czwartek, 30 stycznia 2014

Rozdział 4: Konwenanse (cz. 2)



Nie jestem przekonana do tego rozdziału :/ Nie uważam go za zupełnie tragiczny, tylko strasznie mnie zmęczył i może stąd moja niechęć do niego. Zawsze mnie wkurza, jak autorki piszą na wstępie „Ten rozdział jest beznadziejny! Nie krytykujcie, a najlepiej to nie czytajcie!” Do licha, to pracuj nad tekstem, żeby był przynajmniej znośny!
Nigdy bym nie wstawiła rozdziału, który uważam za totalny shit, ale czasem jest tak, że dane fragmenty pisze się lekko, niemal same układają się w głowie, a niekiedy człowiek męczy się jak w kopalni :P Poniższy kawałek należał właśnie do takich męczących.
No nic, lecimy z koksem. 

*    *    *

 

Louisowi udało się uniknąć deszczu, ale nie ominęły go nieprzyjemne wrażenia związane z nastawianiem skręconej nogi. Problematyczne okazało się już samo sprowadzenie rannego w dół zbocza. Louis krzywił się z bólu, gdy podtrzymywany przez Harry’ego i Boba, kuśtykał do powozu. Na szczęście, gdy dojechali do Castamere, czekał już tam lekarz, zawczasu sprowadzony przez syna Boba, dwunastoletniego Jacka. Stopa Louisa została nastawiona i unieruchomiona, a pechowy pacjent otrzymał polecenie odpoczywania przez kilka dni, by nie nadwyrężać kostki.   
Siedząc w ogrodzie, rozłożony w wiklinowym fotelu, spoglądał tęsknie na swój granatowy samochód. Och, tak bardzo chciałby pojeździć! Zawsze interesował się nowinkami technicznymi, a już motoryzacyjnego bakcyla złapał na dobre. Tymczasem ledwo otrzymał  auto, przez własną głupotę pozbawił się przyjemności prowadzenia go. Cóż, przynajmniej nie rozbił się na drzewie.
Eleanor, dowiedziawszy się o wypadku Louisa, odwiedziła go wraz ze swą matką. Pani Tomlinson zaprosiła panią Calder na kawę, a młodzi mogli w spokoju porozmawiać w ogrodzie. Louis czuł się jednak nieco zdeprymowany, gdyż w pobliżu przebywał Harry, który próbował uczyć Suzi gry w szachy. Siedzieli we dwójkę na kocu rozłożonym na trawie, a pomiędzy nimi leżała szachownica. Młody Styles wydawał się skoncentrowany na tłumaczeniu jedenastolatce zasad, ale Louis nie dał się oszukać – co jakiś czas kątem oka wyłapywał szybkie spojrzenia, jakie Harry rzucał na niego i Eleanor. Peszyło go to. Nie rozumiał dziwnego stosunku kuzyna do swojej przyszłej narzeczonej.
- Harry wydaje się mieć bardzo dobry kontakt z twoją siostrą – zauważyła Eleanor. – Grał z nią w badmintona na pikniku, teraz tłumaczy zasady szachów.
- Tak – uśmiechnął się Louis. Mimo zakłopotania obecnością Harry’ego, w jego wnętrzu rozlało się dziwne ciepło na myśl o nim. – Ma do Suzi gigantyczną cierpliwość. Udziela jej też nieoficjalnych lekcji gry na fortepianie.
- Och, nie wiedziałam, że on gra. – Eleanor uniosła równe, ciemne brwi.
- Jest bardzo zdolny. – Louis ukradkiem zerknął na chłopaka z lokami. – Dziwię się, że nie poszedł do konserwatorium. Mógłby naprawdę osiągnąć wyżyny.
- Lubisz go, prawda?
Louis chwilę dłużej zawiesił spojrzenie na Harrym. Szczupłe palce chłopaka przesuwały właśnie jedną z figur po szachownicy.
- Lubię – odparł. – Bywa denerwujący, ale… to jedna z najciekawszych osób, jakie kiedykolwiek spotkałem. 

