniki wojenne. Po kilku nieudanych próbach wciągnięcia starszego syna w obszary związane z prawem, stryj Albert musiał dać za wygraną i zgodzić się na karierę wojskową chłopaka. Na szczęście Anthony okazał się ambitny i szybko piął się po drabinie, zdobywając kolejne stopnie i zaszczyty. Chcąc, nie chcąc, ojciec pogodził się z jego wyborem i nawet był dumny z osiągnięć syna. Z młodszym, Phillipem, sprawa przedstawiała się dużo gorzej. Chłopak był typem artysty, na dodatek mocno niepokornego. Szybko wrósł w światek londyńskiej bohemy, a z prawem miał tylko tyle wspólnego, że często je łamał. Pijatyki, bijatyki i uliczne awantury były dla niego chlebem powszednim, przeplatając się z okresami twórczego szaleństwa, kiedy to całymi dniami siedział zamknięty w swoim pokoju i malował obrazy. Ojciec nie raz musiał wykorzystywać swe wpływy, by wyciągać Phillipa z kłopotów, za co chłopak bynajmniej nie był mu wdzięczny, nie chcąc mieć nic wspólnego z „zatęchłą arystokracją”, jak określał Tomlinsonów. Postępowanie Phillipa budziło coraz większą wściekłość stryja Alberta i rozpacz ciotki Judith. Chłopak ani myślał o ustatkowaniu się, zdobyciu normalnego zawodu i małżeństwie. Romansował na prawo i lewo, będąc również przyczyną kilku skandali towarzyskich. Ojciec i matka długo próbowali przywrócić go na właściwą ścieżkę, szukając nawet pomocy u lekarzy, ale w końcu dali za wygraną. Wyrzekli się niepokornego syna, jednocześnie spisując testament, w którym pozbawili go prawa do jakiegokolwiek rodzinnego majątku. Mimo drastycznego finału historia Phillipa była dla nich bardzo bolesna i upokarzająca, w związku z czym nigdy o niej nie wspominano – przynajmniej oficjalnie.
- Zatem jak widzisz – zakończył opowieść Louis – nie ma kto objąć tej kancelarii, a stryj nie chce oddawać jej w obce ręce, gdy już sam nie będzie w stanie jej prowadzić. Należy do Tomlinsonów od prawie stu lat, kolejne pokolenia ciężko pracowały na jej renomę. Powinienem się cieszyć, że będę jej współudziałowcem, a z czasem może jedynym właścicielem.
- „Powinieneś” – zauważył Harry. – Ale z jakiegoś powodu się nie cieszysz.
- Źle mnie zrozumiałeś – odparł Louis, ale wyraz jego twarzy świadczył, że Harry niekoniecznie zupełnie się pomylił. – Jestem z tego powodu szczęśliwy, tylko… to wielka odpowiedzialność. Mam nadzieję, że podołam wszystkiemu, zwłaszcza, że ojciec chce mnie jeszcze wprowadzić w sprawy związane z handlem, żebym z czasem mógł przejąć jego obowiązki. No i jest jeszcze Castamere…
Harry przez moment siedział z uchylonymi ustami, wpatrując się w Louisa z lekkim niedowierzaniem.
- Zaraz… - zaczął ostrożnie. – Chcesz mi powiedzieć, że w bliskiej przyszłości dostaniesz kancelarię prawną, przedsiębiorstwo handlowe i posiadłość ziemską z wielką willą?
Louis kiwnął głową, z jakiegoś powodu zawstydzony. Może czuł się lekko zażenowany, zdradzając Harry’emu, jak wielkie dobra mają wpaść w jego ręce, podczas gdy całym majątkiem Amerykanina wydawał się talent muzyczny i parę rzeczy osobistych, które przywiózł z Bostonu…?
- Tak to mniej więcej wygląda.
- Jasny gwint! – zaśmiał się Harry, nadal w szoku. – To chyba trochę dużo, jak na jednego człowieka, nie uważasz?
Louis wzruszył ramionami.
- Muszę dać sobie radę. Rodzina pokłada we mnie nadzieje.
Harry prychnął, jakby z jakiegoś powodu odpowiedź Louisa go zdenerwowała i nie była taka, jakiej oczekiwał.
- Ty ciągle tylko: rodzina, plany, małżeństwo, praca i tak dalej. Wszyscy czegoś od ciebie chcą, czegoś oczekują, na coś liczą…! A czego ty sam chcesz, Louis?
Harry znowu wpatrywał się w niego swoimi wyjątkowymi, zielonymi oczami, ale chyba po raz pierwszy jego wzrok wydał się Louisowi aż tak hipnotyzujący. Mimo wszystko Tomlinson starał się zachować przytomność umysłu. Może gdy nie będzie patrzył mu w twarz, będzie łatwiej?
- To nie takie proste – odpowiedział. – W życiu mamy obowiązki…
- W życiu mamy też pragnienia! – Wpadł mu w słowo Harry. – I marzenia! Dlaczego ten cholerny świat nas ogranicza? Dlaczego mamy wykonywać pracę, jaką wybrali za nas rodzice, żenić się z tymi, których wskazali nam rodzice i przestrzegać jakiejś idiotycznej etykiety, którą ktoś wymyślił dwieście lat temu? To jest nienormalne!
Louisa zaskoczył jego nagły wybuch. Do tej pory wydawało mu się, że Harry Styles jest raczej osobą, która każdą sytuację życiową kwituje swoim pobłażliwo – ironicznym uśmiechem i nic nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi. Tymczasem okazywało się, że chłopak ma także swoją dziką stronę i Louis nie umiał się zdecydować, która wersja Harry’ego bardziej go niepokoi.
- Masz rację, życie bywa czasem nienormalne – odpowiedział, nieco już zirytowany. – I nie zawsze dostajemy w nim to, czego chcemy.
- Ale zawsze możemy walczyć. – Harry był już znacznie spokojniejszy. Jakby jego gniew równie łatwo się zapalał, co gasł.
- A czego ty pragniesz, Harry? – Louis sam nie wiedział, co kazało mu zadać to pytanie. Niemal bezwiednie opuściło ono jego usta. – I dlaczego w ogóle przyjechałeś do Anglii? Dlatego, że chciałeś, czy dlatego, że musiałeś?
Louis już w momencie wypowiadania tych słów wiedział, że popełnił fatalny błąd. Jeśli w ogóle chciał dowiedzieć się, jakie okoliczności sprowadziły młodego Sylesa do Wielkiej Brytanii, wybrał najgorszy możliwy sposób i najgorsze możliwe okoliczności. Teraz mógł jedynie spodziewać się kolejnego wybuchu złości ze strony Harry’ego.
Tym bardziej zaskoczyła go reakcja.
- Za dużo chciałbyś wiedzieć – odpowiedział Harry, idealnie i z rozmysłem cytując słowa, jakie Louis skierował do niego poprzedniego wieczoru w bibliotece.
Po czym podniósł z ziemi swój notes, wstał i ruszył w dół wzgórza, pozostawiając Louisa kompletnie osłupiałego pod rozłożystym dębem.

