poniedziałek, 24 lutego 2014

Rozdział 4: Konwenanse (cz. 4)



Witajcie:) Długo mnie nie było, ale nie umiałam zebrać się do napisania tego odcinka. Cieszę się, że jest już za mną. Scena z grą Harry’ego była jedną z pierwszych, jakie wymyśliłam do tego opowiadania i strasznie się nakombinowałam, w którym miejscu fabuły ją wcisnąć ;D Bo za cholerę nie chciałam z niej zrezygnować. Ugh, mam nadzieję, że jakoś to wyszło.
Co do reklamowania bloga, nie mam na to za bardzo czasu, a zwykle też pomysłu ani zapału. Żałuję, że nie ma polskiego forum o 1D, wtedy wszystko byłoby łatwiejsze. A tak, każdy siedzi na swoim twitterze, tumblrze, blogu, profilu na fb i trzeba tak łazić, by wszędzie coś napisać o swoim opowiadaniu ;D
Jeśli chodzi o tt, w ogóle nie miałam konta (wiem, wstyd ;)), założyłam dopiero kilka dni temu. Jeśli macie ochotę, zapraszam: https://twitter.com/MKLoreley
Dziękuję za komentarze i zapraszam na odcinek:)


*    *    *

 

A potem Harry Styles zaczął grać.
Louis po raz pierwszy miał okazję posłuchać tej melodii w całości, zupełnie oficjalnie. Oczywiście Harry nie wiedział – i nie mógł się dowiedzieć! – że Tomlinson podsłuchiwał go nocami, schowany gdzieś w mroku korytarza.
Utwór Harry’ego, mimo iż średnio skomplikowany, niósł w sobie coś niezwykłego. Początkowe szepty zebranych – niektóre wyrażające powątpiewanie w muzyczny talent dziwnego chłopaka o kręconych włosach – szybko umilkły. Wszyscy wpatrzyli się w młodego pianistę, którego dłonie płynnie poruszały się po klawiaturze. Harry nie używał nut, grał z pamięci.
Grał melodię dziwną i pozornie delikatną, ale za tą spokojną fasadą krył się niepokój. Takie niewygodne uczucie, że coś jest nie w porządku, mimo że wokół rozpościera się blask światła; że coś wisi w powietrzu i w każdej chwili może wkroczyć w poukładany świat, burząc jego ściany nieodwołalnie i na zawsze. Melodia niosła w sobie dekadencję, charakterystyczną dla końca dziewiętnastego wieku; poczucie, że świat się zmienia i nie wiadomo, co czeka za rogiem. Nie wiadomo, co przyniesie czas, ale pewne jest, że już nic nie będzie takie, jak dawniej.
Niektórzy zebrani w salonie Tomlinsonów dostojni goście – te damy w wieczorowych sukniach i panowie we frakach, dzierżący w dłoniach kryształowe kieliszki – oglądali się za siebie, chyba nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Jakby bali się, że ich plecami czai się coś nieznanego, nienazwanego, co osiada na ramionach niewidzialnym welonem lęku, wywołując drżenie serc.
To wszystko niósł w sobie nieznany utwór, grany przez zaledwie niespełna trzy minuty przez Harry’ego Stylesa.
Ostatnie sekundy melodii były niczym dźwięk kapiącego deszczu, a końcowy akord niski i stłumiony. Harry jeszcze przez krótki moment trzymał dłonie nad klawiaturą, po czym opuścił je na kolana i odwrócił się w stronę publiczności, kłaniając się lekko. Jego bystre oczy lustrowały twarze zgromadzonych, analizując wyraz każdej z nich z zawrotną prędkością. Trwała cisza.
Jako pierwszy zaczął klaskać Louis, a za jego przykładem poszli inni. Niektórzy – jak dama w granatowej sukni – z ogromnym entuzjazmem, inni bardzo powściągliwie, przyglądając się obcemu chłopakowi z dystansem, by nie powiedzieć ukrytą obawą. Jakby widzieli w nim coś osobliwego i niepokojącego, od czego lepiej dla własnego bezpieczeństwa trzymać się z dala. Ale byli też tacy, dla których Harry nagle stał się atrakcją przyjęcia.
- Gratuluję talentu, młody człowieku. – Dłoń Harry’ego znalazła się w uścisku brzuchatego mężczyzny z średnim wieku. – To była prawdziwa muzyczna uczta, choć krótka. Ale przyznam, że nie znam utworu, który pan grał.
