wtorek, 16 września 2014

Hmmm...?

Zastanawiam się, czy jest sens pisać dalej to opowiadanie :( Dopadł mnie kryzys, naprawdę. Czyta je pewnie kilka osób na krzyż, komentuje jeszcze mniej. Zaczynam odczuwać bezsens tego, co robię. Po prostu brak mi motywacji. 
Przyznam, że nie jestem dobra w reklamowaniu bloga; nie umiem chodzić wszędzie i wciskać się z nachalną reklamą, a poza tym nie mam na to czasu ze względu na obowiązki "życiowe". Może brak reklamy jest przyczyną, dla której opowiadanie nie zyskało uznania? A może po prostu beznadziejnie piszę? Może fabuła do kitu? Albo wszystko to razem? 
Muszę się nad tym zastanowić. 
Jednocześnie dziękuję stałym czytelniczkom; jesteście naprawdę kochane :* Jeśli prowadzicie blogi, zostawcie adresy; chętnie zajrzę:)

środa, 27 sierpnia 2014

Rozdział 6: Strach (cz. 2)

Aww, dziękuję Wam za komentarze, kochane :* To naprawdę dużo dla mnie znaczy. Miałam plan, by w sierpniu zamieścić dwa odcinki, ale niestety nie wyszło. Cóż, muszę chyba przyspieszyć tempo pisania tego opowiadania, jeśli chcę je skończyć przed dniem Sądu Ostatecznego :P
A zatem nie przeciągając, zapraszam na kolejny odcinek. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.


*    *    *


 
W miarę upływu czasu czasu – i alkoholu – impreza robiła się coraz głośniejsza.
- Panowie! – Thomas starał się przekrzyczeć towarzystwo. - Przypominam, żeby pozostać w miarę na chodzie, bo o jedenastej przyjadą damy!
- Ooo, damy! - zaśmiał się Gilbert Grant. - Mam nadzieję, że od Madame Rose?
- Na pewno – powiedział przysadzisty blondyn, bogaty Robin Marbrandt. - Przecież Thomas nie zamawia nic pośledniego.
- Damy? - Harry zagadnął po cichu Liama Payne'a. - O czym oni mówią?
- Domyśl się, Harry – skrzywił się ironicznie chłopak. - Raczej nie divy operowe ani fraucymer królowej Wiktorii.
Styles przełknął ślinę.
- To miała być męska impreza.
- Nie powinno ci to przeszkadzać – wciął się Louis. - Wszak w Londynie przez tydzień mieszkałeś w burdelu i nie narzekałeś.
Harry spojrzał na niego chłodno.
- To było...
Nie dokończył, gdyż w tym momencie Thomas ponownie skupił na sobie wzrok wszystkich obecnych.
- Uwaga, panowie! Ci oto moi koledzy – położył ręce na ramionach dwóch młodych mężczyzn – uczynili właśnie zakład. A mianowicie, czy Gilbert da radę wypić ćwiartkę oryginalnej, rosyjskiej wódki, stojąc na jednej nodze na stole. Za jednym zamachem! Robin twierdzi, że nie ma szans, Gilbert mówi, że podoła. Sprawdźmy! Gil, właź!
W ogólnym zamieszaniu i pośród dopingujących okrzyków syn bogatego lekarza wczołgał się na stół i ujął w dłoń butelkę.
- Jeśli spadnie, stanie na dwóch nogach albo oderwie butelkę od ust, przegrywa! - wyjaśnił zasady Thomas. - Zaczynamy!
Towarzystwo poczęło ryczeć „Gilbert! Gilbert!”, podczas gdy Grant stanął na prawej nodze i zaczął żłopać rosyjską wódkę. Zachwiał się już po kilku sekundach, ale zdołał odzyskać równowagę. Nadmiar trunku ciekł mu po brodzie i skapywał na koszulę (kamizelki i marynarki już dawno się pozbył).
- Gilbert! Gilbert! - dopingowała reszta. Tylko Harry, Louis i Liam przyglądali się z boku.
Grant, student medycyny, musiał mieć spore doświadczenie z chemikaliami i być dość odporny na ich działanie, ponieważ wlewał w siebie wódkę z werwą godną prawdziwego Rosjanina. I gdy już wydawało się, że wygra zakład, zakołysał się niebezpiecznie, przez moment balansował na jednej nodze, aż wreszcie zwalił się z łoskotem. Spadł ze stołu, strącając po drodze wszystko, co na nim stało i przewracając jednego z kolegów. Wszyscy ryknęli śmiechem. Na blacie i podłodze powstała wielka mieszanina rozlanego alkoholu, rozbitego szkła i niedopałków papierosów.
- Przyszłość angielskiego narodu – skomentował cierpko Liam, ale słyszeli go tylko Harry i Louis.
Tomlinson po raz kolejny zastanowił się głęboko, w jaki sposób on i Thomas mogą być przyjaciółmi. 

 
*


Thomas MacPherson miał gest, to trzeba było przyznać. Swoim przyjaciołom zapewnił nie tylko wybór alkoholi, papierosów i cygar, ale także dodatkowe atrakcje.
Dodatkowe atrakcje”, w liczbie pięciu, zajechały około godziny dwudziestej trzeciej ciemny, krytym powozem, prowadzonym przez eleganckiego mężczyznę. Nie były tandetne, wulgarnie umalowane ani wyuzdanie ubrane. Madame Rose dbała o reputację swojego lokalu.
- Masz piękny dom, Thomasie – odezwała się jedna z nich, rudowłosa, ubrana w wydekoltowaną, zieloną suknię z mocno zasznurowanym gorsetem. - I równie przystojnych gości. - Posłała zgromadzonym mężczyznom figlarny uśmiech.
- Felicity, moja droga. - Thomas przesadnym gestem ucałował jej dłonie. - Witaj w moich progach.
- Ha, nareszcie! Ty nie raz gościłeś w moich. - Kobieta puściła mu uwodzicielskie oczko.
Louis, który słyszał ich wymianę zdań, nie czuł się nadmiernie zdziwiony. Thomas zawsze lubił towarzystwo kobiet, uwielbiał błyszczeć w ich otoczeniu i popisywać się swoją wydziwianą elokwencją. Nawet gdy musiał za to płacić.
- Panowie, pozwólcie, że przedstawię swoje koleżanki. - Rudowłosa najwyraźniej pełniła rolę przewodniczki całej grupki. - Elisa, Fanny, Margaret i Kathy.
Oczy Harry'ego Stylesa spotkały się z zaciekawionym wzrokiem urodziwej Margaret i chłopak głośno przełknął ślinę, po czym sięgnął po kolejnego drinka i wypił go niemal jednym duszkiem.


