niedziela, 27 października 2013

Rozdział 1: Zielone jeziora (cz. 2)

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo... :P Ale lubię pisać, a historia, jaką mam zamiar przedstawić w "Deszczach" naprawdę mnie wciągnęła. 
Dziś wreszcie udało mi się złożyć wszystkie wymyślone wcześniej sceny w całość, ale jak znam siebie, coś się jeszcze pozmienia, coś wypadnie, coś dodam... Materia jest płynna. Na dzień dzisiejszy wychodzi szesnaście rozdziałów plus epilog. Ale że na każdy rozdział będzie się składać kilka scen, opowiadanie zapowiada się długie :P Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Okaże się. 
Zanim wrzucę odcinek 2, chciałam jeszcze powiedzieć, że absolutnie wciągnęłam się w tę historię: Let me fix what I destroyed Jestem bardzo ciekawa, jak autorka rozwiąże to psychologicznie. Trudne zadanie przed nią, ale opowiadanie jest ciekawe. 

__________________________________

***

- Tęskniłem za tym widokiem. – Louis z uśmiechem otworzył okno w swoim pokoju, pozwalając, by ciepłe powietrze wpłynęło do środka. – W Londynie moje okno wychodzi na dość ponure podwórze, odkąd zamieniłem pokoje z Joshem. Widzę, że róże kwitną w tym roku jak szalone. – Odwrócił się. – Rebecco, opowiadaj, co słychać w Castamere. Oprócz plotek – zaznaczył wesoło. – Nie chcę słuchać żadnych plot.
Kobieta w średnim wieku, ubrana w skromną, czarną sukienkę i biały fartuch, uśmiechnęła się, co uwidoczniło sympatyczne zmarszczki na jej nie najmłodszej już twarzy.
- A co pan chce usłyszeć, panie Louis?
- No nie, znowu ten „pan”! – Louis załamał ręce, chociaż jego oczy nadal się śmiały. – Ile razy mam powtarzać, że nie chcę od ciebie żadnych tytułów, choćbym był lordem czy samym królem. Zwłaszcza, gdy rozmawiamy sam na sam. Znasz mnie od narodzin, opiekowałaś się mną przez tyle lat, a teraz nagle „pan” i „pan”. Daj spokój…
Kobieta uprzejmie skinęła głową.
- Jak pan… znaczy, jak sobie życzysz, Louis.
- Zaraz lepiej. 
Rebecca Trent służyła u Tomlinsonów od ponad trzydziestu lat. Zaczynała jako zwykła pokojówka i pomocnica w kuchni, jeszcze za życia ojca obecnego właściciela Castamere, sir Williama Tomlinsona. Dała się poznać jako osoba niezwykle obowiązkowa, dokładna i trzeźwo myśląca, a jednocześnie dyskretna i lojalna. Te cechy sprawiły, że szybko zaczęto powierzać jej poważniejsze obowiązki, a wreszcie awansowała na kogoś w rodzaju zarządcy domu. Gdy syn Williama, George, poślubił pannę Mary Wilder i na świecie pojawił się ich pierwszy potomek, Louis, Rebecca została jego piastunką. Tomlinsonowie nie byli aż tak zamożni, by zatrudnić guwernantkę na pełen etat, zatem małym Louisem – a potem także jego siostrami – w pierwszych latach życia opiekowała się właśnie Rebecca. Kobieta oddała trójce małych arystokratów całe serce, ale jej ulubieńcem zawsze był Louis. Chłopiec pokochał ją z wzajemnością. To do niej biegł, gdy stłukł kolano albo potargał niedzielne ubranko przełażąc przez płot. U Rebeki zawsze mógł liczyć na pomoc i wsparcie, a także ukrycie swoich dziecięcych wybryków przed rodzicami.