*

Myślenie o Harrym stało się w tych dniach niemal obsesją Louisa. Wszędzie i o każdej porze przez oczami duszy ukazywały się mu te zielone oczy, figlarny uśmiech i niesforne loki. Chwilami zastanawiał się, czy nie wpadł w jakąś paranoję na punkcie chłopaka z Bostonu. Jakby się zastanowił, musiałby przyznać, że znacznie rzadziej myślał o Eleanor, niż o Harrym. To nie było normalne. Nikt z domowników zdawał się nie żywić względem niego podobnych uczuć. Owszem, Suzi go uwielbiała, ale to było typowo dziecięce zauroczenie i przywiązanie do człowieka, który poświęcał jej czas i uwagę. Charlotte i rodzice traktowali go uprzejmie, ale z taką samą wynikającą z konwenansów grzecznością podchodziliby do każdego, kto gościłby w Castamere. Rebecca chyba mu nie ufała, choć starała się to ukrywać, wszak była tylko służącą i nie do niej należała ocena gości Tomlinsonów.
Dlaczego zatem dla niego, Louisa, ów przybysz z Ameryki działał w tak dziwny sposób?
- O czym tak dumasz?
Louis drgnął. Stał przed nim nie kto inny jak Harry – na ustach miał szeroki uśmiech, a w dłoni dzierżył książkę. Chłopak przysiadł obok Louisa, w drugim wiklinowym fotelu.
- Noga bardzo dokucza?
- Jak nie chodzę, to nie boli. I tak jest już lepiej niż było, ale jeszcze przez kilka dni muszę się oszczędzać. Co czytasz? – Ruchem głowy wskazał na książkę trzymaną przez Harry’ego.
Styles pokazał mu okładkę. „Portret Doriana Graya”. Louis ledwo zauważalnie uniósł brwi.
- Tego raczej nie wziąłeś z biblioteki mojego ojca.
- Raczej nie. – Harry wykrzywił usta w wesołym grymasie. Trafnie odczytał aluzję. – Kupiłem ją w antykwariacie w Londynie. Oryginalna wersja z tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego, zanim do akcji wkroczyła cenzura w odpowiedzi na oburzenie angielskich moralistów. Czytałeś?
Louis przełknął ślinę, usiłując zachować zupełnie neutralny wyraz twarzy. Co miał mu, do diabła, odpowiedzieć?! Że czytał tę cholerną książkę gdzieś ukradkiem, w głębi duszy niepokojąc się emocjami, jakie w nim wywoływała i czując, że powinien ją wyrzucić, by nie odkrywać niebezpiecznych pokładów własnej osoby? Nigdy w życiu nie przyznałby się do tego przed Harrym. Nie i koniec!
- Fragmentami – odparł, starając się brzmieć neutralnie. – Ale tę późniejszą wersję.
- Żałuj – mrugnął do niego Harry. – Ta jest lepsza. Mogę ci pożyczyć. O ile oczywiście nie jesteś zbyt pruderyjny.   
- To tylko książka. – Louis silił się na obojętność.
- Jeśli to tylko książka, to dlaczego wzbudziła takie emocje? – Harry patrzył na niego uważnie swoimi niezwykłymi, zielonymi oczami. Jego głos zabrzmiał poważniej i silniej. – I dlaczego autor spędził dwa lata w więzieniu?
- Nie za książkę go zamknęli. – Louis czuł, jak na policzki wypełza mu gorąco.
- Zamknęli go za uczucia. Takie same jak te, które wyraził tutaj. – Harry postukał palcem w okładkę „Portretu”. – Uczucia, które inni ludzi uważają za brudne i złe.
- A ty co sądzisz?
Boże, co w ogóle kazało mu zadać to pytanie?! Przy Harrym kompletnie tracił poczucie rzeczywistości. Był człowiekiem o otwartym umyśle, ale nie jeśli chodziło o sferę emocji, uczuć i… erotyki. O tym nie lubił rozmawiać, nie lubił się zwierzać. Tymczasem dla Harry’ego nie było tematów tabu.
Oczy chłopaka o kręconych włosach zamigotały jakimś dziwnym, hipnotycznym blaskiem.
Utoniesz w zielonych jeziorach…
- Dla mnie, Louis – powiedział – miłość jest miłością. Obojętnie, kogo kochamy, jeśli jest szczera, jest piękna. 