- To moja własna kompozycja – odparł Harry. – Niedawno ją ułożyłem.
- Coś takiego! W takim razie gratuluję podwójnie. Lucille, słyszałaś, moja droga?
- Tak. – Mężczyźnie towarzyszyła elegancka żona. – Jeśli mogę być niedyskretna i zapytać: ile pan ma lat, panie Styles?
- W lutym skończyłem osiemnaście.
- Coś takiego! – Była to ewidentnie ulubiona odzywka rozmówcy Harry’ego. – Niewiarygodne, że tak młody człowiek prezentuje tak zaawansowany poziom i na dodatek komponuje własne utwory.
- Dziękuję za uznanie. – Harry kiwnął głową.
- Panie Styles, pozwoli pan, że się przedstawię. – Podeszła kolejna para. – Alexander Bellward, a to moja żona, Constance. – Nastąpiła seria powitań. – Jestem wicedyrektorem teatru w Leicester, a prywatnie pasjonatem muzyki klasycznej i opery. Chciałem zapytać, u kogo pobierał pan nauki gry na fortepianie.
Harry ledwo zauważalnie spiął się.
- Pochodzę w Bostonu – odpowiedział, mając nadzieję, że to zakończy temat. – Nie uczyłem się u nikogo w Anglii.
- Och, Boston! Uczył pana może William Duval? To mój stary znajomy, jeszcze z czasów, gdy mieszkaliśmy w Londynie.
Tego Harry nie przewidział.
- Niestety nie miałem przyjemności poznać. Chociaż słyszałem o nim. Prowadzi konserwatorium w Bostonie.
- Zatem pan nie uczęszczał do konserwatorium? – włączyła się żona pana Bellwarda.
- Nie, pobierałem prywatne lekcje.
- Mój Boże! To niezwykłe. Można wiedzieć, kim był człowiek, który ukształtował taki diament?
- Nikim znanym. Państwo wybaczą, nie czuję się najlepiej, muszę się przewietrzyć.
Wyrwanie się w towarzystwa Bellwardów i tej drugiej pary nie przyniosło spodziewanego rezultatu, bo niemal natychmiast wpadł w szpony owej damy w granatowej sukni, która zachęcała go do gry.
- Panie Styles – powiedziała, obdarowując chłopaka promiennym uśmiechem – jest pan niezwykle utalentowanym młodym człowiekiem. Gra pan z taką lekkością i finezją.
- To bardzo miłe z pani strony. – Harry, jeśli tylko chciał, potrafił być czarujący i wspiąć się na absolutne wyżyny towarzyskiej maestrii. Chociaż bystrzejszy obserwator z pewnością zauważyłby, że chłopak ma już dość całej tej sytuacji.
- Pomyślałam sobie – głos kobiety stał się cichszy i bardziej poufały – że może zechciałby pan udzielić mi kilku lekcji.
Harry błyskawicznie skonstatował, o co chodzi damulce, ale nie dał po sobie nic poznać.
- Jestem pewien, że byłbym fatalnym nauczycielem – uśmiechnął się, ale jego oczy pozostały chłodne. – Nie mam niestety cierpliwości do uczenia kogoś. Pani wybaczy.
Skinął głową w geście pożegnania i zostawił kobietę samą z jej fantazjami. W pobliżu stał Louis. Harry podszedł do niego.
- Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał bez zbędnych wstępów. – Jaki miałeś w tym cel?
- Jesteś zły? – Louis spojrzał na młodszego chłopaka nieco zdziwiony.
- Nie. Po prostu zastanawiam się, co tobą kierowało, by ściągać na mnie uwagę tych wszystkich ludzi.
- Nie miałem żadnego ukrytego celu, Harry, naprawdę. – Louis nie kłamał. Sam do końca nie rozumiał, jaki impuls kazał mu wywołać Harry’ego do fortepianu. Pomijał chęć wymierzenia prztyczka w nos nadętemu Robertowi Calderowi, przesadnie faworyzującemu swą siostrę. – Jest tak, jak mówiłem: uważam, że taki talent jak twój nie powinien pozostawać w ukryciu. Nie lubisz grać przed publicznością?
- Lubię przed taką, której zależy. – Zielone oczy Harry’ego miały trudny do rozszyfrowania wyraz. – Ci tutaj szybko zapomną.
- Nie wszyscy – odparł Louis ciszej, ale pewnie. – Ja zapamiętam.
Przez chwilę patrzyli na siebie, nie zwracając uwagi na nic dookoła. Zieleń łączyła się z błękitem.
- Kiedyś – powiedział w końcu Harry – napiszę coś dla ciebie. Tylko jeszcze nie wiem, co. 