*


Louis starał się unikać tych kobiet, odkąd tylko przyjechały. Rozmawiał, wypił nawet kolejną porcję absyntu w towarzystwie Thomasa i rudowłosej Felicity, ale nie miał ochoty na bliższą znajomość z nią, ani z żadną z jej towarzyszek. Czuł się skrępowany i onieśmielony, denerwowały go chichoty, szepty, zachęty i dotknięcia. Gdzieś pod skórą pałał mu gniew (może na Thomasa, że nie uprzedził go o wszystkich planowanych „atrakcjach” tego wieczoru) i nawet coś na kształt obrzydzenia. Najchętniej wróciłby do Castamere, ale jak na złość zniknął gdzieś Harry.
Louis niespokojnie starał się uzmysłowić sobie, czy od chwili, w której po raz ostatni zauważył kuzyna, widział też wszystkie „damy” Madame Rose. Myśl, że chłopak o kręconych włosach właśnie w tej chwili oddaje się grzesznym uciechom z którąś z tych ladacznic, była dla Louisa z jakiegoś powodu nie do zniesienia.
Tak naprawdę nigdy nie rozmawiał z Harrym o kobietach, a tym bardziej o intymnych aspektach jego życia. Styles wyjawił mu jedynie, że kiedyś był zakochany, ale ta osoba złamała mu serce. Obejrzany w tajemnicy pamiętnik i wypisane na jego okładce urywkowe sentencje też niewiele Louisowi powiedziały; potwierdzały jedynie wersję o nieszczęśliwej miłości. Tomlinson zastanawiał się, czy gdyby jeszcze raz znalazł się sam w sypialni Harry'ego, oparłby się pokusie, by przejrzeć zawartość notesu.
Ale wszystko to dało Louisowi wrażenie, że Harry – mimo młodego wieku – jest raczej osobą poszukującą stałego uczucia. Dlatego tak przykra wydawała mu się myśl, że kuzyn mógł skusić się na szybką przygodę z którąś z pięciu zamówionych przez Thomasa „atrakcji”. Z drugiej strony... Harry był młodym mężczyzną, na pewno miał swoje potrzeby, a tutaj recepta była mu podawana jak na tacy.
Nie!
Louis oparł się o ścianę, zaciskając mocno oczy, gdy wizja Harry'ego w objęciach jednej z tych kobiet stała się zbyt paląca. Nie powinien o tym myśleć! Nie może!
- Dobry wieczór. - Usłyszał dziewczęcy głos.
Drgnął i szybko uniósł powieki. W stłumionym świetle, w jakim skąpany był korytarz na piętrze, Louis dostrzegł jedną z przybyłych dziewcząt. Miała na sobie czerwono-czarną suknię, mocno już rozsznurowaną przy dekolcie, a w brązowe włosy wpięty kwiat orchidei. Uśmiechała się do niego zalotnie.
- Nie czuje się pan samotny? - Podeszła bliżej.
- Nieszczególnie – bąknął Louis. - Właśnie szukałem...
- Mnie? - zatrzepotała rzęsami. Mimo, iż trudniła się takim a nie innym procederem, w tej chwili na jej twarzy wypisana była cała niewinność tego świata.
- Swojego kuzyna – sprecyzował Louis. - Nie widziała go pani? Młody chłopak z kręconymi włosami...
- Niewątpliwie jest teraz zajęty – zachichotała, ale dla Louisa jej słowa były niczym zdzielenie z bicza. - A pan wygląda na bardzo samotnego.
- Myli się pani, panno...
- ...Eliso. I proszę mi mówić po imieniu.
Jej dłoń wylądował u podstawy szyi Louisa i zaczęła igrać kołnierzykiem jego koszuli. Ciemne oczy dziewczyny błyszczały w stłumionym świetle dwóch lampek elektrycznych, zamontowanych na ścianach.
- Chętnie umilę panu dzisiejszą noc. - Ciepły oddech połaskotał szyję Louisa.
- Eliso... ekhm, to nie jest dobry pomysł. Mam... narzeczoną... - To była pierwsza wymówka, jaka przyszła mu do głowy.
- Jak większość z tu obecnych – uśmiechnęła się dziewczyna. - Ale jedno nie przeszkadza drugiemu.
Louis nie był naiwny. Doskonale zdawał sobie sprawę, że znaczny odsetek angielskich mężczyzn – nieważne, czy wolnych, zaręczonych czy żonatych – odwiedza prostytutki. To była powszechna praktyka. Żony istniały po to, by rodzić dzieci i pilnować domowego ogniska, natomiast przyjemności i rozrywki szukało się gdzie indziej. Jednak Louis nie chciał być hipokrytą. Raz dał się namówić i...
Z parteru dał się słyszeć odgłos tłuczonego szkła i kobiecy śmiech, natomiast z któregoś z zamkniętych pokojów co jakiś czas dobiegały stłumione głosy i chichoty.
- Jest pan takim przystojnym mężczyzną. - Głos Elisy stawał się coraz bardziej uwodzicielski. - To grzech, by został pan sam dzisiejszej nocy.
Louis sam nie wiedział, w jaki sposób nagle znalazł się za drzwiami pokoju, przed którym jeszcze dosłownie kilkanaście sekund wcześniej oboje stali. Zaczynało mu się kręcić w głowie.
Za dużo alkoholu...
Na dodatek Elisa pachniała ciężkimi, orientalnymi perfumami, pudrem i jakimś dziwnym specyfikiem do włosów. Wszystko razem tworzyło mieszankę, od której czuł się niezbyt przytomny.
Dziewczyna zapaliła światło i pomieszczenie zalał mętny, żółty poblask. Pokoik musiał niegdyś należeć do którejś ze starszych sióstr Thomasa, zanim ta wyszła za mąż i wyprowadziła się, bowiem urządzony był raczej w damskim stylu.