Louis bowiem jako dziecko nie miał w sobie nic z mola książkowego ani zadzierającego nos dziedzica majątku. Przeciwnie, był niezwykle żywym chłopcem, który uwielbiał zabawy na świeżym powietrzu i zawsze tryskał energią. Przez swoje szalone pomysły niekiedy pakował się w kłopoty, a wtedy pomoc i dyskrecja Rebeki okazywały się nieodzowne. Oczywiście o jego najwcześniejszą edukację dbali inni ludzie, gdyż zwykła służąca nie mogła mu zapewnić niczego w tym zakresie, jednak codzienne sprawy związane z opieką nad małym Tomlinsonem spoczywały na barkach panny Trent.
Louis czasem zastanawiał się, czy to nie od Rebeki nauczył się racjonalnego, trzeźwego spojrzenia na świat i szybkiego podejmowania decyzji. Zawsze podziwiał jej opanowanie, logiczne myślenie i decyzyjność. Pomimo braku wykształcenia Rebecca odznaczała się bystrym umysłem i trafnością wyborów. Jednocześnie cechowała ją wielka tolerancja dla ludzkich błędów i potknięć, dla różnorodności świata i ludzi. Tę cechę Louis również od niej przejął. Mimo swego racjonalnego i obowiązkowego podejścia do życia, był człowiekiem o niezwykle otwartym umyśle, chłonnym wiedzy, informacji i nowych doświadczeń. Nie zamykał się w żadnych ramach.
Ta niezwykła, niemal rodzinna więź, jaka wytworzyła się przez lata pomiędzy Louisem a Rebeccą, powodowała, że chłopak dziwnie czuł się, gdy kobieta mówiła do niego na „pan”. Chociaż był już dorosłym mężczyzną, studentem prawa na uniwersytecie, dla niej chciał pozostać po prostu Louisem.
- Pani Mary zaplanowała kolację na dziewiętnastą – powiedziała Rebecca. – Twój ojciec powinien już wrócić od Lloydów. Ostatnio ma dużo obowiązków, z Indii ma wyjść nowy transport herbaty.
- Teraz, jak jestem w domu, mogę mu pomóc z papierami. – Louis zabrał się już za rozpakowywanie pierwszego z kufrów, przyniesionych do jego pokoju przez Boba. – Mama wspominała w ostatnim liście, że trzeba przejrzeć rachunki.
- Niech pan najpierw odpocznie. Egzaminy z pewnością nie były łatwe.
Louis przewrócił oczami.
- Tragedia, zwłaszcza historia doktryn prawnych. Nie lubię takich teoretycznych banialuk, zdecydowanie wolę praktyczną wiedzę. Mózg mam jak sito po wkuwaniu tych bzdur.
- Zatem trochę rozrywki jest jak najbardziej wskazane. Co prawda młody pan Wilson już nie mieszka w Greenvalley…
- Tak, wiem, Bob mi wspominał po drodze – wpadł jej w słowo Louis, jednocześnie wyjmując z kufra naręcze koszul. Zawsze sam pakował i rozpakowywał bagaż. Nie znosił, gdy robiła to za niego służba, bo nic potem nie umiał znaleźć. – Idiota, przepuścił wraz z ojcem taką willę. Lubiłem go, ale mimo wszystko uważam, że przez lata postępował jak głupek i w końcu się doigrał. 
- Cóż, każde działanie ma swój skutek – podsumowała Rebecca. – W każdym razie pana Wilsona już nie ma, za to podobno pan Thomas MacPherson ma przyjechać na krótko w lipcu. A pani Calder z córką wróciły już z Wenecji.
- Tak, Eleanor pisała mi, że wracają w połowie czerwca. Cieszę się.
- I mamy też gościa. – Głos Rebeki stał się ledwo wyczuwalnie chłodniejszy. – Z Ameryki.
- A właśnie! – Louis przerwał rozpakowywanie walizy. – Ten cały Harry. Bob zaczął coś o nim mówić, potem Suzi też o nim świergotała. Gdzie on jest? Nie przywitał się ze mną, jak przyjechałem. Pojechał z ojcem do Lloydów?