*

- George, mój drogi, korespondencja z Londynu do ciebie.
Mary Tomlinson weszła do gabinetu swojego męża, trzymając w dłoni plik listów, które właśnie odebrała od listonosza. Zastała George’a stojącego przy oknie, z rękoma założonymi do tyłu i przyglądającego się czemuś.
- Połóż na biurku.
Mary spełniła prośbę.
- Czy coś się stało? – zapytała. Jej mąż niezwykle rzadko pozwalał sobie na bezczynność, a już gapienie się przez okno zdecydowanie nie należało do jego codziennych czynności.
- Louis znowu przesiaduje z Harrym – odparł, nie odrywając wzroku od szyby. Mary podeszła bliżej. Z okien gabinetu doskonale było widać obu chłopców w ogrodzie. Wnioskując z ich min, rozprawiali o czymś poważnie.  
- Uważasz, że to źle?
- Prosiłem dziś Louisa, by przejrzał rachunki za magazynowanie towaru w Londynie, bo wydaje mi się, że naliczono nam zdecydowanie zbyt wysoką opłatę. – George odszedł od okna, by nalać sobie szklaneczkę whiskey. – To ważna sprawa, a on powiedział, że zajmie się tym później. Natomiast na pogaduszki z Harrym ma czas.
Mary nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć.
- Może jest zmęczony. Ta noga…
- Nogą nie czyta i nie myśli – przerwał jej mąż. – Zaczyna mi się to nie podobać, Mary. – Upił łyk alkoholu. – Louis ostatnio zajmuje się wszystkim, tylko nie tym, co będzie stanowiło o jego przyszłości.
- Myślę, że jesteś dla niego zbyt ostry, mój drogi. Louis ciężko pracował przez cały rok, zdał egzaminy z doskonałymi wynikami. Ponadto Albert jest bardzo zadowolony z jego pracy w kancelarii. Nic złego się nie stanie, jeśli trochę odpocznie. Tym bardziej, że nadchodzące miesiące również będą dla niego wyczerpujące, bo poza studiami i pracą, czeka go ślub z Eleanor.
- Nie mam nic przeciwko temu, by odpoczywał – odparł George. – Tylko niekoniecznie podoba mi się, że spędza tyle czasu z Harrym.
- Tak wyszło. Thomas MacPherson przyjedzie na przepustkę dopiero za dwa tygodnie, a Martin Wilson z przymusu wyjechał do Birmingham. I chwała Bogu, przyznam szczerze, bo nigdy nie pochwalałam znajomości Louisa z synem tego utracjusza. Odkąd Louis studiuje w Londynie, jego kontakty ze starymi przyjaciółmi znacznie się rozluźniły. Został mu tylko Harry.
George przez jakiś czas obracał w dłoniach szklaneczkę z whiskey, nie patrząc na żonę i chyba zastanawiając się, czy powiedzieć to, co chodzi mu po głowie.
- Uważam – podjął w końcu – że Harry ma negatywny wpływ na Louisa.
Mary Tomlinson uniosła jasne brwi.
- Negatywny wpływ? Dlaczego tak uważasz?
- Sieje mu w głowie jakieś rewolucyjne idee, włóczy się z nim po okolicy, wciąga w abstrakcyjne dyskusje… Chłopak jest zdecydowanie zbyt awangardowy, Mary.
Mary Tomlinson nie bardzo rozumiała, co jej mąż dokładnie ma na myśli, mówiąc o „rewolucyjnych ideach” i „abstrakcyjnych dyskusjach”. Nigdy nie interesowała się podobnymi kwestiami. Skończyła pensję dla wysoko urodzonych panien, nie najgorzej znała francuski, liznęła też trochę łaciny i filologii klasycznej, ale na tym jej wykształcenie się kończyło. Potem wyszła za mąż, zajęła się domem, dziećmi i budowaniem własnej pozycji towarzyskiej. Za granicą była tylko raz, odwiedzając Paryż, Lyon i kilka zamków nad Loarą, a czytała niemal wyłącznie kobiecą literaturę romansową i pisma w stylu „Family Herald” czy „London Journal”. Politykę, gospodarkę, finanse, kwestie społeczne i tym podobną tematykę pozostawiała całkowicie w gestii mężczyzn.
- Cóż, skoro tak uważasz… - odparła ostrożnie. – Ale Harry wydaje się miłym młodym człowiekiem. Na pikniku zrobił bardzo dobre wrażenie. Kilka dam było nim wyraźnie oczarowanych.
- Oj, tak, czarować to on umie – burknął George. – Tym uśmiechem i twarzą anioła owija sobie kobiety wokół palca. Typ bawidamka.
- Myślę, że się mylisz. Rozmawiał ze wszystkimi grzecznie, ale nikomu nie nadskakiwał. Chyba zbyt ostro go oceniasz.
- Po prostu nie podoba mi się jego wpływ na Louisa – powtórzył George. – I na Suzi. Wyobraź sobie, że kilka dni temu przyłapałem go, jak uczył Suzi grać w pokera. Jedenastoletnią panienkę!
- Mój Boże! – Mary chyba po raz pierwszy wydała się przejęta. – Mam nadzieję, że kategorycznie zabroniłeś im tej rozrywki.
- Oczywiście. Moja córka to nie jakaś dziewka z szynku, by grać w karty! Suzi obiecała, że przestanie, ale wcale nie jestem pewien, czy nie bawią się tym gdzieś w tajemnicy. Oficjalnie przerzucili się na szachy.
- Porozmawiam z Suzi – obiecała Mary. – I postaram się wynaleźć jej inne zajęcia, by nie miała czasu spędzać tylu godzin z Harrym.
George mruknął aprobująco. Ponownie przez moment w ciszy bawił się szklaneczką z resztką whiskey.
- Powiedz – odezwał się w końcu – czy Anne pisała, jak długo Harry zamierza zostać w Castamere?
Mary spojrzała na męża uważnie.
- Chyba nie chcesz go stąd wyrzucić? – Taka myśl była dla niej nie do przyjęcia. Prawo gościnności traktowała bardzo poważnie. – Nigdy bym sobie nie darowała…
- Nie mówiłem o żadnym wyrzucaniu – przerwał jej George nieco gniewnym tonem. – Pytam tylko, jak długo zamierza zostać.
- Wspominała o lecie. Finalizuje sprzedaż jakiejś posiadłości na wsi, którą Harry oddziedziczył po babce ze strony ojca. Za część uzyskanych pieniędzy Harry będzie mógł pozwolić sobie na podróż do Paryża i Wiednia. Przynajmniej takie są plany Anne.
- Pytanie jeszcze, jakie plany ma on…
- Cokolwiek zamierza, przyjęliśmy go pod swój dach i nie możemy teraz wymówić mu gościny. – W tej kwestii Mary nie zamierzała ustępować. – Jest synem mojej kuzynki, George. Nastoletnim chłopcem z dala od domu. Anne przysłała nam fundusze na jego utrzymanie, więc nie obciąża w żaden sposób domowego budżetu. Jeśli natomiast chodzi o nasze dzieci… Z Suzi poważnie porozmawiam, zaś Louis jest dorosły, odpowiedzialny i na pewno nie da się wciągnąć w żadną kabałę. Jestem przekonana, że nie zrobi nic, czego musielibyśmy się wstydzić.
George Tomlinson patrzył w okno, na siedzących w ogrodzie Louisa i Harry’ego. Brwi miał ściągnięte.
- Obyś miała rację, Mary – odparł. – Ale nie zmienia to faktu, że jest w tym chłopaku coś, co mnie niepokoi. 