Louis zdążył tylko rzucić pobieżne spojrzenie na wnętrze, ponieważ jego uwagę ponownie przykuła Elisa. Uśmiechając się uwodzicielsko, odsunęła się kilka kroków od chłopaka i zaczęła powoli rozwiązywać gorset sukni, zasznurowany na piersi. Louis stał jak sparaliżowany. Nie wiedział, czy uciec, czy zostać, powiedzieć coś, kazać jej ubrać się, oznajmić, że nie ma ochoty...
Bo nie miał, prawda?
Ale... wtedy, w Londynie, też nie miał, a mimo wszystko zrobił to. Dał się namówić Joshowi. Pamiętał dywan w czerwone wzory, ciemnozielone, pluszowe kanapy ze złoconymi okuciami, wino, które szumiało mu w głowie... A potem korytarz i pokój z szerokim łóżkiem. I ją.
Dorothy, przypomniał sobie. Miała na imię Dorothy.
Pamiętał, jak się rozbierała, a potem rozpinała jego koszulę. Pamiętał jej rudo-kasztanowe włosy, w które wczepiał palce... Wszystko trwało tak krótko, że na pewno nie dał jej przyjemności, ale mimo to uśmiechała się zadowolona.
Odwiedź mnie jeszcze”, mówiła, gdy ubierał się zawstydzony.
Tamtej listopadowej nocy stał się mężczyzną. Nie czuł jednak z tego powodu żadnej dumy, wręcz przeciwnie – starał się upchnąć to doświadczenie gdzieś w głębi podświadomości i nigdy nie wracać do niego myślami. Josh lubił się przechwalać, otwarcie opowiadał o swoich licznych przygodach – płatnych i nie, natomiast Louis nigdy więcej nie powtórzył swojego wypadu do domu uciech. Nawał obowiązków był jedną kwestią, chęć dochowania wierności Eleanor (mimo, że formalnie nie łączyły ich jeszcze zaręczyny), drugą, natomiast trzecią i być może najważniejszą, brak chęci.
Louis w swoim pragmatycznym podejściu do życia nie rozpamiętywał tego, co się stało. Nauczył się o tym nie myśleć. Ale całe doświadczenie pozostawiło w nim wspomnienie czegoś niewłaściwego, lepkiego, brudnego... Na dodatek wypranego z emocji i prawdziwego zaangażowania.
Dorothy naturalnie już nie odwiedził.
Natomiast wspomnienie tamtych chwil powróciło z całą siłą, gdy Elisa rozbierała się przed nim. Była bardzo ładną i pociągającą kobietą, obdarzoną szczupłą talią i pełnymi, jędrnymi piersiami, a mimo to nie czuł ku niej żadnego pożądania.
Widząc niezdecydowanie Louisa, dziewczyna podeszła do niego, lekko kołysząc biodrami.
- Nie podobają się panu widoki?
Louis przełknął ślinę.
- Jesteś piękną kobietą, ale...
- Chcę sprawić panu przyjemność – szepnęła, przytulając się do Louisa i owiewając jego szyję gorącym oddechem. Chłopak poczuł przez koszulę miękkość i ciepło jej piersi. - Czy nie tego pan oczekuje?
W zasadzie nic by się nie stało, gdybym...
Ale nie pragnął jej. Kleiła się do niego półnaga, młoda kobieta, a on nie czuł w żyłach żadnego ognia. Nie czuł nawet prymitywnej fizycznej potrzeby. Elisa chyba to zauważyła, bo zaczęła poruszać biodrami, chcąc go podniecić. Syknął, a ona odebrała to jako zachętę do dalszych działań, bo jej dłonie znalazły się szybko w okolicach paska do spodni Louisa i zaczęły igrać z klamrą.
Louis przygryzł wargę. Czuł się koszmarnie, wiedząc, że jego ciało nie reaguje na jej zabiegi. A jeszcze koszmarniejsza była świadomość, że w ogóle dopuścił do takiej sytuacji. W tym wszystkim było coś sztucznego, płytkiego, toksycznego... Nagle ogarnęło go poczucie wstrętu.
- Przepraszam, ale nic z tego nie będzie. - Odsunął się, poprawiając koszulę i zapięcie spodni. - Nie powinno mnie tutaj być.
- Możemy zacząć powoli – uśmiechnęła się Elisa, źle odczytując jego słowa. - Znam kilka przyjemnych sztuczek.
- Zatem wypróbuj je na kimś innym. - Louisa zaczęła już irytować nachalność dziewczyny. - Chętnych tu nie brakuje. Żegnaj.
Nie mówiąc już nic więcej, wyszedł z pokoju, zostawiając za drzwiami zdezorientowaną, półnagą Elisę. Cała ta sytuacja sprawiła, że było mu niedobrze. Czuł wściekłość, że w ogóle przyjechał na tą imprezę, że pił, że dał się obmacywać tej ladacznicy. Ten wieczór od samego początku był jedną wielką pomyłką.
I gdzie, do cholery, podział się Harry?!
Louis zbiegł po schodach, zdeterminowany, by odnaleźć Stylesa, nawet gdyby miał przetrząsnąć dom od piwnic po dach, przeszkadzając po drodze kilku zajętym sobą parkom. Chciał zabrać Harry'ego (choćby wywlec go nagiego z pościeli!) i wracać do Castamere. Dla niego impreza była skończona.
W salonie na dole zastał Simona Rothschilda, kiwającego się smętnie nad kolejną porcją absyntu. Stół zasłany był rozbitym szkłem i rozlaną whiskey, a Rothschild znajdował się już w znacznym oddaleniu do rzeczywistości. Przyglądał się tępo zawartości kieliszka i mamrotał coś do siebie, nie zwracając uwagi na kanapę, gdzie Gilbert Grant kołysał na kolanach ciemnowłosą dziewczynę, chyba Fanny albo Kathy. Kobieta chichotała, gdy Grant raz za razem zanurzał twarz w jej rozchełstanym dekolcie.
- Nie widziałeś Harry'ego? - Louis zagadnął Simona. Granta i jego rozrywki wolał zostawić w spokoju.
Rothschild podniósł nieprzytomny wzrok.
- Harry'ego...?