*

Lipcowa noc była spokojna i ciepła. Delikatny wietrzyk poruszał liśćmi drzew, a z salonu Tomlinsonów dochodziły stłumione odgłosy rozmów i pobrzękiwanie szkła. Okna Castamere na parterze błyszczały żółtopomarańczowym blaskiem.
Harry Styles zostawił za sobą duszne pomieszczenie, wypełnione zapachem perfum, jedzenia i drogiego alkoholu, z ulgą wciągając w płuca czyste powietrze. Nie lubił takiej stęchłej – dosłownie i w przenośni – atmosfery. Tych wszystkich sztucznych uśmiechów, poukładanych rozmów, dotknięć, spod których nie wypadało się otrząsnąć. Tych obcych mu ludzi, którzy traktowali go jak chwilową ciekawostkę w ich pustym życiu.
Nie był zły na Louisa, że ten poprosił go o zagranie jakiegoś utworu, nie o to chodziło. Miał żal do samego siebie, że się zgodził. Że tak łatwo uległ. I w efekcie pierwsze wykonanie jego nowego utworu słyszeli ludzie, którzy na to nie zasługiwali. Beznadziejna okoliczna arystokracja o ciasnych horyzontach umysłowych, zgromadzona na jednym z wielu bankietów, w jakich się tu lubowano. Phi! Niechby im przygrywała Eleanor Calder!
A niech to! O wilku mowa!, pomyślał Harry, zauważając w drewnianej altanie Eleanor. Jej jasna suknie wyraźnie odcinała się na ciemnym tle drewna i oplatającego go bluszczu. Harry nie miał pojęcia, kiedy młoda dama zniknęła z salonu.
- Panna Calder – skinął głową, podchodząc bliżej. – A to niespodzianka!
Eleanor drgnęła na dźwięk tego charakterystycznego, ochrypłego głosu. Harry nie byłby sobą, gdyby przegapił ten odruch. Uśmiechnął się nieco sarkastycznie pod nosem, przysiadając obok Eleanor na ławce. Dziewczyna szczelniej okryła się kremową pelerynką, którą miała zarzuconą na ramiona. To również Harry zauważył.
- Coś się stało, że uciekła pani z przyjęcia? Myślałem, że będzie pani dalej cieszyć gości swoją grą.
- Panu zdecydowanie lepiej to wychodzi. – Eleanor starała się grać uprzejmą damę, ale w jej głosie wyraźnie dźwięczała uraza. – Louis też chyba preferuje muzykę w pańskim wydaniu.
Wystarczyło to jedno zdanie, by Harry zrozumiał. Eleanor czuła się urażona, że jej przyszły narzeczony pozwolił zabłysnąć komuś innemu niż ona sama. Owo nagłe odkrycie sprawiło, że omal nie parsknął śmiechem. Cóż za głupia małostkowość!
- Boże drogi, chyba nie jest pani zazdrosna! – powiedział, z trudem kryjąc pełen satysfakcji i ironii uśmiech. – Po pierwsze, to nie przystoi, a po drugie, nie ma pani powodu.
- Zazdrość? Myli się pan. Jestem pewna, że Louis nie miał zamiaru sprawić mi przykrości.