*

- A ty, Harry – powiedział Louis, patrząc na młodego kuzyna ciekawie – byłeś kiedyś zakochany?
Kolejne pytanie, które nie powinno paść z jego ust, ale opuściło je niemal bezwiednie.
Zielone oczy Harry’ego przygasły nieco, ale nie spuściły swego spojrzenia z twarzy Louisa.
- Tak – odparł po chwili, a w jego głosie dały się wyczuć zarówno smutek, jak i zacięcie. – Ale ta osoba mnie skrzywdziła. Potraktowała jak zabawkę, która po jakimś czasie się znudziła, więc można ją odstawić.  I uciekła, gdy grunt zaczynał palić się pod nogami.
- Harry…
- Nie mów nic, Louis – przerwał mu drugi chłopak. – To już przeminęło. A życie biegnie dalej i czasem – uśmiechnął się leciutko – czasem tak bardzo nas zaskakuje. 

__________________


I znów jestem winna kilka słów wyjaśnienia :P
Książka, o której rozmawiają Harry i Louis, to „Portret Doriana Graya” Oscara Wilde’a. Pierwotna wersja zawierała sporo odniesień do homoseksualizmu, co spotkało się z oburzeniem czytelników i krytyków, w związku z czym autor musiał wyciąć kontrowersyjne fragmenty.
Sam Wilde był biseksualistą; za utrzymywanie kontaktów seksualnych z mężczyznami został skazany w 1895 r. na dwa lata więzienia (homoseksualizm był wówczas karalny w Wielkiej Brytanii). Cała sprawa była niezwykle głośna, a dla Louisa i Harry’ego dość aktualna, gdyż akcja „Deszczy” dzieje się w 1898 r.



poniedziałek, 20 stycznia 2014

Rozdział 4: Konwenanse (cz. 1)




 Tym razem kilka słów na końcu odcinku :)