- Mojego kuzyna – zniecierpliwił się Louis. - Wysoki, kręcone włosy... Cholera jasna, przez godzinę siedzieliście razem nad tym zielonym gównem, a teraz go nie kojarzysz?!
- Nie kojarzę... - bąknął Simon, nic sobie nie robiąc z podniesionego głosu Louisa.
- Daj mu spokój – odezwał się rozbawiony Gilbert Grant, chwilowo odrywając się od piersi swojej towarzyszki. - Jest zajęty pieprzeniem się ze swojej ukochaną zieloną wróżką.
Półprzytomny Simon pokiwał tylko głową, za to siedząca Grantowi na kolanach dziewczyna wybuchnęła śmiechem. Louis zazgrzytał zębami. Miał dość całego tego burdelu!
- Niech was wszystkich szlag – syknął.
Złapał swoją marynarkę i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Była już głęboka noc. Na ganku paliły się pomarańczowe lampiony, natomiast droga dojazdowa i cała reszta otoczenia tonęła w mroku, nie licząc bladego poblasku księżyca.
Louis odetchnął głęboko chłodnym nocnym powietrzem, usiłując stłumić w sobie wściekłość. Dobrze mu to zrobiło po godzinach przebywania w dusznym pomieszczeniu, wypełnionym mieszaniną zapachów alkoholu, papierosów, potu i perfum.
- Jeśli szukasz Harry'ego, poszedł sobie.
Louis drgnął i spojrzał w lewo, skąd dochodził głos.
Na jednym z wiklinowych foteli, opierając stopy o balustradę, siedział Liam Payne. Palił papierosa. Louis szybko uzmysłowił sobie, że od dawna już nie wiedział przyjaciela Thomasa. W zasadzie od momentu, gdy przyjechały „damy” Madame Rose.
- Twój kuzyn, Harry – mówił Liam, wypuszczając z ust kolejną chmurkę dymu i nie spoglądając na Louisa. - Poszedł jakieś dwadzieścia minut temu.
- Dokąd poszedł?
- Chyba do domu. W każdym razie tak mówił, chociaż był pijany. Że wraca do domu.
- Do Castamere?
- A bo ja wiem, co on uważa za dom? - Liam przewrócił oczami, uśmiechając się nieco ironicznie. Wreszcie spojrzał na Louisa. - Tyle zdążyłem usłyszeć.
- Co mu się stało? - Louisowi zimny dreszcz przebiegł po plecach. - Przecież mieliśmy wracać razem. Mieliśmy...
- Ale Harry najwyraźniej zmienił zdanie – wpadł mu w słowo Liam. - Gdy zniknąłeś w drugim salonie z Thomasem i tą jego lalą, Harry zabrał się za opróżnianie kolejnych kieliszków. W szybkim raczej tempie. Potem z nim rozmawiałem. A potem wybiegł i nie zdołałem go zatrzymać.
- Jak to... jak to wybiegł? - Louis nic z tego nie rozumiał. - Liam, do cholery jasnej, co ty mu powiedziałeś?
- Nic nadzwyczajnego. Tylko, że wiem, co czuje, bo to widać na kilometr, i że ma się nie bać.
Louis stanął jak wryty. Co ten Liam chrzanił, na litość boską? Spił się? Upalił opium? Raczej nie, wyglądał na zupełnie przytomnego i świadomego wypowiadanych słów.
- O czym ty mówisz?
- Jezu, Louis, jesteście obaj takimi idiotami! - Payne wstał z fotela i podszedł do Tomlinsona. - Ale Harry przynajmniej wie, kim się czuje i nie odgrywa żałosnej komedii częściej niż musi. Ale ty... Powiedz mi, zabawiłeś się dzisiaj z którąś z tych panienek? A w ogóle kiedykolwiek? Wiem, wiem, masz piękną, słodziutką narzeczoną, ale czy kiedyś robiłeś z nią coś więcej niż trzymanie za rączkę na ukwieconej łące? Miałeś kiedykolwiek ochotę ją przelecieć? Albo inną babę? Założę się, że odpowiedź na wszystkie te pytania brzmi „nie”. A nawet jeśli kiedyś coś przeżyłeś, to tylko dlatego, że jeszcze nie wiesz, kim jesteś i co cię rajcuje.
- Co ty do cholery, sugerujesz, co?! - Louis cały się trząsł. Ta monolog Liama był pokręcony i nienormalny.
- Nie muszę nic sugerować, bo mam oczy. Wystarczyło mi pół godziny obserwacji, gdy weszliście obaj do salonu. Wasz wzrok... To, jak się pilnujecie nawzajem. Jak czujecie się o siebie zazdrośni... Inni są ślepi, ale ja jestem dobrym psychologiem i obserwatorem. I umiem dodać dwa do dwóch.
- Bredzisz! - wściekł się nie na żarty Louis, jednocześnie rozglądając się wokół, czy przypadkiem nikt nie podsłuchuje. - Mnie i Harry'ego nie łączy żaden... żadna tego typu relacja.
Starał się opanować i zachować zimną krew, ale średnio mu wychodziło. Słowa Liama sprawiały, że było mu na przemian gorąco i zimno, a na plecach czuł spływający stróżkami pot.
- Tylko dlatego, że ty jeszcze nie uświadomiłeś sobie, kim jesteś – nie ustępował Liam. Jego głos stał się nagle bardziej miękki i pełen wyrozumiałości. - Powiedziałem Harry'emu, by się nie bał i zaryzykował, bo inaczej nigdy się nie przekona i zawsze będzie żałował. A ty, Louis, otwórz oczy i nie bój się siebie. Ja was nie zdradzę, nie obawiaj się. Zresztą nie będę tutaj długo.
- Łżesz! - syknął Louis. - Wszystko, co mówisz, jest kłamstwem. Harry to mój kuzyn i nic więcej. Zapamiętaj to sobie.
Zbiegł ze schodów, zostawiając Liama samego na ganku. Cały się trząsł, idąc przez trawnik w kierunku bramy. W głowie mu szumiało.
To, co przed chwilą usłyszał, to nieprawda! On nigdy... I Harry nie...
- Nie bój się siebie, Louis – usłyszał jeszcze, gdy znikał w ciemności.

