wtorek, 24 grudnia 2013

Grudniowa zawierucha (część 3/3)



Jestem z częścią trzecią! Ciężka była do napisania, bo dość emocjonalna, za to w końcówce mogłam już wrzucić na luz ;)
Przy okazji życzę wszystkim, którzy tu zajrzą, wesołych, rodzinnych, wspaniałych świąt:) Przede wszystkim zdrowia (wierzcie mi, nie ma nic ważniejszego), dużo uśmiechu i umiejętności cieszenia się każdym dniem. Aha, i coming outu Larry’ego ;DD
Mam nadzieję, że nasze gołąbeczki wesoło spędzają razem święta i urodziny Lou ;) 


*    *   *

 

Zapadał już zmrok, gdy Harry Styles dotarł do Doncaster.
Chyba nigdy w życiu nie był tak zestresowany. Uczucie, jakiego doświadczał w tej chwili, nie mogło się równać nawet z castingiem do X Factor, czy pierwszym koncertem na wielkiej scenie. To było uczucie innego rodzaju – dużo głębsze, dotyczące sprawy dla niego najważniejszej. Przez całą drogę walczył ze sobą, by nie zawrócić na trasę prowadzącą do Holmes Chapel, ale determinacja trzymała go raz wybranego kierunku.
Harry wierzył w przeznaczenie. Tak, jak był święcie przekonany, że los nieprzypadkowo skierował go do X Factor i uczynił członkiem One Direction, by mógł poznać Louisa, tak samo wierzył, że spotkanie z Mary nie było jedynie szczęśliwym trafem. Tak po prostu musiało być. I nie mógł teraz spaprać wszystkiego.
Styles, uspokój się, starał się powtarzać sobie w myślach. Jedziesz do Louisa. Kochasz go. Już nic gorszego niż to, co miało miejsce dwa dni temu, nie może się stać.
Harry zaraz po wyjeździe z baru, w którym spotkał Mary, zadzwonił do mamy, mówiąc jej, że zmienił plany i jedzie do Louisa, do Doncaster. Okazała pełne zrozumienie, każąc mu jedynie uściskać Louisa od niej i przekazać serdeczne życzenia całej rodzinie. Harry podejrzewał, że mama doskonale wyczuwała, że pokłócił się ze swoim chłopakiem, gdy rozmawiała z synem wczoraj. Harry był jej jednak wdzięczny, że taktownie nie drążyła tematu.
Musicie być jak skała, przypomniał sobie słowa Mary. Wiedział, że miała rację. Louis był dla Harry’ego jedynym pewnym punktem w tym zwariowanym życiu, jakie prowadził. Opuścił dom w wieku szesnastu lat, by z pełnym impetem wkroczyć w szybki, szalony świat showbiznesu. Zostawił za sobą spokojne miasteczko, rodzinę, szkołę, weekendową pracę w piekarni. Zostawił całe swoje dotychczasowe życie. I gdyby nie Louis u boku, kto wie, jak wszystko by się potoczyło. Nie chciał tego stracić. NIE MÓGŁ tego stracić.
A teraz był już w Doncaster, przepełniony zarówno obawą, jak i dziką determinacją.
Kocham go. Nie pozwolę mu odejść.

*

Harry nie zaparkował centralnie pod domem Louisa. Obawiał się, że pod płotem mogą koczować jakieś fanki, zdesperowane, by spotkać swego idola, nie przejmujące się tym, że jest wigilijny wieczór. Nie chciał zostać zauważony przez polujące na Louisa dziewczyny. To była jego prywatna sprawa, nie zamierzał dawać połowie internetu pretekstu do wrzenia.
Podjechał zatem pod pobliski supermarket, zostawił auto na parkingu, po czym piechotą udał się pod właściwy adres. Ukryte w kieszeniach płaszcza ręce drżały mu z nerwów. Boże, a jeśli Louis naprawdę wyrzuci go za drzwi? Jeśli nadal jest zły? Albo co, jeśli porozmawia z nim kurtuazyjnie, w rzeczywistości chłodny i niedostępny? To ostatnie byłoby chyba jeszcze gorsze. Bo gniew kiedyś opadnie, ale zimny upór i zaciętość może trwać w nieskończoność.
Harry układał w głowie dziesiątki scenariuszy, co może się stać – i przede wszystkim, co powie Louisowi.
Ulica wydawała się pusta, nie licząc jakiejś kobiety obarczonej zakupami, słabo już widocznej w oddali, w gęstniejącym mroku.