ROZDZIAŁ 4
KONWENANSE


Nawet jeśli Louis chciałby następnego ranka rozważać to, co się stało w nocy i analizować swoje myśli ze wszystkich możliwych perspektyw, zwyczajnie nie miał na to czasu. W Castamere pojawili się bowiem goście: jego stryj, właściciel londyńskiej kancelarii prawnej, wraz ze swą żoną. Celem ich podróży był Edynburg, ale uznali, że skoro już wybrali się na północ, to mogą spędzić dwa dni u krewnych. A dla Louisa mieli prezent i to nie byle jaki.
- Nie dało się tego wnieść do domu – oświadczył stryj Albert zaskoczonemu chłopakowi. – Musisz wyjść na podwórze.
Gdy Louis oraz jego rodzice, po minach których dało się zauważyć, że byli wtajemniczeni w sprawę, wyszli z domu, młody Tomlinson oniemiał. Przed schodami prowadzącymi do głównych drzwi, stał najprawdziwszy samochód.
- O mój Boże!
- Zaskoczony? – Albert położył dłoń na ramieniu Louisa. Minę miał dumną jak paw.
- Ja… - Louis nie wiedział, co ma powiedzieć. – To… to naprawdę dla mnie?
- Oczywiście. Razem z twoim ojcem uznaliśmy, że w pełni zasłużyłeś na nagrodę. Poza tym takie maszyny to przyszłość! – Podszedł do auta i poklepał maskę. – Daimler Grafton Phaeton. Solidna brytyjska robota, od dwóch lat produkują je w Coventry.
Louis nie raz widział automobile na ulicach Londynu, a stryj Albert nawet kilka razy dał mu poprowadzić własny, ale posiadanie swojego samochodu było dla chłopaka nieosiągalnym marzeniem. Na taką ekstrawagancję stać było nielicznych. Nie mógł uwierzyć, że w tej chwili dołączył do owego elitarnego grona.
Nieśmiało podszedł do samochodu i obejrzał go ze wszystkich stron. Lustrował granatową obudowę z żółtymi wykończeniami, budkę, którą można było postawić w razie deszczu, kierownicę i wszystkie mechanizmy.
- Jest fantastyczny – uśmiechnął się szeroko, gdy już skończył oględziny. – Nie wiem, jak mam wam dziękować.
- Mówiłem ci, George, że będzie mu się podobać. – Stryj Albert dumnie podparł się pod boki. – Wspaniałe auto dla wspaniałego młodego mężczyzny!
W takiej sytuacji Louis nie miał już żadnej możliwości, by wymigać się z uczestnictwa w ulubionej rozrywce swego dobroczyńcy: polowaniu. Albert Tomlinson był zapalonym myśliwym, ale ponieważ mieszkał w Londynie, nie miał na co dzień okazji oddawać się swej pasji. Ale za to jego wizyta w Castamere nie mogła obyć się bez wyprawy łowieckiej. Louisowi nijak nie mógł uniknąć towarzyszenia ojcu, stryjowi i kilku innym bogaczom z okolicy. Mowiąc szczerze, nie lubił polowań. Do tej pory o niesmak przyprawiała go wielka głowa łosia, dumnie wisząca na półpiętrze domu. Rozumiał zabijanie zwierząt na pożywienie czy odzienie, ale dla rozrywki? Bezsens oraz nieptrzebne okrucieństwo. Był w swoich poglądach odosobniony, biorąc pod uwagę czasy, w jakich żył i środowisko, w jakim dorastał. Jedynie Harry podzielał jego myśli. Stylesowi zresztą udało się wyłgać z uczestnictwa w wyprawie do lasu. Ze śmiechem stwierdził, że on jako dziecko miasta kompletnie nie nadaje się do uganiania się za zwierzyną w dzikiej kniei, na pewno narobi hałasu i wypłoszy wszystkie kaczki. Tomlinsonowie dali mu zatem spokój. Louis niemal mu zazdrościł.
Kolejny obowiązek, westchnął w myśli, wciągając na nogi długie myśliwskie buty. Ale za ten samochód…
Gdy późnym popołudniem następnego dnia goście zbierali się do odjazdu, Louis nie omieszkał jeszcze raz podziękować stryjowi za niespodziewany podarunek.
- Zasłużyłeś – powtórzył Albert.
- Za co tak naprawdę?
- Za to, jaki jesteś, Louis. – Twarz Tomlinsona była poważna. Zniknął gdzieś ten jowialny mężczyzna, który pękał z dumy, pokazując Louisowi samochód. – Fantastycznie idzie ci na studiach, jesteś nieocenioną pomocą w kancelarii, ojciec też jest z ciebie zadowolony. Czasem… czasem tak bardzo żałuję, że nie jesteś moim synem.
Westchnął lekko, starając się mimo wszystko zachować godność. Temat dzieci był dla Alberta Tomlinsona trudny i bolesny, gdyż jego właśni synowie nie spełnili oczekiwań rodzica. Louis znał tę historię doskonale, nawet opowiedział ją Harry’emu na wzgórzu, mimo iż oficjalnie o tym nie rozmawiano. 
- Stryju, jestem pewien… - zaczął.
- Dobrze, nie poruszajmy tego tematu – przerwał mu Albert, jednocześnie kładąc dłonie na ramionach chłopaka. – Ale wiedz, Louis, że jesteś dumą tej rodziny. Wszyscy pokładamy w tobie wielkie nadzieje. Jestem pewien, że nie zawiedziesz ani swoich rodziców, ani mnie.
Louis patrzył w jasnoniebieskie, poważne oczy stryja i czuł, jakby na ramionach miał nie tylko ciężar jego rąk, ale też całego Castamere, londyńskiej kancelarii, Calderów, przedsiębiorstwa ojca i całej reszty świata. 