______________________

 
Jeszcze tak gwoli wyjaśnienia. Może trochę dziwny i niesmaczny wyda się Wam motyw Louisa przeżywającego swój „pierwszy raz” z londyńską prostytutką, ale w tamtych czasach było to zjawisko dość powszechne. W XIX-wiecznej Anglii niby obowiązywały sztywne rygory moralne (osławiona wiktoriańska moralność), a prostytucja kwitła na gigantyczną skalę. I wielu zamożnych młodych mężczyzn przeżywało swoją inicjację z kobietami lekkich obyczajów, służącymi itp. A Louis mający „prawdziwy” romans nie pasował z kolei do fabuły :P

wtorek, 29 lipca 2014

Rozdział 6: Strach (cz. 1)

 
Dzisiaj będzie bez zbędnych wstępów, bo jestem trochę zmęczona. Dzięki, że jesteście i czytacie. Dzięki Wam mam poczucie, że nie piszę tego zupełnie dla siebie, bo już dawno straciłabym ochotę.
Mam wrażenie, że ten rozdział nie wychodzi mi tak, jak sobie pierwotnie zaplanowałam, a szkoda, bo gdy wymyślałam poszczególne sceny, impreza u Thomasa była jedną z moich ulubionych. Eh, zapomniałam sporo szczegółów, niestety :/ No nic, i tak najważniejsza w kontekście całości będzie jej końcówka, ale o tym na razie cicho sza. 
Rozmowa Louisa z Harrym w drodze wydaje się trochę od czapy, ale musiałam ją gdzieś wcisnąć. To będzie ważne później. Pierwotnie te informacje miał być włączone gdzieś wcześniej, jednak tekst nie poukładał się tak, jak bym chciała :P
Okej, już nie truję.  
Pozdrawiam Was serdecznie :*

