sobota, 11 stycznia 2014

Rozdział 3: Ona i on (cz. 4)




  Witajcie:) Serdecznie dziękuję za komentarze. Miło mi, że ktoś mimo wszystko tutaj zagląda i czyta tego tasiemca ;)
Poniższy odcinak może nie jest zbyt długi, ale przyznam, że tragicznie męczyłam się z jego napisaniem. Może dlatego, że jest dość emocjonalny, a sytuację musiałam przedstawić wyłącznie ze strony Louisa. Bez punktu odniesienia w postaci Harry’ego. Ugh, ciężko było. W ogóle chciałabym już pisać o uczuciach i emocjach Harry’ego; wtedy zrobi się dużo bardziej wybuchowo :P Ale do tego jeszcze sporo brakuje.
I trzymajcie kciuki, bo utknęłam w kolejnym odcinkiem :/ To znaczy, większość jest napisana, ale nie wiem, czy nie skasuję, bo zgrzyta mi jak stare drzwi do stodoły, serio. No nic, może jakoś wybrnę.
Miłego czytania:)
 


 *   *   *


Tego wieczoru, mimo zmęczenia, Louis nie umiał zasnąć. Była niemal północ, a on przewracał się w łóżku z boku na bok. Dziwne, niespokojne myśli wypełniały mu głowę, nie pozwalając zaznać zbawiennego snu.
„…jak bardzo tego nienawidzę”
Cały czas miał przed oczami wyraz twarzy Harry’ego, gdy chłopak wypowiadał te słowa. Jej chłód, zaciętość, z trudem tłumiony żal… Louis nie rozumiał, co Harry mógł mieć na myśli. Jakie granice wciąż musiał sobie stawiać? To była wyjątkowo dziwna puenta ich rozmowy. Potem nie rozmawiali już ze sobą sam na sam. Louis towarzyszył Eleanor lub ojcu, a Harry starał się znaleźć sobie zajęcie, by przetrwać do końca spotkania. Większość czasu spędził grając w badmintona z niezmordowaną Suzi, zastępując nieudolną Emmę Calder. Zachowywał się na pozór swobodnie, ale ilekroć Louis uchwycił jego spojrzenie, młody Styles odwracał wzrok.
Pod zamkniętymi powiekami Louisa pojawiła się inna scena, wczorajsza: Harry leżący na trawie, z rękami założonymi za głowę. Jego cała sylwetka nakrapiana plamami słońca sączącymi się przez liście. Jego fascynująca twarz – zarówno jeszcze chłopięca, jak i już męska – tak spokojna i zrelaksowana…
Louis otworzył gwałtownie oczy, chcąc odgonić wizję. Serce biło mu odrobinę za szybko – dlaczego? Uniósł się na łokciu i chyba po raz setny tego wieczoru uderzył kilkakrotnie w poduszkę, usiłując nadać jej inny, bardziej wygodny kształt. Jednocześnie doskonale zdawał sobie sprawę, że to nic nie da. Jeśli nie pozbędzie się głupich myśli o Harrym, nie zaśnie.
Po kilku minutach bezsensownego leżenia, uznał, że może to jednak księżyc nie pozwala mu zapaść w sen. Była niemal pełnia, do pokoju wślizgiwał się srebrny blask. Louis wstał i zaciągnął ciężkie, kaszmirowe zasłony, pogrążając przestrzeń w mroku. Po omacku wrócił do łóżka i przymknął powieki, na siłę próbując zasnąć. Nic z tego. Powróciły obrazy Harry’ego i wspomnienie jego głosu, charakterystycznie ochrypłego i… pociągającego?
Louis ponownie otworzył oczy, oddychając płytko. Co to wszystko ma znaczyć, do cholery?! Uświadomił sobie, że jest mu za ciepło. Może to przez tę kołdrę? Albo zasłonięte okno? Wargi miał suche, a w ustach czuł nieprzyjemny posmak. Zapalił lampkę na stoliku nocnym, nie chcąc ryzykować nalewania  wody po ciemku, jednak okazało się, że… szklana karafka jest pusta.