*

Na szczęście był jeszcze Harry.
Przy Harrym Louis zapominał o obowiązkach, powinnościach i oczekiwaniach, jakie mieli wobec niego inni. Lubił towarzystwo niestandardowego kuzyna, mimo że czasem czuł się przy nim onieśmielony. Starał się nie pamiętać o to, co widział w nocy. Harry zresztą wydawał się zupełnie inny za dnia: nie tak tajemniczy. Jak gdyby dopiero gra świateł i cieni wydobywała z jego twarzy te mroczne, niebezpieczne i pociągające cechy.
Louis złapał się na tym, że czuje się niespokojny, gdy nie wie, gdzie jest i co porabia Harry. Jego oczy niemal automatycznie kierowały się w stronę młodego Stylesa, gdy ten przebywał w zasięgu jego wzroku i poszukiwały go, gdy z owego zasięgu znikał. Louis lubił jego uśmiech, jego głęboki głos, inteligencję i nawet to specyficzne poczucie humoru. Harry był świetnym towarzyszem rozmów. Bo między Bogiem a prawdą, Louis, przebywając poza Londynem, nie miał w swoim otoczeniu ludzi, z którymi mógłby interesująco spędzać czas. Ludzi ciekawych świata i o otwartym umyśle. Jego ojciec, owszem, miał wykształcenie, ale zarazem był typowym angielskim konserwatystą, obawiającym się nowych prądów społecznych i idei. Nie rozumiał, że nowe pokolenie często ma inne aspiracje i oczekiwania, niż ich rodzice. Z matką Louis utrzymywał kontakty poprawne i serdeczne, ale nie widział w niej partnerki do poważniejszych rozmów. Mary Tomlinson była książkowym przykładem angielskiej damy z prowincji, żyjącej w sieci towarzyskich układów i zależności. Lubiła spotkania, przyjęcia, wizyty w teatrze, odwiedziny u przyjaciółek – to był jej świat. Charlotte niemal zupełnie wdała się w nią, a Suzi była jeszcze dzieckiem. W efekcie Louis niekiedy czuł się osamotniony i tym bardziej doceniał towarzystwo Harry’ego Stylesa.
- Narzeczonej podobała się przyjażdżka samochodem? – zapytał Harry podczas kolejnej włóczęgi z Louisem po okolicy. Te przechadzki weszły im już w krew.
- Tak, chociaż na początku trochę się bała. Nie to, co ty.
Harry roześmiał się gardłowo. Faktycznie, cieszył się jak dziecko, gdy Louis zabrał go na krótką wycieczkę autem po okolicy. Czuł wiatr we włosach, swobodę i wolność. Louis pozwolił mu nawet poprowadzić maszynę po prostej drodze, na co Harry zareagował szalonym entuzjazmem. Bawili się we dwójkę wyśmienicie. Gdyby Louis chciał być szczery ze sobą, musiałby przyznać, że przejażdżka z Harrym sprawiła mu dużo większą przyjemność niż identyczna wyprawa w towarzystwie Eleanor.
- Ojciec Eleanor nie ma przekonania do takich wynalazków – powiedział Louis, gdy wspinali się na niewielkie porośnięte drzewami wzniesienie. – Uważa, że jeśli coś nie ma pyska z przodu, ogona z tyłu i nie nazywa się koń, nie jest godne zaufania.
- Jego problem – wyszczerzył zęby Harry. – Ale odwiozłeś mu córkę w jednym kawałku, więc nie ma powodów do narzekań. A może – zachichotał – papa Calder boi się zostawić swoją cenną latorośl sam na sam z jej narzeczonym?
Akurat wdrapali się na szczyt pagórka. Louis odwrócił się i spojrzał na Harry’ego pełnym wyrzutu wzrokiem.
- Znowu zaczynasz? To moja przyszła żona. Daj jej święty spokój, tym bardziej, że wcale jej nie znasz.
Mówił tak, ale w głębi duszy, bardzo niechętnie przyznawał Harry’emu rację. Ten cholerny chłopak miał zadziwiający dar trafiania w sedno problemu i wypowiadania na głos sądów, które inni chcieliby ze wszystkich sił ukryć. Na dodatek walił prostu z mostu i za nic miał sobie konwenanse.
Rodzice Eleanor rzeczywiście niezbyt pozwalali córce spotykać się sam na sam z Louisem – oraz jakimkolwiek innym mężczyzną. Choć nie wypowiedzieli tego na głos, wyraźnie dawali do zrozumienia, że taki zachowanie nie przystoi młodej pannie, zwłaszcza przed oficjalnymi zaręczynami. Louis miał szczerą nadzieję, że po ślubie, gdy zamieszkają w Londynie, wpływ Calderów na Eleanor znacznie osłabnie.