- Och, nie, nie. – Rebecca zaprzeczyła gwałtownie. – Pewnie krąży gdzieś wokół Castamere. Często znika na całe godziny; mówił kiedyś, że uwielbia okolicę i poznaje ją, wędrując na piechotę.
Louis lekko zmrużył oczy, uważnie przyglądając się kobiecie. Gdyby jej nie znał, mógłby przysiąc, że jest zdenerwowana. Ale po takiej ostoi spokoju, jaką była Rebecca Trent ciężko było się tego spodziewać.
- Rebecco, coś się stało? – Mimo wszystko Louis nieco się zaniepokoił.
- Nie, nic. Cóż mogło się stać? – Służąca uśmiechnęła się, ale nie wyglądało to naturalnie.  – Wszystko w porządku.
- Nie wydaje mi się. – Położył dłonie na jej ramionach, co było dość nietypowym gestem między państwem a służbą. Jednak Louis miał w nosie konwenanse, jeśli chodziło o jedną z najbliższych mu osób; co z tego, że niższą stanem. – Znam cię nie od dziś. Mów prawdę. Coś jest nie w porządku z tym chłopakiem? Był dla ciebie niemiły? Ogólnie źle się zachowuje?... O co tu chodzi?
Rebecca delikatnie odsunęła się od Louisa i podeszła do otwartego okna, wpatrując się gdzieś w bliżej nieokreśloną przestrzeń.
- On jest… dziwny, Louis.
- Dziwny? – Louis zmarszczył brwi. – Co masz na myśli?
- Nietypowy. – Rebecca odwróciła się. – Nie obawiaj się, nie jest jakimś wariatem, nic z tych rzeczy. Z wyglądu jest uroczy, jak mam być szczera; naprawdę piękny chłopak. Jeśli by stanął wśród stu innych, a tobie kazano by wskazać Harry’ego Stylesa, bez wahania byś go wybrał…
Styles… Louis wreszcie poznał jego nazwisko.
- …ale ma w sobie coś dziwnego. – Głos Rebeki lekko drgnął. – Sama nie wiem, jak to określić, jestem tylko prostą służącą, ale to jakaś… tajemnica? Mrok? Nie wiem, jak to nazwać. Mam niejasne przeczucie, że on wniesie do tego domu zamęt i nieszczęście, Louis. Że wniesie zło.
Louis nie bardzo wierzył w to, co właśnie usłyszał. Rebecca Trent, ta do bólu racjonalna i przyziemna pięćdziesięcioletnia kobieta, która nie okazywała emocji w najbardziej stresujących sytuacjach, teraz mówi niemal rozedrganym głosem o jakimś dzieciaku z dalekiego kraju, który pewnie spędzi w Castamere parę tygodni, wyjedzie i wszyscy o nim zapomną? Nie do pomyślenia!
- Rebecco, kochana. – Louis ujął jej dłonie w uspokajającym geście. – To tylko jakiś chłopak. Nasz gość. Na pewno nie będzie miał żadnego wpływu na naszą rodzinę i ten dom. I nie wniesie żadnego zła. Nie masz się czego obawiać.
Rebecca spojrzała w ciepłe, błękitne oczy Louisa, w jego przystojną twarz, delikatne usta i lekko rozwichrzone po podróży włosy. Był taki dobry i szlachetny. Nie mogła… po prostu nie mogła powiedzieć mu, co przypadkiem zobaczyła kilka dni temu.
Postarała się uśmiechnąć i zrelaksować.
- Z pewnością masz rację – powiedziała swobodniej. – Jestem głupia i tyle. Nie zwracaj uwagi na to gadanie. Pójdę do kuchni i powiem, by przygotowano ci podwieczorek. Na pewno jesteś głodny po podróży, a kolacja będzie dopiero o dziewiętnastej.
- Dziękuję.
Rebecca uśmiechnęła się ciepło.
- Cieszę się, że jesteś w domu, Louis.
Chłopak odpowiedział tym samym gestem.
- Ja też.