Rozdział 6

STRACH

*    *    *


Louis miał nadzieję, że wieczór spędzony w towarzystwie znajomych będzie dla niego miłą odskocznią. Żadnych sztywnych reguł, zapiętych pod samą szyję kołnierzyków i oceniających spojrzeń „towarzystwa”. Wyłącznie męskie grono, niemal wszyscy w wieku zbliżonym do niego samego. Zapewne poleje się sporo alkoholu, a niektórzy wyjdą z uszczuplonymi portfelami, mając tego wieczora pecha w kartach.
Młody Tomlinson żałował, że w okolicy nie mieszka już Martin Wilson. Ale niestety dwudziestoczterolatek, jeden z najlepszych znajomych Louisa, wdał się charakterem w swego ojca utracjusza i we dwójkę przepuścili rodzinny majątek. Willa poszła pod młotek, a tego, co zostało po spłaceniu długów, ledwo wystarczyło na zakup mieszkania w kamienicy w Birmingham. Martin wyjechał na dobre, a Louis stracił jednego ze swych najlepszych znajomych.
Za to przepustkę wojskową dostał inny dobry kolega Louisa, Thomas MacPherson, który, mimo iż kariera w armii była jego własnym wyborem, postanowił najwyraźniej odreagować wojskowy dryl organizując imprezę dla przyjaciół.
Ale jeśli Louis sądził, że tego wieczoru odpocznie od wszystkich swoich niespokojnych myśli, pomylił się z kretesem. Okazało się bowiem, że Thomas dwa dni wcześniej poznał w barze w Oadby nikogo innego jak Harry'ego Stylesa, zaznajomili się i MacPherson zaprosił młodego Amerykanina na swoje przyjęcie. Louis, gdy się o tym dowiedział, przeklinał fatalny zbieg okoliczności, ale przecież nie mógł oświadczyć, że wolałby bawić się bez Harry'ego. Zatem ciepłego lipcowego wieczoru obaj jechali samochodem Louisa po domu MacPhersonów, położonego około trzech mil drogi od Castamere.
- Zapowiada się ostra impreza, czy raczej będziemy siedzieć ze szklaneczkami whiskey w dłoniach i rozmawiać o tenisie? - zapytał Harry, ze swoim charakterystycznym szelmowskim uśmiechem na ustach.
- Zależy, co dla ciebie oznacza termin „ostra impreza”? - Louis nie patrzył na niego, skoncentrowany na drodze, która w tym miejscu była wyjątkowo wyboista. - Thomas jest rozrywkowy, ale nie tak jak Martin Wilson. On miał już zakaz wstępu do połowy lokalów w Leicester i okolicach. Pomijając już to, że w większości narobił długów.
Harry parsknął śmiechem.
- Ja nie jestem szczególnie imprezowy – powiedział po chwili. - Chociaż w Londynie, w Horan's House...
- Horan's House? - wpadł mu w słowo Louis. - A cóż to takiego?
- Zanim przyjechałem do Castamere – Harry rozłożył się wygodnie na siedzeniu – zatrzymałem się przez kilka dni w Londynie. Chciałem zwiedzić miasto. Mój fundusz niby pozwalał na wynajęcie pokoju w hotelu, ale przypadkiem poznałem na dworcu bardzo sympatycznego chłopaka, Irlandczyka o imieniu Niall. Jego matka, Maura Horan, prowadzi na Tolletstreet lokal pod nazwą Horan's House. Oficjalnie jest to bar z alkoholem i muzyką, ale oferuje też pewne dodatkowe atrakcje, jeśli wiesz, co mam na myśli...
Louis kiwnął głową. Nietrudno było się domyślić. Funkcjonowanie domów publicznych było w Londynie i innych wielkich miastach czymś absolutnie normalnym, a prostytucja pleniła się na ogromną skalę, pomimo oficjalnie obowiązujących sztywnych norm moralnych. Wiele lokali – od tych najbardziej wykwintnych po tanie speluny nad brzegami Tamizy – zapewniało męskiej klienteli tego typu atrakcje.
- ...I Niall powiedział, że jego matka na pewno chętnie wynajmie mi pokój, bo po co marnować pieniądze na hotele.
- Mieszkałeś... w burdelu? - Louis wytrzeszczył oczy.
- Oj tam od razu w burdelu! - prychnął Harry. - Maura miała pięć dziewczyn, ale więcej zysków czerpała z baru niż ich usług. Tam były imprezy, mówię ci! Piwo lało się strumieniami. Czasem wieczorami przygrywałem gościom na pianinie, nic ambitnego naturalnie, takie tam głupawe piosenki do tańca, ale było wesoło. A sam Niall to kapitalny człowiek! Aż żałowałem, że muszę przyjeżdżać tutaj. Obiecałem, że jak jeszcze kiedyś będę w Londynie, to na pewno ich odwiedzę.
- Wyrwałeś się z domu i od razu zaszalałeś – uśmiechnął się Louis.
- Po prostu trafiłem na świetnych ludzi. A Maura była zadowolona, bo, nie pochlebiając sobie, gram na pianinie lepiej niż człowiek, którego zwykle tam zatrudniają. Polubiłem ją, Nialla, dziewczyny...
Palce Louisa niemal bezwiednie zacisnęły się mocniej na kierownicy. Myśl o Harrym zawiązującym bliższą znajomość z jakimiś londyńskimi panienkami do towarzystwa sprawiała, że coś nieprzyjemnie paliło go we wnętrzu. To była okropna perspektywa.
- Myślę, że nieźle się bawiłeś – mruknął.
- Nie w tym sensie, o jakim zapewne w tym momencie myślisz. - Harry posłał mu psotne, a jednocześnie uważne spojrzenie. - Nie byłem zainteresowany, jeśli można to tak nazwać.
Louis nie zdążył już powiedzieć nic więcej, bowiem za zakrętem ukazał się właśnie dom MacPhersonów. Mniejszy i skromniejszy niż Castamere, ale za to z imponującym podjazdem wysypanym drobnymi, białymi kamyczkami. Na trawniku przed gankiem wygrzewały się dwa zadbane charty, które obrzuciły samochód Louisa czujnym spojrzeniem. Na werandzie zapalono pomarańczowe lampiony, mimo iż słońce jeszcze nie zniknęło zupełnie za linią horyzontu.
- Nie przepadam za psami – mruknął Harry, wysiadając z auta i nieufnie spoglądając na charty. - Nigdy nie wiadomo, co zrobią i komu wytargają dupę.
Louis nie odpowiedział, ponieważ drzwi domostwa właśnie się otworzyły i stanął w nich młody mężczyzna, mniej więcej w wieku Louisa. Ubrany z umiarkowaną elegancją, pod szyją miał fantazyjnie zawiązaną bordową chustkę.
- I zajechała wielka nadzieja londyńskiej palestry, mecenas Louis William Tomlinson! - oznajmił tonem, jakby przedstawiał światu nowego papieża. - Zadał należnego szyku w swym automobilu, by zawstydzić prostaczków, którzy nadal zmuszeni są wlec się na starych chabetach!
Louis przewrócił oczami. Thomas nic a nic się nie zmienił przez ostatnie pół roku. Zawsze był głośny i lubił zwracać na siebie uwagę, również za pomocą wydumanych tekstów. Ale w jego zachowaniu i słowach nie było złośliwości, miał po prostu taki otwarty sposób bycia.
- Lepszego anonsu nie mógłbym sobie życzyć – zaśmiał się Louis. Podszedł do przyjaciela i objął go na powitanie. - Dobrze cię widzieć.
- Mi ciebie też. Boże, już myślałem, że się nie wyrwę z pułku! Stęskniłem się za naszą starą, poczciwą prowincją. Harry, witaj!
Thomas i Harry uścisnęli sobie dłonie.
- Dzięki za zaproszenie.
- Nie ma sprawy. Mało tu równie ciekawych osobistości.
Louis nieco zmarszczył brwi. Skoro Thomas mówi o Harrym jako o ciekawej osobistości, znaczy, że musiał go nieźle poznać. Ale Harry nigdy nie wspominał o ich spotkaniu – bądź spotkaniach – w Oadby. Fakt faktem, ostatnio nie spędzali już ze sobą tyle czasu, jak w pierwszych dniach po powrocie Louisa do Castamere, jednak Tomlinsonowi wydało się nieco dziwne, dlaczego kuzyn nigdy ani słowem nie zająknął się o nowej znajomości nawiązanej w Anglii. Z drugiej strony, może nie powinien być zdziwiony? Wszak parę minut temu dowiedział się, że Harry przed przybyciem do Castamere pomieszkiwał przez kilka dni w londyńskim burdelu.
- Panowie, zapraszam na salony. - Thomas otworzył przed Harrym i Louisem drzwi zamaszystym gestem. - Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić. Nie dopuszczę, by było inaczej, ha!
Harry, wkraczając do hallu miał dziwne wrażenie, że wchodzi do paszczy lwa.