Gdy Harry stanął pod furtką domu Louisa, czuł, jak po plecach spływa po cienka strużka potu. W oknach błyszczały światła, zatem na pewno ktoś był w środku. Nieunikniona chwila nadchodziła.
Nie bądź głupi, przekonywał samego siebie. To twój chłopak.
Chwile, jakie spędził pod drzwiami, gdy już zadzwonił, wydawały się mu wiecznością. Zastanawiał się, czy wolałby, by otworzył Louis, czy może jednak nie. Po kilkudziesięciu sekundach sprawa się wyjaśniła: w drzwiach ukazała się Jay.
- Harry! – wykrzyknęła zdumiona, ale zarazem szczęśliwa. – Wejdź, kochany.
- Dzień dobry. – Harry niepewnie przekroczył próg. – Wiem, że przybywam niespodziewanie, ale… muszę pogadać z Louisem.
- Louis wyszedł.
- Och… - Harry’ego ogarnęło nieprzyjemne uczucie. Nie spodziewał się takiego obrotu akcji. Moment, którego tak bardzo się obawiał, a który zarazem tak bardzo chciał już mieć za sobą, odwlókł się w czasie. To było jeszcze gorsze.
- Spokojnie, powinien niedługo wrócić. Rozbierz się i chodź do kuchni, zrobię ci herbaty.
Gdy Harry przywitał się już z rozkrzyczanymi dziewczynkami, Jay odesłała je na górę, widząc, że chłopak raczej nie jest w nastroju do zabaw i przekomarzania się. Nalała mu herbaty jaśminowej i usiadła po drugiej stronie stołu.
- A teraz mów – rzekła prosto z mostu.
I Harry powiedział. Wszystko, nie pomijając szczegółów kłótni, dwóch pełnych ciężkiego milczenia dni, drogi do Holmes Chapel i spotkania z Mary.
- Czułam, że coś się święci – pokiwała głową Jay. – Louis co prawda zaciął się i milczał, ale znam swojego syna wystarczająco dobrze. Głupi uparciuch! Dobrze, że ty jesteś rozsądniejszy, Harry.
- Nie wiem, czy dobrze zrobiłem, przyjeżdżając tutaj. Może Louis nie chce mnie widzieć, albo potrzebuje czasu…
- Louis potrzebuje, by ktoś go strzelił w ten głupi łeb. – Jay nie przebierała w słowach. – Posłuchaj mnie, Harry. Od początku uważam, że ty i Louis jesteście dla siebie stworzeni. Boże, żebyś ty widział, jak na siebie patrzycie! To jest jedna z najpiękniejszych rzeczy na świecie. I skopanie takiej relacji przez głupie zdjęcia na twitterze i ustawki z fałszywą dziewczyną, byłoby zbrodnią. Związki przechodzą trudniejsze chwile, to normalne, a wy na dodatek jesteście jeszcze bardzo młodzi i prowadzicie specyficzne życie. Dlatego jeśli chcecie, by to trwało, ktoś musi być mądrzejszy i wyciągnąć pierwszy rękę na zgodę.
- Czyli uważasz, że dobrze zrobiłem, przyjeżdżając? – Harry uśmiechnął się blado.
- Jedna z najmądrzejszych decyzji w twoim życiu. Oho – nastawiła uszu – chyba idzie ten mój synuś. Louis, chodź na chwilę!
Serce Harry’ego zdążyło wykonać tylko kilka nerwowych uderzeń, gdy w drzwiach kuchni pojawił się Louis.
- Co się sta… Harry!
Czas zdawał się zatrzymać. Louis patrzył na Harry’ego wzrokiem pełnym totalnego niedowierzania. Wyglądał, jakby nie wiedział, czy wyjść trzaskając drzwiami, krzyczeć, zachować zimną krew, rzucić się Harry’emu na szyję, czy jeszcze coś innego.
- Yyy… cześć – bąknął Harry.
- Co ty tu robisz? – zdołał wykrztusić z siebie jego chłopak. – Miałeś być w Holmes Chapel.
- Zmieniłem zdanie po drodze. – Na razie Harry nie chciał mówić mu o rozmowie z Mary, na to przyjdzie czas później. Zakładając, że Louis da mu szansę powiedzieć cokolwiek. – Po prostu… musiałem przyjechać.
Louis przez chwilę patrzył to na Harry’ego, to na mamę; na dodatek z góry dobiegały krzyki dziewczynek. Taka sytuacja raczej nie sprzyjała odbyciu trudniej rozmowy ze swoim chłopakiem.
- Przejdźmy się – rzucił krótko.
- Dobra decyzja – powiedziała Jay, jednocześnie posyłając Harry’emu uspokajający uśmiech i podnosząc kciuk do góry.