Niech to szlag! Czy wszystko się dziś na mnie uwzięło?
Po wodę mógł udać się do łazienki, uznał jednak, że w zasadzie to chętnie napiłby się soku wiśniowego. W tym celu jednak należało zejść do kuchni. Jako dziecko Louis bał się chodzić nocą po Castamere i ta dziwna niechęć pozostała mu do dnia dzisiejszego, mimo że za pół roku miał skończyć dwadzieścia jeden lat. Nie miała już oczywiście nic wspólnego ze strachem; było to raczej niewygodne uczucie bycia obserwowanym. Tej nocy jednak chęć sięgnięcia po szklankę soku z wiśni okazała się silniejsza, choć nieco irracjonalna.
Louis założył szlafrok i wyszedł na korytarz. Dom pogrążony był w ciemności i ciszy… z jednym małym wyjątkiem. Louisowi wydawało się, że skądś dobiega go słaby odgłos muzyki, jakby melodia wygrywana na fortepianie. Chłopak zmarszczył brwi i przystanął, nasłuchując. Odpowiedziała mu tylko cisza. I gdy już uznał, że pewnie tylko mu się wydawało, dźwięk rozbrzmiał ponownie. Wyraźnie ktoś grał.
Louis powoli poszedł w kierunku, skąd rozbrzmiewała melodia, mimo że kuchnia znajdowała się w piwnicach, po zupełnie przeciwnej stronie domu. Znów na kilka sekund zaległa cisza, ale gdy Tomlinson znalazł się przy schodach, muzyka dała się słyszeć po raz kolejny, tym razem głośniejsza. Dobiegała z salonu na parterze, podobnie jak słaba, pomarańczowa poświata ścieląca się po podłodze. Ktoś tam był.
Harry. To imię samo pojawiło się w umyśle Louisa – jasne, oczywiste i niemal drżące. To musiał być Harry. Louis nie wyobrażał sobie żadnego innego domownika, grającego na fortepianie w spowitym ciemnością Castamere.
Stopy same poniosły Louisa w dół schodów, czyniąc to niemal bezwiednie. Stąpał powoli i ostrożnie, a dywany tłumiły jego kroki. W zasadzie powinien odejść i zostawić Harry’ego w spokoju – niechby sobie grał do woli, wszak nikomu nie przeszkadzał (sypialnie wszystkich Tomlinsonów znajdowały się na piętrze po drugiej stronie domu, a służba mieszkała w części gospodarczej), ale… nie mógł. Jakaś dziwna siła ciągnęła go w kierunku salonu. Może była to zwykła ciekawość, a może coś silniejszego? Podświadome pragnienie ujrzenia tego niezwykłego chłopaka, który za dnia potrafił być złośliwy i nieuprzejmy, a nocami grał na fortepianie jak anioł?
Louis sam nie wiedział kiedy znalazł się tuż przy wejściu do salonu. Tym razem skrył się lepiej niż kilka dni temu, gdy z tego samego miejsca obserwował Harry’ego i Suzi. Ponadto teraz jego sojusznikiem była ciemność. Harry musiałby bardzo intensywnie wpatrywać się z mrok, by go zauważyć.
Nie robił tego jednak, całkowicie pochłonięty swoim zajęciem. W pokoju paliła się tylko jedna lampa, rzucając na postać młodego Stylesa przytłumiony blask. Gdy chłopak się poruszył, na jego twarzy i włosach tańczyły cienie. Aktualnie zajęty był zapisywaniem czegoś na kartkach umieszczonych nad klawiaturą, po czym odłożył ołówek i zagrał kilka akordów, marszcząc brwi. Najwyraźniej coś mu nie pasowało, bo próbował jeszcze parę razy, zmieniając melodię, aż wreszcie ponownie sięgnął po ołówek.
Louis zrozumiał teraz, skąd przerwy w muzyce, którą słyszał, odkąd opuścił swój pokój. Harry najwyraźniej komponował jakiś utwór – może dalszy ciąg tego, który grał tamtego poranka – i co jakiś czas przerywał grę, by zapisać nuty. Louis podziwiał go: po całym męczącym dniu, spędzonym na nieciekawym pikniku, miał jeszcze dość siły i koncentracji, by nocą pracować nad swoją kompozycją. A może… może muzyka była dla niego odskocznią? Jakimś rodzajem odtrutki? Czymś pięknym i prawdziwym po wielu godzinach wymuszonych uśmiechów i kurtuazyjnych rozmów? Tak, to by pasowało do Harry’ego Stylesa.