*


Towarzystwo liczyło w sumie dziewięciu młodych mężczyzn. Louis mniej lub bardziej znał wszystkich poza jednym. Okazało się, że to kolega Thomasa z armii, którego MacPherson zaprosił do siebie na wakacje.
- Liam Payne. - Thomas przedstawił nieznajomego. - Człowiek tak porządny, jak to tylko możliwe. Głos rozsądku, który pilnuje, żebym nie pakował się w tarapaty.
- Czasem mam wrażenie, że to syzyfowa praca – zaśmiał się Liam, jednocześnie ściskając dłoń Louisa.
- Louis Tomlinson.
- Harry Styles.
- Nie pochodzisz z Anglii, prawda?
- Nie, przyjechałem z Bostonu. Thomas ci mówił?
- Poznałem po akcencie.
Liam był zupełnym przeciwieństwem ekspansywnego, głośnego Thomasa. Sympatyczny szatyn o ciepłych, brązowych oczach imponował rozwagą, spokojem i cennymi spostrzeżeniami. Jednocześnie nie był w najmniejszym nawet stopniu zarozumiały. Louis od razu poczuł do niego sympatię, nawet jeśli po pewnym czasie zaczęło mu się wydawać, że chłopak nieco zbyt czujnie przygląda się jemu i Harry'emu. Zastanawiał się, co też jest tego powodem.
Liam był też jedynym poza Louisem i Harrym, który mało pił. Pozostali bowiem nie szczędzili sobie osuszania kolejnych butelek, a tempo, w jakim to robili, groziło, że do rana słynna na całą okolicę piwniczka Stevena MacPhersona, ojca Thomasa, zostanie pusta.
- Lou, a ty jak zwykle trzymasz szyk. - Mocno już podchmielony Thomas uwiesił się na szyi Louisa. - Nie bój się, wujek cię tu nie zobaczy i nie wyrzuci z kancelarii.
Louis przewrócił oczami.
- Panowie, whiskey dla mojego przyjaciela! - zakrzyknął mężczyzna. - I nie obawiajcie się. Jak kiedyś narobicie głupot po pijaku, on was wybroni przed sądem!
Louisowi nie chciało się tłumaczy, że zostanie notariuszem, nie adwokatem. Thomas był zdecydowanie zbyt pijany, by pojąć tego typu niuanse.
- Harry, ty też strzel sobie kolejeczkę!
Harry uśmiechnął się półgębkiem i wziął szklankę z brązowym płynem, ale ledwie umoczył usta. Widać było, że bardzo się kontroluje.
- Wy wszyscy w tych Stanach tacy powściągliwi? - zaśmiał się młody brunet, którego Thomas przedstawił jako Gilberta Granta. - Jak wam się udało podbić cały kontynent przy takim braku polotu?
- Harry ma wystarczająco dużo wyobraźni, zaręczam – odezwał się Louis.
- A w jaki sposób ci to udowodnił? - zakpił Gilbert i całe podchmielone towarzystwo wybuchnęło śmiechem.
Harry nic nie odpowiedział, tylko odstawił szklankę i wyszedł, odprowadzany zaciekawionym wzrokiem Liama Payne'a.
W drugiem, mniejszym saloniku zastał dwóch innych młodych mężczyzn, pochylonych nad okrągłym stoliczkiem. Jak dobrze pamiętał, jednym z nich był Hugh Oldwood Jr., bogaty dziedzic sieci kopalń srebra, a drugim Simon Rothschild, jakaś dziesiąta woda po kisielu tych Rothschildów, który jednak wyssał z mlekiem przodków talent do „robienia pieniędzy”. Jednak patrząc na nich w tym momencie, można by raczej uznać, że to dwóch przedstawicieli paryskiej bohemy, których nic a nic nie obchodzą kopalnie, banki, rodzina i tym podobne sprawy. Panowie zajęci byli w najlepsze piciem absyntu i przyrządzaniem kolejnych jego porcji.
- Nie przeszkadzam?
- Harry... - Hugh Oldwood podniósł niezbyt przytomny wzrok. - Skosztujesz?
- Zielona wróżka – zachichotał jego towarzysz. - Można zobaczyć po niej cuda.
Harry podszedł do stoliczka.
- Piłeś kiedyś? - zapytał Hugh.
- Raz, w Londynie – odparł. Nie kłamał. Niall wyznał mu kiedyś, że nigdy nie pił absyntu, a od dawna chciał skosztować. Harry zabrał go zatem do lokalu, gdzie serwowano ów trunek i postawił kolejkę. Jeżeli jednak Niall spodziewał się oszałamiających halucynacji i wizji, srogo się zawiódł. Zwyczajnie się uchlał, a następnego dnia cierpiał na potężnego kaca, za co dodatkowo zebrał burę od matki.
Harry przysiadł się do Oldwooda i Rothschilda. W sumie co mu zależy? Za whiskey nigdy nie przepadał, a tego wieczoru raczej nie dało się przeżyć na trzeźwo.
- Wpadnie w objęcia zielonej wróżki – zachichotał ponownie Simon. - Och, jej pocałunki są takie słodkie...
- Daj, ja to zrobię – powiedział Harry, widząc, że jego nowy znajomy nie jest w stanie przyrządzić trunku, nie rozlewając wszystkiego. Nalał do kieliszka odpowiednią ilość zielonego alkoholu, po czym na ażurowej łyżeczce umieścił kostkę cukru, stopniowo polewając ją wodą, tak, by roztwór ściekał do kieliszka.
- Zna się na robocie – rozpromienił się Hugh, bardziej trzeźwy z tej dwójki. - Brawo, chłopcze! Byłeś kiedyś w Paryżu?
- Dopiero się wybieram.
- Nie mówiłeś mi o tym. - Od drzwi dobiegł znajomy głos. Harry tylko nieznacznie drgnął.
Louis.
- Ty też mi o wielu rzeczach nie mówisz – odparł. Zamieszał łyżeczką w kieliszku, jako że cukier cały się już stopił. Gotowy trunek przybrał jasnozielony kolor o mętnej konsystencji. - Dlaczego ja miałbym nie posiadać tajemnic?
Louis zmarszczył brwi. Te zmiany nastrojów Harry'ego... W jednej chwili potrafił być wesoły i gadatliwy, a już parę minut później stawał się oschły albo milczał uparcie. I ciężko było uchwycić przyczynę tych zmian.
- Zielonej wróżce możesz powierzyć wszystkie tajemnice – wciął się rozłożony na kanapie Simon. - Ona zawsze cię wysłucha...
- Nie powinieneś tyle tego pić. - Louis podszedł bliżej, chwilowo ignorując Harry'ego. - Absynt miesza ludziom w głowach.
Ojciec Louisa był zajadłym wrogiem tego trunku. Absynt kojarzył mu się ze wszystkim co najgorsze – francuską bohemą artystyczną, upadkiem moralnym, ulicznymi awanturami, brakiem poszanowania dla tradycji. Dla typowego angielskiego konserwatysty, jakim był George Tomlinson, alkohol ów był nie do przyjęcia. Louis był bardziej liberalny, ale też do pewnych wynalazków podchodził z dystansem.
- Daj spokój, Louis. - Harry zabrał się za przygotowywanie kolejnej porcji. - Nie naskarżę na ciebie w domu.
- Dokładnie – dodał rozbawiony Hugh. - Co dzieje się u Thomasa, zostaje u Thomasa. Twój ojciec się nie dowie. Słodka narzeczona również.
Harry pociągnął szybki łyk ze swojego kieliszka.
- Wypij. - Podał Louisowi drugi. - Na tę jedną noc zapomnij o wszystkim.
Louis przyjął poczęstunek, spoglądając na Harry'ego dziwnie. W przytłumionym świetle oczy chłopaka były bardziej zielone niż absynt.