*
 
Z ciemnego już nieba spadały delikatne płatki, a pod stopami dwójki chłopców idących przez park skrzypiał śnieg. Wokół było zupełnie pusto, tylko od czasu do czasu po drodze za ogrodzeniem przejechał samochód. Latarnie rzucały ciepły pomarańczowy blask na zaśnieżoną alejkę.
…i po prostu musiałem przyjechać – mówił wyższy z chłopaków, ubrany spodnie rurki, czarny płaszcz i wełnianą czapkę. Ręce trzymał w kieszeni, podobnie jak jego towarzysz. – Wiem, że powiedzieliśmy sobie straszne rzeczy, nie umiem przestać o tym myśleć, ale… nie mogłem tego tak zostawić, Louis. Nie wiem, co zrobisz, ale takie trwanie w zawieszeniu jest okropne.
- A co mam zrobić, Harry?
- Nie wiem. – W głosie Harry’ego zabrzmiały pełne żalu tony. – Cokolwiek. Musimy jakoś poukładać to wszystko.
- Fakt, gramy w jednym zespole.
Harry’emu włosy zjeżyły się na karku. To zabrzmiało, jakby Louis… jakby przekreślił już ich związek i teraz myślał jedynie o tym, w jaki sposób sprawić, by przebywanie obok siebie na scenie i wspólne udzielanie wywiadów nie stało się nadmiernie kłopotliwe.
- Louis, ty chyba nie… - zaczął trwożliwie. Boże, nie! Nie może tego usłyszeć. Nie tutaj, nie teraz, nie po przejechaniu tylu mil i złamaniu tylu wewnętrznych oporów, nie w Wigilię. NIGDY!
- Spokojnie, Harry. Po prostu pomyślałem, że może… potrzebujemy przerwy?
Harry przełknął głośno, a wargi mu zadrżały.
- Przerwy? – powtórzył, jakby w jego słowniku w ogóle nie istniało takie słowo. – Ale co to zmieni? Według mnie nic, tylko jeszcze bardziej oddalimy się od siebie. Nie chcę żadnych przerw. Louis, znasz mnie od ponad trzech lat, wiesz, że nie uznaję żadnych stanów pośrednich. Dla mnie jest albo wszystko, albo nic. Ale… - przełknął głośno – jeśli tobie tego potrzeba, niech tak będzie.
- Nie powiedziałem, że tego chcę, Harry. – Louis zaczął się bronić. – To była raczej sugestia. Pomyślałem, że może ty… oczekujesz czegoś podobnego.
- To chociaż mamy jasność: nie oczekuję.
- W porządku.
Przez chwilę szli w milczeniu, obaj z rękami w kieszeniach i pochylonymi głowami, wpatrzeni we własne buty. Każdy zdawał się rozważać we własnej głowie, jak dalej poprowadzić rozmowę. Mieli wrażenie, że stąpają po cienkim, lodowym moście, gdzie każdy nierozważny, lekkomyślny krok może skończyć się runięciem w przepaść.
Ale taki stan zawieszenia nie mógł trwać w nieskończoność. Jako pierwszy złamał się Harry. Emocje, długo tłumione, eksplodowały w nim dzikim ogniem.
- Och, do diabła z tym! Wóz albo przewóz! – powiedział głośno, przystając i chwytając oszołomionego Louisa za ramiona. – Przyjechałem tutaj, bo cię KOCHAM, idioto. Kocham cię tak samo, albo jeszcze bardziej niż trzy lata temu. Każdego dnia od nowa. Wiem, że byłem gówniarzem, jak się to wszystko zaczęło, ale teraz mam prawie dwadzieścia lat i wiem, czego chcę od życia. A chcę CIEBIE! Nie obchodzi mnie Modest, Simon, sponsorzy, fanki, media, ta ustawka z Calder i cała reszta debilnego świata. Tyle razem przeszliśmy, lepszych i gorszych chwil i byłbym skończonym frajerem, gdybym pozwolił zawalić się temu przez jakieś fotki na twitterze, ploty i management.
- Harry…
-  Jeśli kategorycznie każesz mi odejść, odejdę – Harry nie dał wpaść sobie w słowo; jego opatulone rękawiczkami dłonie spoczęły na policzkach Louisa – chociaż złamie mi to serce. Ale nie wymagaj ode mnie przerw, kompromisów, unikania się, kiedy jesteśmy prywatnie, dzielenia domu na pół i spania w innym łóżku, bo nie jestem do tego zdolny. Daj mi konkretną odpowiedź tu i teraz: jesteśmy razem i próbujemy wszystko naprawić, albo każdy idzie w inną stronę.
Louis, mając twarz uwięzioną w dłoniach Harry’ego, zmuszony był patrzeć mu w oczy. W te piękne zielone tęczówki, które tak go urzekły trzy lata temu, teraz ciemne w nikłym świetle latarni. Znał te oczy na wylot, każdy ich wyraz. Psotny i dziecięcy, gdy Harry żartował, pełen dumy, gdy śpiewał przed tysiącami fanów, mroczny, kiedy był zły, pełen pasji i pożądania, gdy się kochali… Widział wszystkie odcienie tych oczu, ale nie taki, jaki miały w tym momencie: wypełniony desperacją i strachem, a zarazem wszechogarniającą miłością.
Louis wiedział, że przyjazd tutaj nie był dla Harry’ego łatwy. Musiał na pewno złamać w sobie wiele barier, pokonać rozgoryczenie, a zapewne też lęk. Ale zrobił to. Zrobił to dla niego – upartego, nieznośnego Louisa Tomlinsona. Pokazał, jak cholernie mocno mu zależy. Kim Louis był, by go odtrącać? I czy tak naprawdę chciał go odtrącić? Boże, przecież go KOCHAŁ! Uwielbiał każdą cząstkę tego niezwykłego chłopaka, stojącego teraz przed nim. Te słynne już na cały świat loki, w które tylko on, Louis, miał prawo zanurzać palce; te usta, które potrafiły składać się w najbardziej niewinny z uśmiechów, jak i szeptać wyjątkowo sprośne słówka; ciało, ozdobione kilkunastoma mniej lub bardziej dziwacznymi tatuażami, które tylko on mógł podziwiać w pełnej okazałości; silne, a zarazem delikatne dłonie, potrafiące dotykać czule lub pieścić wyrafinowanie. Kochał Harry’ego! Jego uśmiech, dziwne żarty, chrapliwy głos, cierpliwość do fanów, serdeczny stosunek do niemal wszystkich ludzi świata, dobre serce… Kurwa, kochał Harry’ego Stylesa całym sobą! I w tym momencie miał ochotę wykrzyczeć to całemu światu.
Twarz Louisa stopniowo rozjaśniał uśmiech – ciepły, radosny, po prostu piękny. Jak gdyby gigantyczny ciężar spadł mu z duszy. Serce Harry’ego uderzyło szybciej.
- Znaczy, że ty…
- Znaczy, że kocham cię, wariacie! Boże, Hazz, nawet nie wiesz, jak strasznie źle mi było przez te dwa dni. – Przytulił do siebie Harry’ego, jakby trzymał w dłoniach największy skarb świata. – Czułem się podle przez to, co ci nagadałem. Nie byłeś dłużny, owszem, ale to ja zacząłem. Byłem tak cholernie niesprawiedliwy.
- Już dobrze, Louis. – Harry był w tym momencie najszczęśliwszą osobą pod słońcem. – Już jest okej…
- Te dzisiejsze zdjęcia z Eleanor – mówił dalej Louis, nadal trzymając Harry’ego w objęciach. – Myślałem, że przez to nie przejdę. Tak strasznie chciałem, żebyś to ty był na jej miejscu. Żebyśmy wreszcie mogli pokazać światu, że się kochamy.
Gigantyczna fala wzruszenia zalała serce Harry’ego. Ledwo był w stanie wydusić z siebie słowo.
- To nie ma znaczenia – szepnął, delikatnie odrywając się od Louisa, by móc mu spojrzeć w oczy, jednocześnie nadal pozostając w jego objęciach. Czułym gestem odgarnął kilka płatków śniegu, spoczywających na policzku starszego chłopaka. – Dopóki jesteśmy silni razem, nikt nie stanie między nami.
Dziękuję ci, Mary, powiedział w duszy. Pomogłaś mi spojrzeć na naszą miłość na nowo.
- Poukładamy to wszystko, Harry – powiedział Louis. – Damy radę, wierzę w to. Bo jesteśmy silni.
Położył dłoń na karku Harry’ego i przyciągnął go do czułego pocałunku. Ich chłodne wargi spotkały się, przelewając między dwoma chłopcami radość, miłość i nadzieję. Całowali się powoli i delikatnie w pustym parku, w stłumionym pomarańczowym świetle latarni, w sypiącym leniwie śniegu. W ten wyjątkowy wigilijny wieczór.
- A tak w ogóle – szepnął Louis, gdy już oderwali się od siebie – wesołych świąt.
- Wesołych świąt – odparł Harry, uśmiechając się radośnie. – I wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.