Louis obserwował chłopaka przez kilka minut, studiując jego pełną koncentracji twarz, na której czasem odbijało się zadowolenie, a czasem irytacja i niemoc. W tym drugim przypadku Harry miał nawyk przygryzania dolnej wargi, ewentualnie oblizywania ust. Czasem też rozglądał się po pokoju, jakby w ścianach i oknach poszukiwał inspiracji do dalszej części utworu. Za każdym razem, gdy to robił, Louisa oblewał strach, że Harry go zauważy, a wtedy będzie musiał tłumaczyć się, dlaczego podgląda go po nocach.
No właśnie, w zasadzie dlaczego to robił? W porządku, upewnił się w podejrzeniu, że osobą, która o północy przesiaduje w salonie grając na fortepianie jest Harry i powinien odejść w swoją drogę, a tymczasem stał w miejscu od dobrych dziesięciu minut, ze wzrokiem utkwionym w Harry’ego i gonitwą dziwnych myśli w głowie. Boże, to chore!
Rusz się, Tomlinson, powiedział do siebie. Zostaw go w spokoju.
Louis ostatni raz spojrzał na Harry’ego i odwrócił się, zamierzając odejść, jednak zdołał zrobić zaledwie dwa ciche kroki, gdy z salonu ponownie rozbrzmiała muzyka, tym razem inna – nie nieśmiałe próby młodego kompozytora, lecz pełnowymiarowy utwór. Louis zatrzymał się w pół kroku, nasłuchując, a serce zaczęło mu bić szybciej. Nie miał pojęcia, czy to jakaś kompozycja Harry’ego, czy też nie, jednak nie umiał oprzeć się wrażeniu, że melodia idealnie pasuje do chłopaka o hipnotyzujących, zielonych oczach. Były pewna i stanowcza, a zarazem niosła w sobie dziwną melancholię, stłumioną tęsknotę i niewypowiedziany głośno żal. Drżała dziką pasją życia, jednocześnie mogąc być wołaniem człowieka stojącego nad przepaścią. Była… była jak Harry.
Louis, nie mogąc się oprzeć, wrócił po cichu na swoje poprzednie miejsce i ponownie spojrzał na młodego Stylesa… i zamarł. Nigdy wcześniej w swoim dwudziestojednoletnim życiu nie widział takiego wyrazu twarzy, jaki w tym momencie miał Harry. Mieszało się na niej milion emocji: gorycz, ból, tęsknota, pragnienie, determinacja, rozkosz, słodycz… Louis nie potrafił powiedzieć, która z nich przeważa; zmieniały się w niemożliwym do uchwycenia tempie. Harry raz zaciskał powieki, a innym razem otwierał oczy szeroko, ale i tak zdawał się nie widzieć niczego dookoła. Był w zupełnie innym świecie. Louis patrzył na niego jak uroczony, nie potrafił oderwać wzroku. W pewnym momencie Harry odrzucił głowę do tyłu, przygryzając mocno dolną wargę, a Louis drgnął niekontrolowanie. Boże…! To… Harry wyglądał, jakby przeżywał krańcową rozkosz; jakby ktoś klęczał przed nim i…
Louis oparł się o ścianę w ciemnym hallu, czując jak serce bije mu zbyt szybko.
Błagam, powiedz, że mnie nie widziałeś, myślał gorączkowo. Że nie zrobiłeś tego specjalnie.
Milion myśli przelatywało mu przez głowę w tym momencie, a gdzieś zza ich chaosu nadal rozbrzmiewała muzyka Harry’ego, teraz już spokojniejsza i łagodniejsza, bardziej delikatna. Louis wpatrywał się w ciemność przed sobą, ale przed oczami nadal miał twarz Harry’ego. Nie sądził, że kiedykolwiek zdoła wyrzucić z głowy ten widok.