poniedziałek, 21 października 2013

Rozdział 1: Zielone jeziora (cz.1)



Rozdział 1
ZIELONE JEZIORA

***

- Wszyscy w domu już nie mogą się pana doczekać, panie Louis – powiedział szpakowaty mężczyzna, ubrany w szarą marynarkę i takiego samego koloru spodnie, pakując na tył powozu ostatni z kufrów i mocując cały bagaż specjalnymi linkami. – Pana matka zapewne już wygląda przez okno.
Młody mężczyzna, pomagający przypiąć walizki, uśmiechnął się kącikiem ust.
- Przesadzasz, Bob. Widzieli mnie w grudniu, chyba aż tak się nie stęsknili.
- Och, zapewniam, że bardzo.
Chłopak zaśmiał się.
- Zatem teraz będą mnie mieli na trzy miesiące, jeszcze zdążą się znudzić i zamarzą, bym wrócił do Londynu. – Zajął miejsce z tyłu powozu, podczas gdy stangret wspiął się na przód i ujął lejce w dłonie. – Ruszajmy, pora odpocząć od miasta.
Bob cmoknął na konie i dorożka ruszyła brukowaną, szeroką ulicą, zostawiając za sobą świeżo odremontowany budynek dworca kolejowego w Leicester oraz gwarny tłum mężczyzn i kobiet. Godziny wczesnopopołudniowe były prawdziwymi godzinami szczytu w tym rejonie, gdyż o 14:15 odjeżdżał jeden z trzech w ciągu doby pociągów do Londynu, natomiast niedługo później przybywał pociąg ze stolicy. Właśnie nim przyjechał – obarczony sporym bagażem – młody Louis Tomlinson.
Louis od dwóch lat mieszkał w Londynie, gdzie studiował prawo na uniwersytecie, równocześnie zdobywając praktyczne doświadczenie zawodowe w kancelarii notarialnej prowadzonej przez własnego stryja. Mnogość obowiązków powodowała, że chłopak nieczęsto odwiedzał rodzinne strony – w zasadzie bywał w domu jedynie z okazji świąt i wakacji. Teraz, skończywszy ze świetnymi wynikami drugi rok studiów, mógł z czystym sumieniem rozkoszować się perspektywą niemal trzymiesięcznego odpoczynku.
Powóz, sprawnie prowadzony przez doświadczonego Boba, minął już centrum Leicester, przemierzając teraz podmiejskie okolice, usiane ładnymi domami w otoczeniu ogrodów. Louis zdjął kapelusz, wystawiając twarz na działanie ciepłego, czerwcowego słońca.
- Jaka pogoda w Castamere? – zagadnął wesoło. – Nie mów, że leje, bo nie uwierzę.
Ramiona Boba zatrzęsły się ze śmiechu.
- Wyjątkowo nie – odparł. – A przynajmniej nie padało, gdy wyjeżdżałem.
Castamere, rodzinna posiadłość Tomlinsonów, była dość specyficzna. A raczej okolica, położona w odległości około sześciu mil od Leicester, była specyficzna. Ukształtowanie terenu powodowało, iż nad tymi terenami często gromadziły się chmury, a deszcz padał tam częściej niż w innych pobliskich rejonach. A biorąc pod uwagę, że Anglia ogólnie nie jest zbyt pogodna, suma opadów w okolicach Castamere znacznie przewyższała średnią. Gdy Louis był dzieckiem, opiekunka opowiedziała mu starą historię, według której w tych okolicach mieszkała kiedyś piękna dziewczyna, którą porzucił ukochany. Nieszczęśliwa panna opłakiwała swą straconą miłość, a w końcu popadła w szaleństwo i popełniła samobójstwo. ‘Deszcze Castamere’ miały być łzami ich obojga – dziewczyny oraz wiarołomnego narzeczonego, który do końca życia nie wyzbył się wyrzutów sumienia. Louis w to nie wierzył. Był człowiekiem trzeźwo myślącym, praktycznie nastawionym do świata i wiedział, że częste opady w rejonie są jedynie wynikiem specyficznego mikroklimatu i ukształtowania powierzchni, a nie pochodną jakichś babskich bajań. W końcu był rok 1898, a nie głębokie średniowiecze.