niedziela, 17 listopada 2013

Rozdział 2: Iskry (cz. 2)



Ponieważ jestem w pisaniu dalej niż to wynika z bloga, zaczyna mnie niepokoić postać Harry’ego. Trochę mi się rozłazi :P Nie, że staje się nudna, wręcz przeciwnie – zaczyna być zbyt wesoły i ironiczny. 

Niby to dziwne, wszak to ja piszę  opowiadanie i postacie powinny być takie, jak sobie wymyśliłam. Ale czasem bywa z tym różnie. Poszczególne sceny wydobywają inne cechy bohaterów, dialogi układają się tak, a nie inaczej. Miewałam już tak z opowiadaniami, które pisałam „w dawnych czasach”. I tutaj Harry, który miał być dość neurotyczny, nerwowy, czasem tajemniczy, zaczyna rzucać zabawnymi tekstami. Ale może to nic złego. Łatwiej mi przyjdzie pokazać jego nieco dwubiegunową osobowość w dalszych rozdziałach. Gdyby był cały czas taki sam, stałby się nudny i przewidywalny. 

Z Louisem też muszę uważać. Żeby nie zrobić z niego Rose z „Titanica” ;D

Ha!, i tak nikt tego nie czyta, ale przynajmniej pogadam sama ze sobą :D

A to jest ciekawostka dnia dzisiejszego.
Happily: Pierwsza piosenka, przy której współpracował Harry, jest oczywiście niesamowita. To kompletnie nowe brzmienie dla bandu. Głos prowadzący Harry'ego jest bardzo mocny. Słowa piosenki, które śpiewa, mogą być odnośnikiem do jego romansu z Taylor Swift 'I don’t care what people say when we’re together.' (tłum. z profilu One Direction Polska na fb)
Słowa dziennikarza muzycznego, który jako jedyny miał okazję wysłuchać całego „Midnight Memories”. Jak ta piosenka odnosi się do Taylor Swift, to ja jestem królowa brytyjska! Oczywiście, nie da się w pełni rozszyfrować tekstu znając jeden wers, ale przywodzi on na myśl „They don’t know about us”. Czuję, że „Happily” będzie cudnym Larry song^^ Obym się nie myliła. Nie mogę się doczekać tej płyty. Uwielbiam analizować teksty piosenek!