Może to tylko sen? Może mnie tu wcale nie ma?
Wiedział doskonale, że to nieprawda.

środa, 1 stycznia 2014

Rozdział 3: Ona i on (cz. 3)





Nowy rok. Mam do niego tylko jedną prośbę: bądź lepszy niż 2013.
A teraz nowy odcinek „Deszczy”. Muszę powiedzieć, że ironicznego Harry'ego bardzo dobrze "się pisze" ;)



 *    *    *

Piknik organizowany corocznie na rozpoczęcie lata przez Barbarę Stevenson i Mary Tomlinson był towarzyskim wydarzeniem sezonu. Tak, jak powiedział Louis, zjeżdżali się na niego wszyscy przedstawiciele wyższych sfer z okolicy, a zaproszenie traktowano jako zaszczyt. W zasadzie spotkanie bardziej przypominało przyjęcie w ogrodzie (odbywało się na terenie rezydencji Stevensonów) niż typowy piknik na łonie natury, niemniej jednak traktowano je bardziej swobodnie aniżeli oficjalne kolacje, bale, czy wieczory w teatrze. Dress code również nie był tak wymagający. Panowie nosili marynarki zamiast fraków, a kobiece suknie były lżejsze i jaśniejsze. Mary Tomlinson zaprezentowała się w eleganckiej kreacji w barwach karmelu i cynamonu, natomiast jej przyjaciółka postawiła na odcienie bladego złota, przełamane gdzieniegdzie bordowymi akcentami. Szeptano, że suknię i kapelusz sprowadziła z Manchesteru, by przypadkiem nie przyćmiła jej żadna inna dama.
Ogólnie całe spotkanie było istnym targowiskiem próżności, udawanej uprzejmości, oficjalnych uśmiechów i powtarzanych po kątach plotek z połowy hrabstwa. W sytuacji bardzo szybko połapał się bystry Harry Styles.
- Nie wiem, czy pani słyszała, ale podobno James i Elise Bradshaw pozostają w separacji – podsłuchał, gdy nakładał sobie na talerz trochę biszkoptowego ciasta przy jednym ze stolików. – Oczywiście o rozwodzie nie ma mowy, to byłoby towarzyskie samobójstwo, ale obserwuję ich od początku przyjęcia, nie zamienili ze sobą ani słowa, choć nieźle udają, że wszystko jest w porządku.
- …i musiał sprzedać większość udziałów w fabryce, by pospłacać długi synalka – usłyszał ze strony grupki mężczyzn w średnim wieku. – Zawsze powtarzałem, że ten nicpoń wpędzi go do grobu. Od dziecka sprawiał problemy i na pewno już nic z niego nie będzie.
Gdy Harry, skubiąc widelczykiem ciasto na talerzyku, poszedł dalej, dotarły do niego inne, nie mniej interesujące wiadomości.
- …Margaret i Paul Dashwoodowie, nowe twarze w okolicy. On ma udziały w kompanii węglowej, o niej nic nie wiadomo, ale podobno pochodzi z rodziny o niezbyt dobrej reputacji z Manchesteru. Dziwię się, że Barbara ich zaprosiła. Wprowadzili się do domu po Seymurach.
- Nie sądzę, żeby długo tam pomieszkali, moja droga.
- Dlaczego pani tak uważa?
- A to pani nie wie? W tym domu straszy podobno duch Thomasa Seymura, który zmarł w tajemniczych okolicznościach trzy lata temu…
Harry, odłożywszy biszkopt, stanął przy kryształowej misie, by nalać sobie ponczu i zyskać trochę czasu. Zapowiada się interesująco, uśmiechnął się ironicznie pod nosem.
- …Oczywiście ja w to nie wierzę, ale powiadają, że teraz duch Seymura spaceruje dziesiątego dnia każdego miesiąca parzystego i dwudziestego dnia każdego miesiąca nieparzystego, odpowiednio po dachu i w ogrodzie.
Harry zagryzł wargi, by nie wybuchnąć niepohamowanym chichotem.