*
 
Gdy wrócili do domu pół godziny później, zastali pustkę i ciszę. Paliły się tylko światełka na choince, a w kominku w salonie wesoło trzaskał ogień. Krańcowo zaskoczeni znaleźli na blacie w kuchni kartkę o treści: „Zabrałam dziewczynki do cioci Molly, wrócimy o 21. Dobrze wykorzystajcie ten czas ;)” Charakter pisma wyraźnie należał do Jay.
- Nie wierzę – jęknął Louis. – Moja własna matka…
- Jak ona dobrze cię zna – wyszczerzył zęby Harry, kładąc dłonie na biodrach swojego chłopaka. – Wiedziała, że wszystko będzie dobrze.
- Ona czasem za dużo wie – mruknął Louis.
Harry przysunął się bliżej, a jego usta musnęły lewe ucho Louisa.
- Jest dopiero osiemnasta – mruknął jednym ze swoim najbardziej uwodzicielskich pomruków. – Myślę, że powinniśmy iść za sugestią twojej mamy i dobrze wykorzystać te trzy godziny.
- A na co masz ochotę? – Louis entuzjastycznie wszedł w swoją rolę. Przesunął opuszkami palców po kręgosłupie młodszego chłopaka.
- Domyśl się.
- Domyślam. – Dłoń powoli powędrowała pod sweter Harry’ego.
- Wcale nie. – Harry delikatnie przygryzł ucho Louisa. Jego głos ociekał pożądaniem.  – Mam dziką ochotę na sałatkę z kurczakiem i ciepłe tosty, a potem sernik. Jestem wściekle głodny.
Louis odsunął go gwałtownie. Erotyczny nastrój diabli wzięli.
- No wiesz co! – Udał oburzenie na widok pełnego satysfakcji, złośliwego uśmiechu Harry’ego. – Rozczarowujesz mnie, Harry Stylesie!
Chłopak z lokami wybuchnął radosnym śmiechem. 

*

Gdy Harry zaspokoił już głód, Louis wyciągnął butelkę czerwonego wina i dwa kieliszki. Wymościli sobie posłanie z poduszek i puchatych koców na podłodze przed kominkiem i delektowali się alkoholem. A przede wszystkim delektowali się swoją bliskością.
Gdyby jeszcze kilka godzin temu ktoś powiedział Harry’emu, że w taki sposób będzie spędzał wigilijny wieczór, nigdy by w to nie uwierzył. Myślał, że czekają go przygnębiające godziny w jego starym pokoju w Holmes Chapel, tymczasem leżał właśnie wygodnie oparty o kolana Louisa, przy ciepłym kominku, popijając słodkie wino. To było jak sen.
Boże, jak mu brakowało takich chwil ostatnio! W całym ich zabieganym życiu, wypełnionym koncertami, wywiadami, spotkaniami i innymi obowiązkami, trudno było znaleźć czas z dala od innych ludzi. Ciężko było o zupełną swobodę. Dlatego Harry chciał wykorzystać ten wieczór w pełni, zwłaszcza, że tak niewiele brakowało, by nigdy się nie wydarzył. Był taki szczęśliwy w tym momencie, siedząc na podłodze, oparty o ciepły tors Louisa i otoczony jego ramionami.
- Nie mam dla ciebie żadnego prezentu – westchnął. – Znaczy, mam, ale został w Londynie.
- Nie ucieknie. – Louis pocałował czubek głowy Harry’ego. – Ty jesteś dla mnie wystarczającym prezentem.
Harry odwrócił uśmiechniętą twarz w jego stronę.
- Ale zrobiłeś się romantyczny.
- Czasem mi się zdarza. – Louis prowokująco poruszył brwiami. – Nie podoba ci się taka odsłona mnie?
Harry wygramolił się z jego objęć i przysiadł na piętach, przyglądając się Louisowi z ciepłym uśmiechem na ustach. Przez dłuższą chwilę po prostu patrzył.
- Czułki mi wyrosły, czy co? – zachichotał Louis. – Że tak się gapisz?
- Podziwiam, co moje – odparł Harry. Mimo, że na jego twarzy błąkał się wesoły uśmiech, oczy pozostały poważne i skupione. Louis był jego, cały, każdy fragment jego duszy i ciała należał do Harry’ego. Bez siebie nawzajem byli niekompletni, niczym niedomalowany obraz. Dopiero wspólnie lśnili pełnym blaskiem. Harry to zrozumiał. I wiedział już, że nigdy nie chce stracić tego najważniejszego elementu swojego życia.
- Twoje – powiedział Louis, dobrze wychwytując zmianę nastroju. – I nie będzie niczyje inne.
Przyciągnął Harry’ego do głębokiego, pełnego miłości pocałunku. Młodszy chłopak pochylił się nad opartym o kanapę Louisem i wczepił palce w jego rozwichrzone włosy, jednocześnie językiem rozdzielając jego usta i wsuwając się do środka. Louis jęknął gardłowo. Nie namyślając się długo, uniósł sweter Harry’ego i przesunął dłońmi po jego wrażliwych bokach.
- Louis… - mruknął Harry, na chwilę przerywając pocałunek, a jednocześnie całym ciałem lgnąc do swojego chłopaka. – Kochaj mnie… Teraz… - Jego oddech był płytki i nierówny, a głos przepojony pożądaniem. – Tak, jak kiedyś… Ty we mnie…
Louis drgnął i spojrzał na Harry’ego szeroko otwartymi oczami.
- Harry…
- Nic nie mów – szepnął Harry, przyciskając swoje biodra do podbrzusza Louisa i wyrywając tym samym kolejny jęk z jego ust. – Po prostu mnie weź…
To były niesamowite chwile. Jakby chcieli nadrobić całą czułość i delikatność, jakiej ostatnio tak bardzo brakowało w ich związku. Bo nawet ich seks w ostatnich czasach stał się niechlujny i odarty z prawdziwej miłości. Wszystko szybko, gdzieś w ukryciu, w pokojach hotelowych. Często byli zbyt zmęczeni, by robić cokolwiek, albo po prostu chcieli szybko rozładować emocje. Brakowało autentycznego zaangażowania i troski o potrzeby drugiej osoby. Ten wieczór pozwolił im choć w pewnym stopniu odkryć siebie nawzajem na nowo.
Harry, spocony, z błyszczącymi pożądaniem oczami, czując na sobie słodki ciężar Louisa, nie mógłby być szczęśliwszy. 