Byle do 26 listopada!

___________________

*   *   *


Gdy Louis obudził się następnego dnia, przez moment nie umiał skojarzyć, gdzie się znajduje. Zamiast znajomego widoku niewielkiego, dość zagraconego pokoju, miał przed oczami przestrzeń urządzoną ładnie i gustownie meblami w odcieniu głębokiego brązu. Łóżko było szersze i bardziej miękkie, a za oknem panowała cisza.
No tak, Castamere. Był w domu.
Uśmiechnął się sam do siebie, przeciągając się w pościeli. Pewnie było już dość późno, ale nie przejmował się. W pierwszym dniu wakacji wolno mu poleniuchować.
Zanim odbył poranną toaletę i ubrał się, wszyscy domownicy rozeszli się już do swoich obowiązków, zatem Louis śniadanie zjadł samotnie. Alice poinformowała go, że matka wraz z Charlotte udały się do Stevensonów (mama setny raz omawia szczegóły pikniku, a Charlotte plotkuje z Christine, pomyślał Louis, zapewne nie mijając się z prawdą), ojciec od rana przesiaduje w gabinecie (muszę mu pomóc z papierami), a Suzi ma lekcje francuskiego (pewnie cierpi srodze).
- A Harry? – wyrwało się Louisowi bezwiednie. Dlaczego w ogóle o niego zapytał, do licha?
- Pan Styles wyszedł zaraz po śniadaniu. Słyszałam, że wybiera się do Oadby – odparła służąca. – Podać panu coś jeszcze?
- Nie, dziękuję.
Louis zastanawiał się, jaki też interes do załatwienia mógł mieć Harry w pobliskiej wsi. Bo na pewno nie udał się tam w celach turystyczno – krajoznawczych. W mieścinie nie było nic ciekawego – ot, dwa sklepy, pub, urząd pocztowy, kościół i prowizoryczna apteka. Gdy ktoś miał do zrobienia większe zakupy lub do załatwienia poważniejszą sprawę, jechał do Leicester. Ale Louis zdążył się już zorientować, że Harry chadza własnymi ścieżkami.
Zresztą, co go interesowało, gdzie podziewa się i co robi ten irytujący chłopak?
Po śniadaniu Louis zabrał się za pisanie listu do Eleanor, nad którym tak trudził się w nocy. Na szczęście teraz umysł miał jaśniejszy i uporał się z robotą w ciągu niespełna godziny.
Mówiąc szczerze, Louis nie znosił pisania listów. Przelewanie myśli na papier było sprzeczne z jego praktyczną naturą. Z własnej nieprzymuszonej woli czynił tylko luźne notatki, zapisywał terminy, sprawy do załatwienia czy wiadomości do przekazania. Wzniosła pisanina – zwłaszcza adresowana do kobiet – była domeną beznadziejnych romantyków, wzdychających pod rozgwieżdżonym niebem i marzących o dotyku dłoni jakiejś Elizabeth, Lucy czy Emily. Louis nie cierpiał marnowania czasu na takie dyrdymały. Nawet do Eleanor pisał raczej z obowiązku i uprzejmości niż szczerej potrzeby serca. Marzył, że pewnego dnia ludzkość wynajdzie inny, łatwiejszy i szybszy, sposób komunikacji. Albo przynajmniej telefony staną się bardziej powszechne.
Gdy Louis skończył pisać, poprosił, by dano mu znać, jak tylko Bob wróci z mamą i Charlotte od Stevensonów. Sam tymczasem zamierzał udać się do gabinetu i zapytać, czy ojciec ewentualnie nie potrzebuje jego pomocy. Ale gdy przechodził obok salonu, usłyszał charakterystyczny, nieco zachrypnięty głos.
- Nie tak. Nigdy nie nauczysz się grać, jeśli będziesz tak niedbała.
- Harry, to tylko gamy – odpowiedział cienki, dziewczęcy głosik, niewątpliwie należący do Suzi. Brzmiało w nim znudzenie. – Muszę je wyćwiczyć, bo pani Mallon będzie zła. Ale nie chce mi się udawać, że mnie interesują.