Widzę wodę…
Łzy, deszcz i…
W głowie Louisa niespodziewanie pojawiła się scena, która miała miejsce zaledwie kilka godzin wcześniej, na londyńskim dworcu kolejowym.
Gdy już przekazał swoje walizki w ręce bagażowego, postanowił jeszcze szybko wypić kawę w jednej z dworcowych kawiarni. Siedział przy stoliku, sącząc czarny napój i czytając dzisiejszy numer „The Times”, gdy ni z tego ni z owego przysiadła się do niego kobieta. Nie wyglądała na damę (zresztą dama nigdy nie dosiadłaby się do mężczyzny), nie wyglądała nawet na kobietę lekkich obyczajów. Jej twarz była zupełnie pospolita, podobnie jak fryzura i ubranie. Jedynym charakterystycznym elementem jej wyglądu były oczy – dziwnie ciemne i wyjątkowo przenikliwe.
- Przepraszam, czy mogę czymś pani służyć? – zapytał Louis nieco niepewnie, zaskoczony jej zachowaniem, milczeniem i przeszywającym spojrzeniem.
- Przepowiedzieć ci przyszłość, chłopcze? 
Louis zamrugał szybko. Co to z ogóle za oferta, na litość boską? Nie wierzył w takie rzeczy ani odrobinę.
- Przyszłość? Nie, dziękuję – odparł, starając się zachować uprzejmość. – Nie jestem zainteresowany.
Kobieta, niezrażona jego odmową – jakby się jej spodziewała – ujęła dłoń Louisa w swoje ręce. Chłopak był tak skrajnie zaskoczony, że nawet nie cofnął dłoni z jej uścisku.
- Woda – powiedziała po kilku sekundach. Zdawała się patrzeć w głąb własnych myśli. Jej twarz miała nieobecny wyraz. – Widzę wodę. Deszcz, łzy i… i zielone jeziora...
Louis kompletnie osłupiał. Że co?
- Zatopisz się w nich – szeptała dalej kobieta, sama jakby przestraszona tym, co „widzi”. – Tak…, utoniesz w zielonych jeziorach… Strzeż się ich, chłopcze, nie zbliżaj się do nich…
- Umm, przepraszam, ale muszę już iść. – Louis wreszcie ocknął się, odsuwając rękę. – Mój pociąg zaraz odjeżdża. - Szybko podniósł swój płaszcz, kapelusz oraz podręczną walizkę – Do widzenia, pani.
I zostawiwszy na stoliku gazetę oraz niedopitą kawę, opuścił kawiarnię.
Wariatka!, pomyślał o „wróżce”. Albo raczej zwykła oszustka.
Dlaczego zatem tak szybko, niespokojnie biło mu serce?
I dlaczego przypomniał sobie o całej sytuacji teraz, gdy w słoneczne popołudnie zmierzał w kierunku rodzinnego domu, by spędzić w nim zasłużone wakacje? Może dlatego, że dziwaczka mówiła coś o deszczu, a jemu deszcz nieodmiennie kojarzył się z Castamere? Tak, zapewne.
Reszta „przepowiedni” była kompletnie niedorzeczna, zwłaszcza to o topieniu się w zielonych jeziorach. W pobliżu Castamere nie było żadnych zbiorników wodnych, z wyjątkiem strumienia, ale w nim nie utopiłoby się nawet niezdarne dziecko. Parę mil na północ, owszem, znajdowało się jezioro, jednak jego wód nawet przy dużym zaangażowaniu wyobraźni nie dało się określić mianem zielonych. Były raczej sinoniebieskie, zimne i nieprzyjemne. A poza tym Louis nieźle pływał. Zakładając, że w ogóle przyszłoby mu do głowy zanurzać się w tej niemiłej topieli.
Czym ja się w ogóle przejmuję?, pomyślał, sam zaskoczony, że rozważa w głowie słowa kobiety z dworca. Zwykłe banialuki pomylonej oszustki.
- …i wyjechali do Birmingham.
Do Louisa dopiero teraz dotarło, że Bob coś opowiada, zapewne od dłuższego czasu.
- Co, co mówiłeś? – ocknął się. – Przepraszam, zamyśliłem się.