- Och, również jestem tego pewien. – Głos Harry’ego był nienaturalnie przesłodzony, ale pod tą fasadą kryły się jadowite szpilki. – Wspaniały, dobrze wychowany Louis. Zawsze taki poukładany i szarmancki. Idealny materiał na męża. Kiedy ślub?
- Nie wyznaczyliśmy jeszcze daty.
Harry przyjrzał się Eleanor uważnie, prześlizgując się wzrokiem po jej elegancko upiętych włosach, drobnej twarzy i szczupłej figurze. Dziewczyna czuła się speszona pod jego badawczym spojrzeniem, ale zachowała niewzruszony wyraz twarzy.
- Jest pani jeszcze taka młoda – powiedział Harry, przekrzywiając głowę i nie spuszczając z Eleanor wzroku. – Małżeństwo w takim wieku… Wierzę, że wie pani, w co się pakuje, panno Calder.
- Nie bardzo rozumiem, do czego pan zmierza. – Eleanor siliła się na spokój.
Harry zmrużył oczy z satysfakcją.
- Małżeństwo to nie tylko wspólne romantyczne wzdychanie do księżyca w letnią noc. Teraz Louis może panią adorować, ale później będzie wymagał. Jest mężczyzną, a mężczyźni, no cóż, mają swoje potrzeby. – Harry pochylił się lekko ku Eleanor. Dziewczyna cofnęła się instynktownie, ale on tylko mówił. Jego przyciszony głos ciął wieczorne powietrze. – Louis wydaje się taki spokojny i nudnawy, ale ja wiem swoje: pod jego skórą pełga ogień, który kiedyś wybuchnie. To widać w jego oczach. Gasić ten żar nie będzie łatwo. Trzeba się będzie bardzo postarać, panno Calder, w spełnianiu obowiązków żony.
- Proszę natychmiast przestać!
- Dlaczego? – szeptał Harry. – To tylko słowa. A miłość to uczucie, panno Calder. Nie sztuczne uśmiechy na przyjęciach i całowanie po rączkach, bo pół hrabstwa patrzy. Nie towarzyskie konwenanse.  To połączenie serc, dusz i ciał dwojga ludzi.
Eleanor odsunęła się gwałtownie.
- Ta rozmowa nigdy nie powinna mieć miejsca. – Zdenerwowana wstała w ławki. Na jej policzkach kwitły rumieńce. – Żegnam, panie Styles.
Harry patrzył, jak dziewczyna szybkim krokiem, otulając się peleryną, zmierza ku wejściu do domu. Jego lekko przymrużone oczy błyszczały.
Wiele rzeczy, jakie się tu dzieją, nie powinno mieć miejsca, głupia pańciu! 

________________________


http://www.youtube.com/watch?v=eGLKTpknbnI - a oto melodia, którą w moim wyobrażeniu grał Harry. Słuchałam jej dziesiątki razy i już mi uszami wychodzi ;D

wtorek, 11 lutego 2014

Rozdział 4: Konwenanse (cz. 3)



Sama się sobie dziwię, że jeszcze piszę to opowiadanie :P Ćwiczę swoją cierpliwość do własnych nudów ;)