*

- Wiesz – odezwał się Louis, gdy jakiś czas później leżeli objęci wśród zburzonych koców i poduszek, uspokajając oddechy – myślę, że powinniśmy teraz zrobić sobie fotkę i wrzucić na twittera.
Harry uniósł się na łokciu i spojrzał na Louisa z łobuzierskim uśmiechem.
- Pobilibyśmy rekord retweetów! A jutro rano cały nasz management wyniesiono by nogami do przodu. Kusząca propozycja, nie powiem.
- Taki mały prezencik dla naszych shipperek. Nic dziś od nas nie dostały. Zrobiłbyś im chociaż przyjemność i wysłał mi jakiegoś słodkiego, urodzinowego tweeta, co?
Harry nachylił się nad Louisem i pocałował go czule, przeciągając pocałunek, aż obojgu zabrakło oddechu.
- Niech sobie wyobrażają – mruknął z uśmiechem. – To czasem jeszcze ciekawsze. Mrrr, która godzina?
- Dziesięć po ósmej, mój Kopciuszku. Zdążymy ogarnąć ten bałagan i zatrzeć ślady.
Harry przesunął się nieco po podłodze i sięgnął po metalowy pogrzebacz, którym następnie szturchnął plastikową buteleczkę, tlącą się w palenisku kominka.
- Cholerstwo nie chce się palić. – Końcem pogrzebacza wepchnął butelkę głębiej w wątłe płomienie.
- Bo niepotrzebnie ją tam wrzuciłeś.
- Myślałem, że się spali – upierał się Harry.
Louis przewrócił oczami i westchnął ciężko. Czasem miał wrażenie, że jego chłopak potrzebuje wytłumaczenia pewnych rzeczy i zjawisk wprost, niczym małe dziecko.
- To jest kominek, Harry. W tym się pali drewnem, nie zużytymi kondomami i lubrykantem.
Harry zachichotał maniakalnie, odrzucając pogrzebacz i pochylając się ponownie nad swoim pięknym chłopakiem.
- Ale kochasz mnie, prawda?
Louis czule przesunął dłońmi po jego nagich plecach i spojrzał prosto w te cudowne, zielone oczy, które trzy lata temu rzuciły na niego czar, spod którego nie chciał się nigdy w życiu wyzwolić.
- Kocham – powiedział mocno. – Całego ciebie.
Harry uśmiechnął się i pocałował go. W tej chwili całym sercem wierzył, że pokonają wspólnie wszystkie przeszkody, ułożą na nowo swoje relacje w niełatwych warunkach, w jakich przyszło im funkcjonować, odnajdą drogę do siebie nawzajem. Bo obaj tego chcą.
Będziemy jak skała, obiecał sobie w myślach. Nie pokona nas żadna zawierucha.
 
KONIEC
24 grudnia 2013

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Grudniowa zawierucha (część 2/3)

Część druga.
Opowiadanie nadal nie jest skończone, ale jestem na dobrej drodze. Teraz zostało już samo przyjemne ;)

Mixon, nie wiem, czy dotarł do Ciebie mój komentarz pod Twoim jednopartem. Nie bardzo łapię tumblr i nie wiem, gdzie on się wysłał :D


*    *    *


Poranek wstał ponury i zimny. Z nieba nadal sypał drobny śnieg, sprawiając, że Londyn wyglądał jak patchwork z białych i szarych plam.
Teraz, w południe, Harry Styles siedział w swoim salonie, patrzył w okno i pił kolejną tego dnia herbatę malinową. Był sam. Niall wyszedł rano, by się spakować, bo o trzynastej miał samolot do Irlandii. Życzył jeszcze Harry’emu wesołych świąt, ale brzmiało to jak ponury żart, zresztą Horan miał dość niewyraźną minę, gdy mówił te słowa.
Harry’ego w ogóle nie czuł, że nadchodzą święta. W najmniejszym stopniu nie cieszyły świąteczne dekoracje, choinka, prezenty, które kupił dla całej rodziny. Nic go nie cieszyło. Najchętniej by się wczołgał pod kołdrę i przespał całe Boże Narodzenie. Mógłby przespać nawet resztę życia. Czuł, jakby miał w sobie wielką, czarną dziurę, bezkresną pustkę, w której niknie wszelka energia, radość i siła. Stan ten pogłębił się jeszcze, gdy, zebrawszy się w sobie, wysłał do Louisa smsa z pytaniem „Gdzie jesteś?” i otrzymał odpowiedź „Tam, gdzie miałem być. W domu. Wesołych świąt”. Cisnął telefonem o podłogę, czując, jak w piersiach zbiera mu się wielka, dławiąca gula. Kolejny szloch wstrząsnął jego ciałem.
Boże, czym sobie na to zasłużył?! Gdyby wiedział do czego doprowadzi ta beznadziejna impreza Maxa, w życiu by na nią nie poszedł. Spędziłby ten wieczór z Louisem, sam na sam. Co go podkusiło, do cholery?! Z drugiej strony, w głowie kołatała mu się myśl, że Louis też nie jest zupełnie bez winy, bo niepotrzebnie od razu urządził mu awanturę, zamiast spróbować porozmawiać. I te słowa, które wykrzykiwał, te oskarżenia, tak cholernie raniące… Harry nie wiedział, czy kiedykolwiek zdoła wymazać je z pamięci. To powstrzymywało go od dzwonienia do Louisa raz za razem i błagania o wybaczenie. Dlaczego zawsze to on miał pierwszy wyciągać rękę na zgodę, co? Dlaczego musiał za każdym razem uginać się pod uporem i zaciętością swojego chłopaka? Louis nie był niewinnym aniołem.
Harry nie odpisał na smsa. Nie był w stanie wysłać tych dwóch słów: wesołych świąt.