- Dziwny system. Ale po nim wszystkiego można się było spodziewać. Podobno powystrzelał kiedyś wszystkie gołębie z hodowli swego szwagra za to, że ten śmiał wygrać z nim w krykieta. Był chory na punkcie gry w krykieta, moja droga.
Harry uznał, że nie da rady dłużej słuchać. Usiłując nie parsknąć śmiechem w swoją szklankę z ponczem, oddalił się, pozostawiając plotkarom ich mrożące krew w żyłach historie. Ogólnie nudził się okropnie. Nie widział nigdzie Louisa, a nikogo innego nie znał. Tomlinsonowie przedstawili go kilku osobom, których nazwiska jednym uchem mu wpadły, a drugim wypadły, jednak Harry nie miał o czym rozmawiać z ludźmi, których interesowały głównie towarzyskie sensacje z okolicy.
- Małżeństwo Louisa z Eleanor Calder jest już raczej przesądzone, nieprawdaż? – Do Harry’ego dobiegł głos damy w średnim wieku, skrywającej się przed słońcem pod ozdobioną koronkami parasolką. Chłopak drgnął lekko i przystanął, tym razem udając, że obserwuje Suzi grającą z jakąś starszą dziewczynką w badmintona. – Podobno mają się pobrać w przyszłym roku.
- Też tak słyszałam – odparła jej towarzyszka, dość korpulentna matrona w zielonych atłasach. – To wyjątkowo piękna para i wspaniale dobrana. Chłopak ma przed sobą przyszłość, stryj chce mu przekazać kancelarię prawną w Londynie. A Eleanor jest absolutnie urocza, będzie cudowną żoną.
Harry’emu Stylesowi lekko zadrżały wargi, ale mógłby to zauważyć jedynie ktoś, kto by się mu przypatrywał. A nikogo takiego nie było.
- Och, o wilku mowa, właśnie idą w naszą stronę.
Harry, który przez kilka chwil zdawał się nie widzieć nikogo i niczego wokół, zatopiony we własnych myślach, ocknął się gwałtownie. Faktycznie, zaledwie kilkanaście metrów od niego znajdował się Louis w towarzystwie młodej, szczupłej kobiety. Para podeszła bliżej, zamieniając kilka kurtuazyjnych słów w dwiema damami, które wcześniej o nich rozmawiały.
Harry przypatrzył się Eleanor. Nie mógł odmówić jej urody. Zgrabna, nieco chyba wyższa od Louisa, ubrana była w jasnozieloną suknię ze spódnicą wyszywaną w białe i kremowe motywy kwiatowe. Ciemne włosy upięte miała pod lekkim kapeluszem ozdobionym kwiatami i miękkim piórem. Louis trzymał ją pod rękę, ze swej lewej strony, jak etykieta nakazywała, Eleanor nie była bowiem jeszcze jego żoną.
- Harry. – Louis wraz z Eleanor podeszli bliżej. – Szukałem cię. Chciałbym ci przedstawić pannę Eleanor Calder. Eleanor, to jest mój kuzyn, Harry Styles, przyjechał z Bostonu.
- Bardzo mi miło. – Harry pochylił się, by ucałować dłoń dziewczyny, jednocześnie nie spuszczając z niej spojrzenia swoich dziwnych, zielonych oczu.
Eleanor uśmiechnęła się elegancko. Nawet jeśli była speszona wzrokiem Harry’ego, nic nie dała po sobie poznać. Nastąpiła wymiana kilku kurtuazyjnych uprzejmości.
- Dobrze się pan bawi, panie Styles?
- Fantastycznie – odparł Harry z szerokim uśmiechem na ustach. – Dowiedziałem się już, kto jest w separacji, kto ma długi i kto powystrzelał szwagrowi gołębie, a teraz straszy na dachu. Absolutnie cudowne przyjęcie!
Na twarzy Eleanor odbiło się zdezorientowanie. Nie miała pojęcia, czy Harry drwi sobie z niej, chce ją rozbawić, czy mówi zupełnie poważnie. Louis, który zdążył już poznać poczucie humoru kuzyna i jego nie zawsze parlamentarne odzywki, dyskretnie zmroził chłopaka wzrokiem.