- W grę musisz wkładać emocje. – Słowom towarzyszyło kilka pięknych, czystych dźwięków fortepianu. – Obojętnie, czy to „Sonata księżycowa”, czy do re mi fa sol la. Bez emocji muzyka jest pusta.
- Charlotte mówi, że najważniejsza jest technika…
Harry prychnął.
- Charlotte jest głupia. Nie słuchaj jej. Jeśli skupisz się na technice, będziesz co najwyżej dobra, nigdy genialna.
- Louis!
Louis drgnął. No nie, Suzi naprawdę musiała go zauważyć? Harry pewnie pomyśli, że ich podsłuchiwał. Bo w zasadzie tak było, co z tego, że tylko przez chwilę. Ale Louis nie przyznałby się za żadne skarby świata. Teraz jednak, przyuważony, nie mógł wymknąć się ukradkiem. Nie pozostawało mu nic innego, jak wejść do salonu, udając, że tylko przechodził w pobliżu.
Suzi i Harry siedzieli za fortepianem, na jednym dużym, wyściełanym brązową skórą taborecie. Młody Styles ubrany był w szeroką, jasną koszulę i brunatne spodnie, a jego kręcone włosy przedstawiały chyba jeszcze większy nieład niż wczoraj, po całodziennej wędrówce. Uśmiechnął się szeroko na widok Louisa.
- Dzień dobry. Wyspany?
- Mniej więcej. – Louis starał się zachowywać zupełnie swobodnie. – Widzę, że Harry daje ci lekcje, Suzi. Jak mu idzie?
- Na pewno jest ciekawszy niż pani Mallon – odparła bystra jedenastolatka. – Ona każe mi ćwiczyć gamy w nieskończoność. Obrzydza tym całą grę.
- Twoja siostra jest zdolna – powiedział Harry, zwracając się do Louisa. – Ma dobry słuch. Potrzeba jej tylko trochę większego zaangażowania w to, co robi. No i mniej stereotypowej nauczycielki.
Louis był nieco zaskoczony tak fachową oceną w ustach osiemnastolatka.
- Znasz się na muzyce?
- Och, Louis, on gra niesamowicie! – Suzi niemal podskoczyła z emocji. W obecności brata zawsze czuła się swobodnie, bo nie strofował jej nieustannie, co wypada, a co nie panience z dobrego domu. Nie pouczał, nie oceniał i nie rzucał zimnych spojrzeń. A z jej energicznej reakcji wynikało, że Harry musiał postępować podobnie. – Jest geniuszem, naprawdę! Pani Mallon to przy nim głupia gęś. Nawet Eleanor Calder nie jest taka dobra. Harry, pokaż mu.
Chłopak jęknął.
- Suzi, błagam…
- Proszę cię, Harry. – Spojrzała na niego z błagalną nadzieją. – Choćby troszkę. Nawet jak się pomylisz, to nic nie szkodzi, Louis nie zauważy. On w ogóle nie zna się na muzyce.
- Jesteś szczera do bólu – mruknął jej brat.
W oczach Harry’ego tańczyły wesołe błyski.
- Masz charakterną siostrę, Louis. To skarb w świecie nudnych, beznadziejnych kobiet. Czasem myślę, że te gorsety ściskają im nie tylko talie, ale też mózgi.
Louisowi przemknęło przez myśl pytanie, czy Harry lubi ostre, „charakterne” kobiety, ale oczywiście nie ośmielił się go zadać, zwłaszcza przy siostrze, nawet w formie żartu. Nie był też pewien, czy chłopak powinien wygłaszać w obecności jedenastolatki teorie o gorsetach ściskających kobiece mózgi, jednak nie powiedział tego głośno. Nie chciał wyjść na przemądrzałego moralistę.
- To jak, Harry, zagrasz? – nie ustępowała Suzi, na szczęście nie ciągnąc tematu gorsetów i ich wpływu na kobiecy intelekt. – Louis, poproś go, może ciebie posłucha…
Harry zwrócił spojrzenie na młodego Tomlinsona, jakby wyczekiwał tego magicznego „proszę” z jego ust. A może w jego wzroku było nieśmiałe pytanie „Naprawdę chcesz, żebym zagrał?” Ciężko było rozszyfrować wyraz tych zielonych, hipnotyzujących oczu.