Stangret uśmiechnął się.
- Mówiłem o Wilsonach. Przypomniało mi się, bo właśnie minęliśmy ich posiadłość. Czy raczej byłą posiadłość, jeśli chce się być szczerym. Byli zmuszeni ją sprzedać, by pospłacać długi obu panów Wilson – starego i młodego. Greenvalley kupili jacyś nuworysze z Leicester, jak określa ich pańska matka, natomiast Wilsonowie wyjechali do Birmingham, gdzie zapewne żyją dużo, dużo skromniej niż tutaj.
- No nie! – jęknął Louis. – To znaczy, że Martina już tu nie ma?
- W rzeczy samej, panie Louis. Nie napisał o tym panu, jak mniemam. Cóż, nie ma się czym chwalić…
Wiadomość, jaką przekazał mu Bob, była nieprzyjemna dla młodego Tomlinsona.
Martin Wilson z Greenvalley był jednym z jego nielicznych przyjaciół w pobliżu rodzinnego Castamere. Lubili się, choć charaktery mieli zgoła odmienne. Louis był dużo spokojniejszy (przynajmniej odkąd dorósł), bardziej opanowany i trzeźwiej patrzył na świat. Nie podzielał zainteresowania Martina zabawami, hazardem, whiskey i – co tu kryć – kobietami o nie najlepszej reputacji. Przypuszczał, że skłonność do hulanek, ryzyka i wydawania pieniędzy ponad miarę Martin odziedziczył po ojcu, o którym w okolicy szeptano, że byłby w stanie przegrać w karty pałac Buckingham. Matka Louisa od lat złowróżbnie powtarzała, że wcześniej czy później Greenvalley pójdzie pod młotek.
- Niech to licho – mruknął. – Martin wyjechał, Thomasa też nie ma, odkąd wstąpił do armii. Wychodzi na to, że czekają mnie wakacje w towarzystwie Charlotte i Suzi, nie licząc kurtuazyjnych wizyt u Calderów.
- Niekoniecznie – odparł Bob, strzelając lejcami. – Jest jeszcze młody pan Harry.
- Harry? – Louis zamrugał szybko. – Jaki Harry, na litość boską?
- Matka panu nie napisała? – Bob obejrzał się przez ramię. – Widocznie nie zdążyła. Chłopak przebywa w Castamere niecałe dwa tygodnie. To jakiś pański daleki kuzyn, przyjechał z Ameryki.
Tych nieprzyjemnych wiadomości było za dużo jak na biedną głowę Louisa, która jeszcze nie zdążyła odpocząć po męczących egzaminach na uniwersytecie. Nie dość, że jego ostatni dobry znajomy zbankrutował i zmuszony był wyjechać do Birmingham, to jeszcze okazywało się, że w Castamere przebywa jakiś fircyk zza oceanu.
Nie znał żadnego „kuzyna” Harry’ego z Ameryki. Wiedział, że jego matka ma w Bostonie dalszą rodzinę, ale nie utrzymywali oni kontaktu z Tomlinsonami, nie licząc bardzo okazjonalnych listów. W życiu też nie widział żadnego z jej członków. A tu nagle okazuje się, że jeden z nich pomieszkuje w jego rodzinnym domu. Louis sam nie wiedział, dlaczego ta informacja wywołała w nim tak negatywne emocje. Nie miał wszak pojęcia, jaki jest ten chłopak, czym się interesuje, jak się zachowuje… Ale mimo to przeszedł go niemiły dreszcz, gdy pomyślał o owym Harrym.
- Ile on ma lat?
- Hmm, jest mniej więcej w pańskim wieku – odpowiedział Bob. – Może rok albo dwa  młodszy. Dość, powiedziałbym, ciekawa osobowość…
Louis nie zdążył zapytać, co Bob miał na myśli, gdyż w tej samej chwili, gdy tylko bryczka wyłoniła się zza zakrętu, dał się słyszeć wesoły okrzyk.
- Louis!!!
Dziewczynka w bladofioletowej sukieneczce zeskoczyła z głazu, na którym siedziała i podbiegła do powozu. Bob zatrzymał konie.
- Panienko Susanne, co powie panienki matka…