_________________




A potem Harry wyjechał.
Louisa wewnątrz zmroziła ta wiadomość, ale pozornie zachował zimną krew. Niby swobodnie zapytał Rebeki, dokąd i na jak długo wybrał się młody Styles, a gdy kobieta poinformowała go, że udał się jedynie do sąsiedniego hrabstwa Nottinghamshire, by zobaczyć ruiny zamku Newark, Louis odetchnął. Przypomniał sobie, że Harry wspominał mu kiedyś o swojej fascynacji starymi warowniami i średniowiecznymi zamczyskami. W Stanach Zjednoczonych podobnych obiektów nie było, więc korzystając z pobytu w Anglii, chłopak zamierzał kilka odwiedzić. Tam najłatwiej o natchnienie, mówił. Tajemnice, wspomnienia, to jest piękne… Louis nie do końca podzielał tę fascynację rozsypującymi się murami i zarośniętymi dziedzińcami, ale rozumiał, że artystyczna dusza Harry’ego szukała tego typu emocji. Ukłuło go jedynie to, że Harry nie wspomniał o swych planach. Ze względu na skręconą nogę Louis i tak nie mógłby mu towarzyszyć w wyprawie, niemniej jednak poczuł się w dziwny sposób oszukany i pominięty.
Harry wrócił po dwóch dniach. Wydawał się spokojny, ale nie był to pogodny spokój, raczej ten z gatunku melancholijnych. Harry szukał odosobnienia, wydawał się błądzić myślami gdzieś daleko. Częściej też przesiadywał przy fortepianie, zwłaszcza wieczorami, gdy reszta domowników udawała się już na spoczynek. Louis niekiedy wychodził na korytarz, by posłuchać jego muzyki, ale nie odważył się już obserwować go, ukryty w mroku hallu.
Pewnej nocy, ubrany jedynie w pidżamę, usiadł na najwyższym stopniu schodów i słuchał. Harry grał ową kompozycję, której fragment zaprezentował Louisowi dzień po tym, jak się poznali. Melodia wydawała się ukończona. Słuchał, pogrążony w mroku, i tysiące myśli przelatywały mu przez głowę. A na zewnątrz padał letni deszcz, spływając po szybach ciemnymi strugami.