- Harry żartuje, skarbie – wtrącił. – Ma dość oryginalne poczucie humoru. Jestem pewien, że dobrze się bawi.
Harry w mig złowił ponaglający wzrok Louisa.
- Oczywiście – zapewnił. – Wybaczy mi pani ten drobny żarcik.
Rozmawiali jeszcze chwilę o banałach, ale Harry wydawał się więcej uwagi poświęcać obserwowaniu interakcji Louisa i Eleanor, niż pogawędce. Swoimi badawczymi oczami lustrował ich twarze, grę ciał, sposób, w jaki dłoń Louisa spoczywała na ręce dziewczyny… Może podświadomie to wyczuwali, gdyż oboje zdawali się być dziwnie spięci, choć teoretycznie nie mieli powodu.
Męki dalszej konwersacji oszczędziła całej trójce matka Eleanor, która podeszła, bo chciała porozmawiać z córką. Nastąpiły kolejne prezentacje i kolejna wymiana towarzyskich grzeczności. Gdy pani Calder z Eleanor oddaliły się, Louis pozostał z Harrym. Na twarzy Stylesa błąkał się pełen zadowolenia uśmiech. Louis za to wyglądał na nieco zdegustowanego, ale niezbyt zaskoczonego.
- Naprawdę musiałeś?
- Och, daj spokój, Louis. – Harry nie przestawał się uśmiechać, obserwując rozgrywki badmintona w wykonaniu Suzi i jej towarzyszki oraz jakiejś innej pary. – Poza tym wcale nie kłamałem, naprawdę słyszałem to wszystko. Polecam ci poncz. Jest wyśmienity, pozwala przetrwać z uśmiechem na ustach najgłupsze sytuacje i najbardziej idiotyczne rozmowy. – Uprzejmie kiwnął głową przechodzącemu obok mężczyźnie i jego żonie.
Louis też udawał, że całą uwagę poświęca przyglądaniu się grze w wykonaniu siostry.
- Jesteś okropny.
- I tak mnie lubisz, więc nie udawaj. I nie wmawiaj mi, że dobrze się bawisz, bo prędzej te wszystkie damy rozbiorą się i zatańczą kankana, niż ci uwierzę.
- Już kiedyś odbyliśmy bardzo pouczającą rozmowę na temat obowiązków.
- W rzeczy samej. Co nie zmienia faktu, że diametralnie się różnimy w tej kwestii. Tak na marginesie, z kim gra Suzi? Dziewczyna rusza się jak mucha w smole.
Louis westchnął ciężko i na kilka sekund przymknął oczy, jakby zastanawiając się, czy już teraz udusić Harry’ego, czy jeszcze trochę poczekać.
- To Emma Calder, siostra Eleanor.
Harry odwrócił głowę w jego stronę.
- Ups, chyba strzeliłem gafę. – W najmniejszym nawet stopniu nie wydawał się tym przejęty. Jego oczy iskrzyły humorem.
- Nie pierwszą i nie ostatnią, jak mniemam. I wcale nie uważam, że Emma rusza się jak mucha w smole. 
Harry upił łyk ponczu ze swojej szklaneczki i oblizał się dyskretnie, choć postarał się, by Louis to widział.
- Naprawdę, skosztuj, może kłamać też będziesz lepiej.
Louis posłał mu lekko zdegustowane i jednocześnie ostrzegawcze spojrzenie spod uniesionych brwi.
- Spróbuj się upić i narobić głupstw, to moja matka cię zabije.
Na moment zaległa cisza. Uśmiech na twarzy Harry’ego stopniał, a jego oczy nagle przygasły, stały się poważne i czujne, może nawet nieco chłodne.
- Nie martw się, Louis – powiedział, tym razem dla odmiany patrząc na swego towarzysza i przestając udawać, że interesuje go cokolwiek innego. – Wiem, kiedy muszę postawić sobie granicę. Och, nawet nie masz pojęcia, jak dobrze to wiem.
- Harry…? – Louis zmarszczył brwi, zaskoczony nagłą zmianą nastroju.
- …i jak bardzo tego nienawidzę.