- Mama nadzoruje obiad na cześć Louisa. – Dziewczynka wdrapała się do bryczki. – Nawet nie zauważy, że mnie nie ma. Och, Louis, jak się cieszę, że cię widzę! Specjalnie tu siedziałam, bo nie mogłam się doczekać!
Młody Tomlinson przytulił siostrę.
- Suzi, łobuziaro kochana, ja też się cieszę, że cię widzę. – Odsunął ją od siebie na długość ramion i przyjrzał się z dumą. – Ależ ty wyrosłaś! Od zimy przybyło ci chyba kilka cali.
- Ale kłamiesz… - spojrzała na niego z przerysowaną dezaprobatą, a chłopak roześmiał się wesoło.
Uwielbiał młodszą ze swych sióstr. Susanne Tomlinson miała jedenaście lat i była dość drobną dziewczynką o brązowych włosach z delikatnym kasztanowym połyskiem. Ona i Louis odziedziczyli skromną posturę i błękitne oczy po matce, natomiast kolor włosów po ojcu. Natomiast „środkowa” z rodzeństwa, Charlotte, figurą bardziej wdała się w rodzinę Tomlinsonów, nad czym strasznie ubolewała, gdyż daleko jej było do secesyjnego kanonu urody – szczupłej talii i dość obfitego biustu. Louis w skrytości uważał, że dziewczyna przesadza – miała wszak dopiero piętnaście lat i mogła jeszcze bardzo się zmienić, nim osiągnie pełnię kobiecości. Charlotte była natomiast niezwykle dumna ze swych pięknych włosów w kolorze miodu, odziedziczonych niewątpliwie po matce; typowych dla Wilderów.
Gdyby Louis dokładnie się zastanowił, doszedłby do wniosku, że Suzi lubi dużo, dużo bardziej niż Charlotte, mimo, iż była od niego młodsza o dziesięć lat. Lubił jej energię, błyskotliwość, wesoły charakter. Charlotte było znacznie bliżej do kobiecego świata, wraz z typowym zamiłowaniem do strojów, spotkań towarzyskich, przyjaciółek i ploteczek. Louis miał jedynie nadzieję, że siostra nie wyrośnie na nudną, pretensjonalną damulkę „z towarzystwa”, pozbawioną szerszych horyzontów intelektualnych.
Bryczka zbliżała się już do Castamere, a Suzi nie przestawała szczebiotać. Opowiadała uwielbianemu bratu o wszystkim, począwszy od tego, że jej nauczycielka francuskiego nosi okropną perukę, a skończywszy na marzeniach, że we wrześniu pojedzie wraz z Louisem do Londynu.
- Och, i musisz poznać Harry’ego! – Dziewczynka niemal podskoczyła na siedzeniu. – Po prostu musisz! On jest taki cudowny, naprawdę. Kocham go! Jak będę duża, wyjdę za niego za mąż. Nie śmiej się, Bob! Zrobię tak, już mu obiecałam!
Louis z radosnym rozbawieniem przyglądał się pełnemu uwielbiania wyrazowi twarzy siostry, gdy mówiła o tajemniczym przybyszu z Ameryki. Słodka mała! Niech jak najdłużej żyje w pięknym przekonaniu, że poślubi człowieka, którego zupełnie sama sobie wybierze – i że w ogóle kobieta może zaproponować małżeństwo mężczyźnie.
Mimo wszystko słowa Suzi o Harrym sprawiły, że negatywne uczucia Louisa wobec nieznanego jeszcze chłopaka nieco opadły. Jeśli zdołał zaskarbić sobie sympatię rezolutnej jedenastolatki, nie mógł być totalnym gburem. Choć z drugiej strony, Suzi była gotowa darzyć uwielbieniem każdego, kto nie zmuszał jej do nauki francuskiego i grał z nią w badmintona.
Powóz wspiął się na ostatnie niewielkie wzniesienie i oczom Louisa ukazało się Castamere, skąpane w ciepłym świetle czerwcowego popołudnia. Kochał to miejsce. Było tak różne od gwarnego, chwilami męczącego Londynu. Kochał zieleń, ciszę, piękne krajobrazy. Nawet deszcz.
Jestem w domu, pomyślał.
Nie mógł przypuszczać, jak bardzo te wakacje zmienią jego poukładane życie.