*

Louis, mając myśli zaprzątnięte Harrym, zupełnie zapomniał o przyjęciu, które jego matka miała wydawać tego dnia. Zresztą, będąc szczerym, pani Tomlinson lubowała się w kolacjach, wieczorkach, balach i innych tego typu spędach towarzyskich, więc naprawdę ciężko było spamiętać, co, gdzie, kiedy i kto jest zaproszony. Louis przypomniał sobie o wszystkim rano, gdy zobaczył służbę sprzątającą, czyszczącą zastawę stołową i układającą kompozycje kwiatowe. Przez jedną straszną chwilę przemknęło mu nawet przez myśl, iż celem tego przedstawienia ma być oficjalne ogłoszenie jego zaręczyn z Eleanor, ale uznał, że rodzice mimo wszystko nie wywinęliby mu takiego numeru bez jego zgody. Podpytana Rebecca zresztą zaprzeczyła. Louis odetchnął. Nie miał ochoty na publiczne deklaracje. W zasadzie wcale nie miał ochoty na te całe zaręczyny. Nie teraz. Jeszcze nie teraz.
Wieczorem salon Tomlinsonów zapełnił się gośćmi. Oczywiście byli tam także Calderowie, wraz z dwoma najstarszymi córkami – dziewiętnastoletnią Eleanor i siedemnastoletnią Edith (w rodzinie istniał nieco niedorzeczny zwyczaj nadawania dziewczynkom imion na literę E, na cześć dawno zmarłej członkini rodu, która jakoby miała być postacią wybitną). Niestety na przyjęciu stawił się także starszy brat Eleanor, Robert, za którym Louis nie przepadał. Młody Calder miał denerwującą manierę nowobogackiego bufona, patrzącego na całą resztę świata z ironiczną wyższością. A prawda była taka, że gdyby nie koneksje i pieniądze rodziny, niczego w życiu by nie osiągnął, nie wyróżniał się bowiem ani intelektem, ani talentem, ani silną wolą.
- Louis – Robert Calder przywitał się z Louisem, przywdziewając na twarz fałszywy uśmiech. – Podobno pniesz się w górę w londyńskiej palestrze. Prawda to?
- Wszystko układa się pomyślenie – odparł Louis sztywno. Nie lubił tego człowieka i nie miał ochoty wdawać się w wylewne rozmowy z nim.
- Och, mam nadzieję. Moja siostra zasługuje na wszystko, co najlepsze.
Więc powinna wymienić sobie brata, pomyślał Louis złośliwie.
- Nie musisz się martwić. Eleanor nie spotka z mojej strony żadna krzywda.
Calder nie odpowiedział na tę deklarację. Pociągnął łyk szampana z kieliszka i dyskretnie skinął głową w lewo.
- Kto to? Jakiś znajomy rodziny?
Na pewno nie twojej. Louis doskonale wiedział, o kim Robert mówi, nie musiał nawet patrzeć.
- To mój dalszy kuzyn, ma na imię Harry i spędza wakacje w Castamere, przyjechał z Bostonu.
- Twoja rodzina? – Robert uniósł brwi w ironicznym geście. – Z Bostonu? Mój Boże, spójrz na jego włosy! I tę dziwaczną ozdobę pod szyją! To jakaś amerykańska moda?
Louis poczuł, jak złość zaczyna mu kipieć w żyłach. Ten nadęty paniczyk nie miał żadnego prawa kpić z Harry’ego, jego włosów, jego ubrania, ani czegokolwiek, co wiązało się z tym chłopakiem! Harry mógłby pojawić się na tym głupim przyjęciu w stroju tancerki kabaretowej i chodzić na uszach, zabawiając gości, a i tak byłby wart sto razy więcej niż tępy Robert Calder.
- Nie oceniam ludzi na podstawie tego, co mają na głowie. Raczej na podstawie tego, co mają w niej – odciął się Louis. Punkt dla niego!
Calder nie zdążył odpowiedzieć, gdyż w tym samym czasie na środek salonu wystąpiła pani Tomlinson.
- Drodzy przyjaciele…
Louis nawet połowy tych ludzi nie określiłby mianem przyjaciół swojej matki, ale mniejsza z tym.
- …mam nadzieję, że spędzacie przyjemny wieczór. Myślę, że z chęcią posłuchamy odrobiny muzyki. Jestem pewna, że nasza urocza Eleanor nie odmówi nam krótkiego koncertu – uśmiechnęła się promiennie w kierunku swojej przyszłej synowej.
Tego typu „zaproszenie” w zasadzie nie pozostawiało Eleanor możliwości odmowy, nawet gdyby akurat nie miała ochoty popisywać się swoimi zdolnościami muzycznymi.
- Będę zaszczycona – odparła, zawczasu przewidując taki scenariusz. Eleanor była uzdolniona muzycznie i często grywała na fortepianie podczas towarzyskich spotkań.