- Przepraszam, nie chciałem… - zaczął Harry, ale Louis przerwał mu machnięciem ręki. Westchnął i przysiadł na trawie.
- Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie masz racji – przyznał niechętnie.
- Znaczy – Harry usiadł naprzeciwko Louisa – że jej rodzice naprawdę nie pozwalają się wam spotykać? Dlaczego?
- Uważają, że to nie wypada.
- O Boże, znowu nieśmiertelne „to nie wypada”! – jęknął Harry. – Co za obłęd! Poślubisz kobietę, której tak naprawdę wcale nie znasz. Powiedz – puścił Louisowi oczko – całowaliście się chociaż?
Louis, wbrew temu, co można by oczekiwać, zaśmiał się, nieco skrępowany.
- To raczej nie twoja sprawa.
- Oj, daj spokój. – Rozbawiony Harry przewrócił oczami. – Jesteśmy tutaj tylko we dwoje. Cokolwiek powiesz, nie usłyszy cię ani matka, ani pastor, ani żadna ciotka dewotka. Więc…?
Louis skubał trawę, nie patrząc Harry’emu w oczy, ale na jego ustach błąkał się uśmiech.
- Tak.
- Uuu, no proszę! – zacmokał Harry, rozbawiony niemal do łez. – Porządnicki Louis Tomlinson skradł całusa nobliwej pannie Eleanor Calder. Kroniki towarzyskie jeszcze o tym nie napisały?
Harry wyraźnie się z niego naigrywał, ale Louis nie miał ochoty sprzeczać się z nim. Styles miał rację: byli tylko we dwoje, a poza tym nie rozmawiali o niczym nieprzyzwoitym. Jak miał być szczery, jego koledzy w Londynie czasem wiedli dużo mniej grzeczne rozmowy – nie mówiąc o uczynkach.
- Jesteś okropnie ciekawski. To jakaś amerykańska cecha?
- Boston nie jest tak purytański jak angielska prowincja – odparł Harry. – Ale wracając do ciebie i panny Eleanor: coś poza pocałunkami?
- Harry!
- Przecież tylko pytam! – Styles uniósł ręce w obronnym geście. – Nie wnikam w szczegóły. Daj spokój, Louis, nie bądź taka cnotka. Spałeś z nią?
- Oczywiście, że nie, do licha! – Louis poczuł, jak zaczynają piec go policzki. Zdecydowanie nie powinien prowadzić z Harrym tej rozmowy. – To moja przyszła żona. Szanuję ją.
Harry, o dziwo, nie roześmiał się, ani nie rzucił złośliwej uwagi. Patrzył na Louisa z delikatnym uśmiechem na ustach.
- Znaczy, że ty… nigdy…?
Louis przełknął ślinę. Nie miał ochoty rozmawiać o tak osobistych sprawach. Nie chciał zwierzać się Harry’emu, opowiadać o przeszłości, w ogóle poruszać tematów uczuć, a tym bardziej doświadczeń erotycznych. Nie tylko nie miał pojęcia, co nieobliczalny chłopak ze Stanów zrobiłby z taką wiedzą, ale też po prostu nie był nauczony prowadzić takich rozmów. A może zwyczajnie się wstydził…?
Nie dowie się!
- Musimy wracać do domu – oświadczył, wstając. Jego głos zabrzmiał chłodno, mimo, że po plecach wpływała mu gorąca strużka potu. – Zanosi się na deszcz.
- Louis, no przestań – zaśmiał się Harry. – Nikomu nie powiem.
- Idziesz, albo wracasz sam. – Tomlinson uciął dyskusję. – Mówię poważnie.
- Aleś ty marudny. – Harry podniósł się z trawy. Chcąc nie chcąc, musiał iść z Louisem, bo nie miał bladego pojęcia, którędy wrócić do Castamere. – Wszyscy Angole są tacy. Hipokryci. Oficjalnie kołnierzyki zapięte po samą szyję, a za zamkniętymi drzwiami… Louis, czekaj na mnie!
Louis niemal zniknął już Harry’emu z oczu, podążając w dół wzgórza – inną drogą, niż przyszli. W ogóle nie słuchał chłopaka.
- Louis, idę już, do diabła…! Obraziłeś się na mnie?
- Nie obraziłem. Po prostu musimy wracać.
- Akurat – mruknął Harry pod nosem. – Kurwa, jak tu stromo…
Powoli, chwytając się drzew i krzewów, podążał za swym towarzyszem. Faktycznie, wzniesienie z tej strony było bardziej urwiste, a grunt mało stabilny, upstrzony gdzieniegdzie wystającymi z ziemi kamieniami.
- Schodzisz? – Louis na chwilę odwrócił się w stronę Harry’ego.
- Raczej mnie nie zniesiesz, więc chyba muszę, nie? – odparował Harry. – Serio, nie możemy wracać tą drogą, którą przyszliśmy? Tu idzie się zabić.
- Tędy jest bliżej. Poza tym, wcale nie jest tak stro… AAAAAA!!!
- Louis!!!