Kilka słów na powitanie

Pomysł na opowiadanie, które mam zamiar tutaj publikować, wpadł mi do głowy dość niespodziewanie. Nudząc się podczas deszczowego i zimnego urlopu, włączyłam pewnego dnia telewizor i akurat na Cinemax leciał film Jamesa Ivory’ego „Powrót do Howards End”. Oglądałam przez chwilę i w pewnym momencie w głowie pojawiła mi się myśl „Łał, a może by ‘przenieść’ Harry’ego i Louisa w przełom XIX/XX wieku?” Zaczęłam się zastanawiać, jak wyglądałyby relacje dwóch młodych mężczyzn w tamtym okresie, gdy nad Wielką Brytanią unosił się wiktoriański duch obyczajowej pruderii. Kim mogliby być, gdy nie istniało One Direction? Gdy nie było muzyki pop, fanek, internetu, iphone’ów i twittera? 

Na tej podstawie zaczęłam budować całą fabułę i konstrukcję poszczególnych postaci. 

Mam nadzieję, że wyjdzie z tego coś interesującego:)

Kilka słów wyjaśnienie odnośnie tytułu. Nawiązuje on do „Gry o tron” (czy raczej „Pieśni Lodu i Ognia”), ale w opowiadaniu nie pojawiają się żadne odniesienia do książek G.R.R.Martina ani do serialu (swoją drogą, i to i to bardzo lubię). Powód, dla którego wybrałam taki tytuł, jest banalny: absolutnie UWIELBIAM nazwę ‘Castamere’. Jest niesamowita i wywołuje u mnie ciary. Od początku wiedziałam, że to opowiadanie będzie miało właśnie taki tytuł. Więcej nie tłumaczę, wszystko będzie miało odbicie w fabule. PS. dla znawców tematu: nie przewiduję żadnych masakr na weselu ;) 

Kim/czym jest Larry Stylinson chyba nikomu, kto trafi na tego bloga, nie trzeba tłumaczyć ;)
Wierzę, że ktoś tu w ogóle zajrzy i przeczyta. Blog na razie nie jest doskonały, ale nigdy nie prowadziłam bloga na blogspot i jeszcze nie bardzo orientuję się we wszystkich opcjach. Proszę o wyrozumiałość. Jeśli ktoś pozostawi komentarz, będę bardzo wdzięczna. Jeśli prowadzicie bloga z opowiadaniem/tłumaczeniem o Larrym, zostawcie namiar w komentarzu, a dodam do linków (gdy już ogarnę, gdzie to się wstawia ;P)  I trzymajcie kciuki, żeby udało mi się szczęśliwie przebrnąć przez to opowiadanie, bo zapowiada się długie.

Pozdrawiam serdecznie
Miria