Dziewczyna podeszła do instrumentu i usiadła na taborecie, poprawiając suknię. Wyglądała tego wieczoru wyjątkowo pięknie, w swojej garderobie koloru słoneczników i eleganckich kolczykach ozdobionych rubinami.
Zaczęła grać, a goście przysłuchiwali się, kiwając z uznaniem głowami. Kilkoro wymieniło szeptem uwagi. Louis tymczasem kątem oka starał się złowić spojrzenie Harry’ego.
Chłopak z Bostonu przez cały wieczór trzymał się na uboczu, zjadł niewiele, a swojego szampana sączył już od dobrych czterdziestu minut. Teraz również stał pod ścianą, uważnie przysłuchując się koncertowi w wykonaniu Eleanor. Louis wiedział, że Harry, obdarzony doskonałym słuchem, analizuje każdą poszczególną nutę. Jego twarz pozornie nie zdradzała żadnych emocji, choć wnikliwszy obserwator mógłby zauważyć kilka drgnień ust czy zmarszczeń czoła. Podziwu na niej nie było, co najwyżej ostrożne zainteresowanie. Louis nie potrafił rozszyfrować, co też Harry myśli o grze Eleanor, a nie chciał przyglądać się chłopakowi zbyt jawnie.
Eleanor dała około dziesięciominutowy występ, koncentrując się na utworach Mozarta, za co została nagrodzona zasłużonymi brawami. Jej brat podszedł do dziewczyny i ostentacyjnie ucałował ją w dłonie, składając tym samym hołd niczym najwspanialszej pianistce świata. Louis zagryzł zęby. Nie znosił takich fałszywych demonstracji.
A w następnej chwili… sam nie wiedział, co w niego wstąpiło. To był impuls.
- Tak się składa – odezwał się, wychodząc na środek salonu, nadal lekko utykając – że tego wieczoru jest między nami jeszcze jedna niezwykle utalentowana muzycznie osoba. Będę niezwykle rad, jeśli zgodzi się zagrać dla nas. Tą osobą jest mój kuzyn, Harry Styles.
Wyłowił spośród dwudziestu kilku osób spojrzenie stojącego pod ścianą Harry’ego. Ich oczy spotkały się. We wzroku Stylesa odbiło się krańcowe zaskoczenie.
- Harry? – Louis uśmiechnął się zachęcająco. – Uczynisz nam tę przyjemność?
Oczy wszystkich zwróciły się ku niepozornemu chłopakowi o kręconych włosach, na którego do tej pory nie zwracali uwagi.
- To – odchrząknął Harry – to raczej nie jest dobry pomysł.
- Panie Styles, niech pan nie da się prosić – uśmiechnęła się do niego dama w granatowej sukni, obwieszona biżuterią.
Harry spojrzał po kolei na kobietę w granatach, małżeństwo Tomlinsonów, Eleanor, która starała się wyglądać, jakby właśnie nie doświadczyła afrontu od swego narzeczonego, ironiczno – wkurzonego Roberta Caldera, a na końcu Louisa. Na nim zatrzymał wzrok najdłużej, jak gdyby starał się analizować, jakie też pobudki kierowały Louisem, że zdecydował się „zareklamować” go przed tymi wszystkimi ludźmi.
- Harry, twój talent nie powinien pozostawać w ukryciu – powiedział Louis. Jego ciepłe oczy zdawały się nie widzieć nikogo w tym pokoju poza Stylesem.
Brwi Harry’ego uniosły się lekko. Chyba za żadne skarby świata nie spodziewał się takiej akcji ze strony powściągliwego zazwyczaj w towarzystwie Louisa. Ale nie można powiedzieć, że sprawiło mu to przykrość.
- W porządku – powiedział cicho.
Wyminął kilka osób i wyszedł na środek, zasiadając przy fortepianie. Louis usunął się nieco na bok, cały czas z uśmiechem na ustach. Przypominał nieco Suzi, gdy ta „prezentowała” mu Harry’ego kilkanaście dni wcześniej.
Harry pochylił się nad fortepianem, kładąc palce na klawiaturze. Na moment zaległa cisza. Louis znał już ten rytuał, widział go. Harry jak gdyby kumulował w sobie energię, jego dusza zdawała się opuszczać ten salon i wtapiać w jakiś inny świat, oczy nie widziały już niczego dookoła. To było niczym cisza przed burzą. Niczym świat zamierający tuż przed uderzeniem pioruna.
A potem Harry Styles zaczął grać. 

 _______________________


Wiem, ucięte we wrednym momencie. Początkowo miałam plan napisać jeszcze scenę z grą Harry’ego, ale uznałam, że tak będzie ciekawiej.
Za to kolejny odcinek – ostatni z rozdziału 4 – będzie interesujący z powodu rozmowy Harry’ego z Eleanor, w której to nasz kochany Styles pokaże swoją „niegrzeczną” stronę ;)