Harry z przerażeniem patrzył, jak Louis potyka się o jakiś kamień czy wystający korzeń, przewraca i stacza po nierównym zboczu kilkanaście stóp w dół. Jego upadek zamortyzował dopiero krzak tarniny, na który chłopak wpadł.
- Jezu, Louis! – Harry’emu serce podeszło do gardła. Zaczął się ześlizgiwać po stromiźnie, przytrzymując się drzew, by nie podzielić losu swego kuzyna. – Nie wstawaj, już do ciebie idę!
Louis chyba nawet nie miał sił, by wstać, chociaż ruszał się, co znaczyło, że nie stracił przytomności. Harry dopadł do niego, przestraszony do granic możliwości.
- Louis… Boże, nic ci nie jest?
Tomlinson usiłował dźwignąć się na kolana, ale natychmiast upadł z powrotem na trawę z jękiem bólu. We włosach miał pełno piasku i parę gałązek, ubranie całe brudne, marynarkę rozdartą na wysokości piersi, a na policzku lekkie zadrapanie. Ale najbardziej chyba ucierpiała jego prawa noga. Kurczowo trzymał się za kostkę.
- Chyba skręciłem nogę – stęknął.
Harry drżącymi rękami uniósł jego nogawkę i nieco opuścił skarpetkę.
- Nie jest złamana – ocenił. – Inaczej nie byłbyś w stanie nawet trochę nią poruszyć.
- Boli jak cholera.
- Zraniłeś się. – Harry bardzo delikatnie dotknął policzka Louisa. Tomlinson widział przed sobą rozszerzone ze strachu, przenikliwie zielone oczy. Wolał w nie nie patrzeć, już muśnięcie palców chłopaka przeszyło go niewytłumaczalnym dreszczem, nie mającym chyba nic wspólnego ze skręconą kostką.
- To nic takiego – powiedział, odsuwając się odrobinę, na tyle, by nie mieć kontaktu ze skórą Harry’ego. Miał nadzieję, że chłopak nie odbierze tego obcesowo. Na szczęście Harry był tak zaabsorbowany całą sytuacją, że chyba nic nie zauważył. – Noga jest gorsza.
- Dasz radę iść?
- Harry, jesteśmy ze trzy mile od Castamere. Nie ma szans, żebym tam doczłapał, nawet opierając się na tobie.
- To… to co mam robić? – W oczach Harry’ego ponownie błysnął strach.
- Posłuchaj mnie uważnie. – Louis starał się brzmieć na opanowanego i stanowczego. Jeden panikarz w zupełności wystarczył. – Do Castamere jest stąd prosto trafić. Musisz zejść na dół, do drogi. Pójdziesz w prawo, aż do rozstajów, skręcisz w lewo i wyjdziesz w pobliżu domu Allenów. Stamtąd już trafisz, prawda?
- W prawo, do rozstajów, w lewo i koło Allenów – powtórzył Harry nerwowo. – Zapamiętam.
- W porządku. Niech Bob weźmie powóz i przyjedźcie po mnie. A Jack niech w tym czasie biegnie do Steelwill po doktora Blighta. Chyba trzeba będzie nastawić kostkę. I, Harry, do licha, uspokój się! To tylko zwichnięta noga, nie atak niedźwiedzia.
Styles, mimo zdenerwowania, parsknął krótkim śmiechem.
- Podziwiam twój opanowany umysł.
- Panika i marudzenie nic nie da. Byłem nieostrożny i mam za swoje. Idź, Harry. Zanosi się na deszcz, więc nie mam ochoty tu moknąć.
- Już biegnę. – Harry podniósł się z trawy. – Niedługo wrócę.
- Nigdzie się nie wybieram – skomentował Louis z przekąsem, trzymając się za rwącą bólem kostkę, patrząc jak jego towarzysz szybkim krokiem podąża w dół zbocza.
No to przez jakiś czas nici z samochodu, pomyślał ponuro.

_______________


 Dziewczyny, dziękuję Wam bardzo za komentarze:) Ells, prowadzisz może jakiegoś bloga? Jeśli tak, daj namiar, chętnie zajrzę:)
Ten odcinek dłuższy niż zazwyczaj, ale nie wiem, kiedy wstawię następny, bo mam napisane zaledwie kilkanaście zdań, a nie czuję się najlepiej, więc średnio chce mi się pisać. Mam nadzieję, że coś wyduszę…
A teraz jeszcze niespodzianka. Ta wygląda samochód, o którym mowa w odcinku powyżej :P


Mój Boże, jak ja się namęczyłam, żeby znaleźć coś odpowiedniego, co w 1898 r. mogła posiadać taka rodzina jak Tomlinsonowie! Jestem kompletnym ignorantem, jeśli chodzi o motoryzację, nie mam nawet prawa jazdy, ha ha. A Louis musi posiadać auto, to będzie ważne później.
O ile dobrze wyszukałam informacje, takie cacko kosztowało w tamtych czasach 375 funtów, co równa się ok. 30 tys. funtów obecnych (przy znacznie niższych pensjach w XIX w.) Zatem Louis otrzymał nie byle co :D