*

Dwudziestego czwartego grudnia rano Harry spakował do bagażnika prezenty dla mamy, ojczyma, siostry i małej Lux, zamknął dom na cztery spusty i wyruszył w drogę do Holmes Chapel. Czuł się koszmarnie po kolejnej niemal bezsennej nocy, podczas której przewracał się z boku na bok w łóżku – o wiele za dużym i o wiele zbyt pustym. Louis nie dał znaku życia; Harry wiedział, że zaciął się w sobie na dobre. Ale młodszy chłopak też nie zamierzał wykonać gestu pojednania jako pierwszy. Rany były jeszcze zbyt świeże.
Mimo wszystko było mu źle i smutno. Nie dość, że była wigilia, to jeszcze urodziny Louisa. Kończył dwadzieścia dwa lata, a Harry nie umiał zdobyć się na wysłanie mu choćby standardowych życzeń. Odkładał ten moment z godziny na godzinę, tak naprawdę nie wiedząc, w jaki sposób ma to zrobić.
Jedząc w samotności śniadanie, zerknął na twittera. Okolice świąt Bożego Narodzenia i urodzin Louisa były zwykle ucztą dla wszystkich Larry shippers. Część wyglądała, niczym pierwszej gwiazdki, słodkich tweetów czy zdjęć, a inne przekonywały, że nic takiego nie musi mieć miejsca, bo na pewno ich idole spędzają ten czas razem i nie muszą składać sobie życzeń przez internet. Harry uśmiechnął się ironicznie. Mój Boże, jakie one były słodko naiwne! Ciekawe, co by się stało, gdyby zatweetował na przykład „Grinch, świąt nie będzie. Mój chłopak nazwał mnie zdzirą, która pieprzy się z @grimmers i pojechał do domu. Sorry, LS”? Chyba pół świata, na czele z managementem, dostałoby zawału. To dopiero byłby prezent pod choinkę!
Ponure żarty trzymały się Harry’ego tego przedpołudnia. Zawsze to lepsze niż łzy rozpaczy, prawda? Ale tak naprawdę jedno przeplatało się w nim z drugim, uzupełniane przeraźliwym psychicznym zmęczeniem, a czasem złością na Louisa, że ten jest tak cholernie uparty. Harry niemal nie mógł uwierzyć, że jest wigilia. Że w większości domów lśni ubrana choinka, kobiety przygotowują pudding, a dzieci wieszają na kominku skarpety na prezenty. Wydawało mu się to kompletną abstrakcją.
Harry wyjeżdżał właśnie na autostradę M40, prowadzącą na północ w kierunku Holmes Chapel, gdy zadzwonił jego telefon. Chłopak zerknął na wyświetlacz. Niall.
- Słucham.
- No cześć, stary. Jak tam? Trzymasz się jakoś?
- Jak pijany płotu. – Harry akurat był na etapie sarkazmu. – Nie dzwoniłeś wczoraj.
- Wiem, sorry. Miałem dzwonić, ale jak tylko przyjechałem, dopadła mnie rodzina, a wieczorem starzy kumple wyciągnęli do baru. A potem już nie byłem zdatny do rozmowy, he he.
- Miło wiedzieć, że nie tylko ja w tym zespole chleję.
- Oj, daj spokój. Jedziesz już do domu?
- Akurat wyjechałem z Londynu, a co?
- Nie, nic wielkiego. Wchodziłeś może na insta?
- Tylko na twittera rano. Pełno podekscytowanych Larry shippers, które niestety obejdą się smakiem w tym roku. A co na tym instagramie? Błagam, nie załamuj mnie jeszcze bardziej.
- No wiesz, są urodziny Lou – Niall najwyraźniej starał się być delikatny w przekazywaniu wiadomości – więc mała ustawka z „dziewczyną” musi być, nie?
Harry drgnął. Kurwa, o tym detalu zapomniał! Przez całą awanturę z Louisem wyleciało mu z głowy, że pewnie management zadba o pokazanie światu, jak to perfekcyjna Eleanor Calder spędza ze swoim „chłopakiem” jego urodziny. Jakieś cukierkowe fotki nad tortem i te sprawy. Zresztą chyba nawet wspominano o czymś podobnym na ostatnim przedświątecznym spotkaniu z PR-owcami, ale na Harry’ego ten temat działał jak płachta na byka, więc demonstracyjnie milczał z zaciśniętymi ustami.  
- Hazz, jesteś tam?
- Jestem, jestem – mruknął Harry. – Dużo tych zdjęć?
- Trzy. Pewnie zrobili je wczoraj albo dzisiaj rano, nie ryzykowali photoshopa tym razem. Nie przejmuj się tym, chciałem ci tylko powiedzieć, żebyś nie był zaskoczony.
- Niall, serio, jakieś głupie ustawiane fotki są ostatnim, czym się teraz przejmuję, wierz mi. Okej, kończę, muszę uważać na drogę, bo jest straszny ruch.
- Spoko, szerokiej drogi, jedź bezpiecznie. I… wesołych świąt mimo wszystko.
Harry powstrzymał się od ironicznego komentarza. Wiedział, że Niall chce dobrze i dla niego cała ta sytuacja też jest przygnębiająca. Wszak jego nazwisko figurowało na samym szczycie dłuuuugiej listy Larry shippers.
- Dzięki, tobie też. Pozdrów rodzinę.
- Ty również. Cześć.
- Pa.
Harry zastanawiał się, w jaki sposób powiedzieć mamie i siostrze, że poważnie pokłócił się z Louisem. Nie da rady ukryć tego faktu, nie ma szans; na pewno wszystko szybko wyczytają z jego twarzy. Harry był kiepski w kłamstwach i grze pozorów. Nie na darmo to Louis od dwóch lat udawał przez całym światem, że ma dziewczynę.
Dziewczynę, która, chociaż fałszywa, spędza z nim jego urodziny, odezwał się wredny głosik z głowie Stylesa.
Cholera jasna, powinien teraz siedzieć ze swoim chłopakiem przy kominku, karmić go obleśnie słodkim tortem i patrzeć wraz z nim na śnieg leniwie sypiący za oknem, a nie jechać samotnie zimną autostradą. Powinni spędzić cały dzień razem, uśmiechnięci i szczęśliwi, a wieczorem zjeść uroczystą urodzinową kolację i kochać się niespiesznie z blasku świec.
Wizje tego, jak mogłoby być, gdyby nie ta nieszczęsna awantura, nie chciały opuścić umysłu Harry’ego i chłopak poczuł się jeszcze bardziej nieszczęśliwy niż wcześniej.   