- Chętnie usłyszę, jak grasz. – Louis uśmiechnął się lekko. Przysunął się bliżej fortepianu, opierając łokieć o wieko.
Harry skinął głową, tym razem nawet nie próbując protestować. Jakby naprawdę czekał na zachętę ze strony Louisa.
Uszczęśliwiona Suzi wstała z taboretu, robiąc chłopakowi więcej miejsca. Stanęła obok brata, a na jej ustach widniał tak szeroki uśmiech, jakby to ona była odkrywcą talentu Harry’ego i teraz oczekiwała na pierwszy występ artysty przy pełnej sali w Royal Opera House.
Harry tymczasem położył szczupłe, długie palce – idealne palce pianisty – na klawiszach. Przez chwilę wpatrywał się w nie, jakby kumulując w sobie energię. Ale gdy wreszcie uderzył w pierwszy akord, dalej melodia popłynęła sama – piękna i niespokojna. Dłonie Harry’ego poruszały się niby wiedzione własną wolą, pewnie i energicznie, a zarazem bardzo płynnie i subtelnie. Zdawały się pieścić klawisze. Każdy dźwięk nacechowany był emocjami. Louis, mimo, że nie był koneserem muzyki, w jednej chwili zrozumiał, co Harry miał na myśli, udzielając Suzi lekcji na temat emocjonalnej gry. Pochylony nad klawiaturą osiemnastolatek o rozwichrzonych włosach był emocjami w czystej postaci, mimo że jego ciało pozostawało niemal nieruchome. U Harry’ego wrażenia wypisane były na twarzy, pozornie skupionej i poważnej. Widać było, że chłopak znajduje się w swoim świecie, gdzie rządzi jedynie muzyka.
Po około trzydziestu sekundach melodia urwała się, nagle, jakby przecięta nożem.
- Eh, pomyliłem się…
- Nie zwróciłem uwagi – bąknął Louis, wyrwany z transu, nadal pod wrażeniem wspaniałej gry Harry’ego. – Jeśli dlatego przerwałeś, to…
- Nie, nie – potrząsnął głową Harry. – Po prostu utwór nie jest jeszcze dopracowany. To tylko fragment.
Louis zrobił wielkie oczy.
- Znaczy, że ty… napisałeś to sam?
Nie mógł wyjść z szoku. Jezu Chryste, jeśli ten dzieciak potrafił nie tylko grać, ale też KOMPONOWAĆ takie rzeczy, to naprawdę był geniuszem! Louis może nie znał się wybitnie na muzyce, lecz nie był też głuchy jak pień i kompletnie niewrażliwy. Umiał rozpoznać, co jest dobrym utworem, a co zwykłą szmirą. A to, co zaprezentował Harry, niewątpliwie było dobre w jego mniemaniu. Innowacyjne i ciekawe.
- Czasem coś tam piszę, a raczej próbuję. – Harry chyba po raz pierwszy, odkąd Louis go poznał, wydawał się zawstydzony. Jakby nie chciał rozmawiać o swoim talencie.
- Mówiłam ci, że jest niesamowity – wtrąciła Suzi, dumna jak paw.
- Zgadzam się całkowicie – powiedział Louis z uśmiechem. – Ćwiczyłeś sam, czy ktoś cię uczył?
Z jakiegoś powodu twarz Harry’ego nieco spochmurniała. Chłopak unikał wzroku Louisa, ponownie przebiegając palcami po klawiaturze, szybkim, może nieco nerwowym rytmem.
- Najpierw sam, a potem miałem nauczyciela – odparł. – Przez dwa lata. Był… dobry w tym, co robił.
Louis nie zdążył pociągnąć rozmowy, gdyż w drzwiach pojawiła się Alice. Dygnęła lekko.
- Panie Louis, pana ojciec prosi, żeby przyszedł pan do gabinetu, jeśli to możliwe.
- Tak, już idę. – Do Louisa dopiero dotarło, że przecież miał tego przedpołudnia w planach inne zajęcia niż towarzyszenie siostrze i Harry’emu w lekcji muzyki. Z uśmiechem położył dłonie na ramionach dziewczynki. – Suzi, myślę, że powinnaś słuchać Harry’ego jeśli chodzi o grę. Zna się na rzeczy.
Suzi rozpromieniła się szeroko, a na twarz chłopaka o kręconych włosach również powrócił uśmiech.