*

Po minięciu Birmingham, Harry zatrzymał się na stacji benzynowej, by zatankować. Tuż przy budynku stacji znajdował się bar i Styles uznał, że w sumie nie miałby nic przeciwko kawie i lekkiej przekąsce. Nie spieszyło mu się do domu.
Nie obeszło się bez zdjęć, gdyż rozpoznały go dwie dziewczyny, chyba siostry. Harry przywdział na twarz swój firmowy uśmiech i rozpoczęła się sesja zdjęciowa z dystrybutorem benzyny w tle. Potem wokalista życzył jeszcze fankom i ich rodzicom wesołych świąt i cała familia odjechała, a on skierował się ku drzwiom baru. Był pewien, że zanim przekroczy próg, zdjęcia wylądują już na instagramie.
Jak na knajpę znajdującą się przy autostradzie, lokal był całkiem miły i porządny. Obok drewnianego baru stała wielka choinka, a przy wejściu plastikowa dekoracja, składająca się z Mikołaja w saniach oraz reniferów. Wchodząc, Harry zahaczył o jednego.
Zajebiście, warknął w myślach. Jeszcze brakuje, żebym okulawił Rudolfa.
Ustawił renifera na miejscu, po czym podszedł do baru i zamówił kawę i tortillę. Młoda kobieta za kontuarem przyjrzała się mu ciekawie, ale nic nie powiedziała. Harry zajął miejsce przy jednym ze stolików, czekając na realizację zamówienia. Oprócz niego w barze znajdowało się tylko dwóch mężczyzn, wyglądających na kierowców ciężarówek oraz starsza kobieta. Żadne z tej trójki nie zwracało na niego uwagi.
Harry korzystając z chwili przerwy w podróży, wyciągnął z kieszeni telefon i wziąwszy głęboki, uspokajający oddech, zajrzał na instagrama Louisa.
Sztuczność zdjęć z Eleanor aż biła po oczach. Jedno przedstawiało „zakochaną parę” przed choinką, na drugim Louis trzymał w dłoniach torcik z dwoma świeczkami, jednocześnie całując Eleanor w policzek, a na trzecim po prostu pozował z urodzinowo – świąteczną paczką, którą niby otrzymał od niej. Harry miał wrażenie, że lukier lada moment wyleje się w iphone’a i zatopi pół baru. Ale jednocześnie nie dał się zwieść fałszywemu uśmiechowi na twarzy Louisa. Zbyt dobrze znał swojego chłopaka, by nie zauważyć jego smutnych, zmęczonych oczu, których nie sięgał sztuczny entuzjazm i udawana ekscytacja. Louis po prostu grał swoją rolę, ale tym razem prawdziwe emocje przebijały zza wesołej maski jeszcze silniej niż zazwyczaj.
Harry przez dłuższą chwilę siedział ze wzrokiem wbitym w wyświetlacz. Serce coraz szczelniej wypełniał mu żal, smutek i pretensja, że całe jego życie z Louisem wygląda tak, a nie inaczej. Gdyby chociaż się nie pokłócili, mógłby czekać poza kadrem, przeżyć tę nieszczęsną sesję zdjęciową, bo wiedziałby, że gdy tylko za Eleanor zamkną się drzwi, on pokaże Louisowi, jak wyglądają prawdziwe pocałunki i prawdziwa bliskość.  A tak? Tkwi w jakimś beznadziejnym barze, gdzieś przy autostradzie i nawet nie ma ochoty jechać do domu.
- Przepraszam, mogę się przysiąść?
Harry szybko podniósł głowę, jednocześnie automatycznie wygaszając telefon. Stała przed nim owa starsza kobieta, która wcześniej siedziała dwa stoliki dalej. Chłopak dyskretnie rozejrzał się po wnętrzu – prawie wszystkie stoły były wolne, nie licząc tego pod jednym z okien, zajętego przez kierowców ciężarówek. Czy naprawdę ta kobieta musi usiąść tutaj?
Nie chciał jednak wyjść na gbura.
- Tak, oczywiście, proszę.
Kobieta zajęła miejsce naprzeciwko Harry’ego. Miała jakieś sześćdziesiąt kilka lat, brązowe włosy, mocno już przyprószone siwizną i jasnoniebieskie oczy, które teraz przypatrywały się młodemu wokaliście uważnie.
- Jestem Mary – przedstawiła się. – A ta dziewczyna za barem, która już całe wieki przygotowuje twoją tortillę, to moja córka, Sarah.
- Och, miło mi. – Harry nie bardzo wiedział, czemu miała służyć ta prezentacja, ale był dobrze wychowany, więc nie przerwał rozmowy. – Czeka pani, aż skończy pracę?
- Ten lokal to własność Sarah i jej męża – odpowiedziała Mary. – A ja często tu przesiaduję. Lubię rozmawiać z ludźmi.
- Rozumiem.
Chwilowo z opresji dalszej rozmowy wybawiła go Sarah, przynosząc zamówioną kawę i tortillę. Życzyła mu smacznego, ale nie skomentowała faktu, że jej matka zdążyła już przysiąść się do klienta. Najwyraźniej była do tego przyzwyczajona.
Harry pociągnął łyk kawy – całkiem smacznej jak na przybytek przy autostradzie – i wbił zęby w tortillę.
- Obserwowałam cię przez chwilę – odezwała się ponownie Mary. – Raczej nie jesteś w świątecznym nastroju.
Harry zrobił niewyraźną minę. Nie miał ochoty zwierzać się tej kobiecie, nie miał też pojęcia, czy go rozpoznała. Ale głupio mu było po prostu złapać kawę i uciec. Może dobrze mu zrobi, gdy porozmawia z kimś niewtajemniczonym w jego problemy?
- Jadę do domu – odpowiedział. – Do rodziny. Dość dawno ich nie wiedziałem.
- To coś słabo się cieszysz.
- Mam trochę zmartwień, to wszystko.
W oczach kobiety pojawił się ciepły błysk.
- Chciałbyś być teraz z tym drugim chłopcem, prawda?
Harry niemal zakrztusił się kawą. Że co??? Zamrugał szybko, a jego serce gwałtownie przyspieszyło tempo. Jezu, skąd ta kobieta… Jakim cudem…
- Nie… nie wiem, o czym pani mówi – bąknął, starając się ze wszystkich sił zachować samokontrolę. Szybko zerknął na telefon, leżący na stoliku, ale ekran był wygaszony. Mary nie mogła zauważyć, czyje zdjęcia przeglądał.
- Wiesz, wiesz. – Mary uśmiechnęła się lekko. Nie wydawała się w najmniejszym stopniu zaskoczona jego reakcją. – Wiem, kim jesteś. Spokojnie, nie musisz się niczego obawiać. Nawet nie umiem obsługiwać tych waszych elektronicznych zabawek, by cokolwiek nagrać. A prasa? Daj spokój, kto uwierzy starej babie z knajpy przy autostradzie!
- Ja… To znaczy, miło, że mnie pani kojarzy – Harry starał się oddychać normalnie – ale to, co pani mówiła, nie ma…
- Mój chłopcze, ja nie żyję na tym świecie od wczoraj. Spotkałam w swoim życiu wielu ludzi i wysłuchałam tysięcy historii, nawet tu, w tym barze. I umiem też patrzeć, czasem dużo głębiej, niż inni by sobie życzyli. Przez różne maski, pozory, cały cholerny fałsz tego świata. Widziałam kiedyś w telewizji wasz koncert i jakiś wywiad. I wystarczyło.
Harry czuł, że się nie wywinie i nie będzie w stanie przekonująco skłamać tej kobiecie. Miał w sumie łatwiejsze wyjście: wstać, powiedzieć, że spieszy się do domu i opuścić lokal, ale… nie chciał? Cholera, była wigilia! W takim dniu powinno się być miłym. I może to dobry czas, by zrzucić trochę ciężaru z serca? By wreszcie choć na chwilę przestać być TYM Harrym Stylesem, wokalistą słynnego boysbandu, bożyszczem nastolatek?
Odetchnął głęboko, obracając w dłoniach kubek z kawą i unikając wzroku Mary.
- Pokłóciliśmy się – szepnął. – Bardzo…
Jakoś nie przejmował się, że właśnie zdradził nieznajomej kobiecie z knajpy przy autostradzie swój największy sekret. Nie obchodziło go, że gdyby jego wyznanie jakimś cudem trafiło do internetu, kariera One Direction zatrzęsłaby się w posadach. Miał już to wszystko gdzieś. Chciał po prostu z kimś porozmawiać i przestać czuć się tak strasznie rozżalony i pusty w środku. A z Mary emanował jakiś dziwny spokój.
- O co poszło? – zapytała.
- Potem już o wszystko. – Harry chaotycznie bawił się łyżeczką. – O rzekome zdrady, o znajomych, o fałszywą dziewczynę, o kłamstwa… To wyglądało, jak byśmy sobie nawzajem wylali na głowy cały syf, który gromadził się od dłuższego czasu. Boże – zaśmiał się nerwowo – czemu ja w ogóle mówię pani o tym? Zwariowałem, czy co? Cała ta sytuacja  jest beznadziejna!
- Dlaczego tak uważasz?
- Bo jest wigilia, na dodatek urodziny… jego, a ja siedzę w jakimś głupim barze – z całym szacunkiem dla pani córki – i zwierzam się nieznajomej ze swojego życia osobistego.
Mary uśmiechnęła się.
- I widzisz? Sam do tego doszedłeś.
- To znaczy? – zdziwił się Harry.
- Że nie powinieneś być tutaj, tylko całkiem gdzie indziej. Z nim.
Harry teraz dla odmiany zaczął bawić się telefonem. Wszystko, byle tylko zająć czymś ręce.
- Wątpię, że chciałby mnie widzieć – mruknął. – Pewnie by mnie wykopał za drzwi.
- A ja myślę, że bardzo się mylisz – odpowiedziała Mary, nie przestając się uśmiechać. – Chyba tylko zaciął się w sobie tak samo jak ty. I tak samo mu z tym źle. A w rzeczywistości chciałby, byście byli teraz razem, przytulili się i porozmawiali – o tym, co dobre i tym, co złe między wami.
Harry’emu zadrżały wargi. Ze wszystkich sił starał się nie patrzeć na Mary, bo bał się, że wówczas totalnie się rozklei.
- Posłuchaj mnie, chłopcze. – Kobieta położyła swoją ciepłą dłoń na nerwowo poruszające się ręce Harry’ego. Mimo że chwilowo zaskoczony, chłopak nie cofnął dłoni. W dziwny sposób ten poufały gest był dla niego naturalny. – Wasza miłość nigdy nie będzie łatwa. Nie tylko dlatego, że jesteście sławni i że musicie trzymać ją w sekrecie. Nie będzie łatwa, bo jest inna. Wielu ludzi jej nie zaakceptuje, wielu będzie próbowało zniszczyć, zapewne już próbuje. – Modest, przytaknął w myślach Harry. – Dlatego właśnie wy dla siebie nawzajem musicie być skałą. Jeśli chcecie przetrwać, nie może być między wami wyrw i nieporozumień, zwłaszcza błahych. Jak pojawi się taka rozpadlina, musicie ją jak najszybciej zasypać, a nie czekać Bóg wie na co, bo czekanie tylko pogłębia wyłom.
Harry odetchnął głęboko. Wiedział, że Mary ma rację, wiedział też, czego tak naprawdę pragnie jego serce w tej chwili, tylko… tak cholernie ciężko było zrobić ten krok.
- Miałam syna – mówiła dalej Mary, ciszej i jakby nieco drżącym głosem –  który był taki jak wy. Ale otoczenie nie potrafiło tego zaakceptować, koledzy zamienili jego życie w piekło. Will był bardzo młody, młodszy niż ty teraz. Nie poradził sobie psychicznie z całą sytuacją.
Harry drgnął i podniósł wzrok.
- Znaczy…
- Znaczy dokładnie to, co myślisz. To było dwadzieścia lat temu. I mimo całego tego czasu, który minął i faktu, że sama pogodziłam się z jego śmiercią, nie potrafię darować światu, że nie pozwolił Willowi kochać, tak jak chciał. Dlatego z tobą rozmawiam tak otwarcie. Choćbyś próbował, nie oszukasz mnie, bo widziałam, jak patrzysz na tego drugiego chłopca.
Harry ponownie wbił spojrzenie w stół. Czuł, jakby we wnętrzu wzbierała mu potężna fala emocji, która musi znaleźć ujście – w postaci zdecydowanych działań albo nieprzerwanego potoku łez.
- To wszystko jest takie trudne…
- Nikt nie mówił, że będzie łatwe. Człowiek uczy się miłości przez całe życie, różnych jej rodzajów i odsłon. Ty jesteś jeszcze bardzo młody, ale dużo już przeżyłeś. Nie pozwól, by jakaś drobnostka zepsuła to, co dla ciebie ważne.
- Nie wiem, czy potrafię…
- Potrafisz. – Mary uśmiechnęła się ciepło. – Jest wigilia, dzień cudów. Otwórz na nowo swoje serce, Harry.
W oczach młodego wokalisty One Direction zaszkliły się łzy. Tymczasem Mary wyciągnęła dłoń i delikatnie ujęła go pod brodę. Jego zielone oczy napotkały spojrzenie jej jasnoniebieskich.
- Kochasz go?
Wargi Harry’ego drżały niekontrolowanie, gdy szepnął:
- Najbardziej na świecie.
Mary wbiła w niego silny, ale zarazem spokojny i pewny wzrok.
- Zatem jedź do niego.