piątek, 27 czerwca 2014

Rozdział 5: Pytania bez odpowiedzi (cz. 3)

Tragedia, naprawdę. Jeśli ktokolwiek jeszcze zagląda na tego bloga, chciałam serdecznie przeprosić za swoją prawie trzymiesięczną nieobecność. Złożyło się na to wiele czynników, nie chce mi się o nich pisać.
Powrót – czyli poniższy odcinek – jest raczej słaby w moim mniemaniu, ale obiecuję, że to już ostatni odcinek nudów ;) Od przyszłego rozdziału będzie ciekawiej i bardziej emocjonująco, przede wszystkim na linii Louis – Harry ;)
Pozdrawiam wszystkich czytających:)))


*    *    *


- Eleanor, jesteś gotowa?
Ciemnowłosa dziewczyna, stojąca przed lustrem, poprawiła włosy, upięte pod lekkim kapeluszem. Wyglądała bardzo elegancko, ubrana w piaskową sukienkę, która ładnie kontrastowała z jej brązowymi lokami.
- Tak, mamo, już idę. - Wrzuciła kilka drobiazgów do torebki.
- Eleanor, czy coś się stało? Wyglądasz na zdenerwowaną.
- Nie, skąd ten pomysł. - Nerwowe ruchy dziewczyny przeczyły jej słowom. - Wszystko jest w porządku.
- Dziecko drogie, nie oszukasz mnie. - Kobieta, bardzo podobna do Eleanor, podeszła bliżej do córki, układającej biżuterię i kosmetyki na toaletce. - Źle się czujesz? Nie chcesz jechać do Tomlinsonów?
- Oczywiście, że chcę. Po prostu... trochę boli mnie głowa.
- Może powiem Kathy, żeby przyniosła ci jakieś proszki?
- Nie, naprawdę nie trzeba, mamo, to przejdzie. Czy... hmm... wiesz może, kto będzie u Tomlinsonów?
- Oprócz nas, Lloydowie, Allenowie oraz pastor Cox z żoną. A dlaczego pytasz?
Eleanor usiłowała uniknąć wzroku matki, ale Frances Calder nie na darmo wychowywała cztery córki. Dziewczęce półsłówka, gesty i miny miała opanowane do perfekcji.
- Eleanor, powiedz mi, o co tutaj chodzi? - zapytała ostrzej. - Jeśli jest jakikolwiek powód twojej niechęci do spędzenia tego popołudnia u Tomlinsonów, chcę go poznać. Czy Louis w jakiś sposób cię uraził?
- Nie, oczywiście, że nie – zaprzeczyła dziewczyna gorąco. Drobną sytuację z niedawnej kolacji u przyszłych teściów, kiedy to Louis nie wykazywał wystarczającego zainteresowania jej talentem muzycznym, puściła już w niepamięć. Nie była małostkowa. - Po prostu... nie mam ochoty spotkać jego kuzyna.
Pani Calder zmarszczyła brwi.
- Tego młodego Stylesa ze Stanów?
Eleanor kiwnęła głową, unikając spojrzenia matki. Poprawiała kapelusz, patrząc w lustro.
- Zrobił coś niestosownego? Źle się zachował w stosunku do ciebie?
Frances Calder nie miała wielkiej styczności z chłopakiem goszczącym u Tomlinsonów. Widziała go raptem trzy razy – na pikniku, kilka dni temu na kolacji oraz gdy wraz z córką odwiedziły Louisa po skręceniu przez niego nogi. Harry Styles wydawał się jej dobrze wychowanym młodym człowiekiem, nawet jeśli widoczny był jego lekki dystans do wszystkiego co go otaczało i do ludzi, z którymi spędzał czas. Z tym większym zdziwieniem przyjęła słowa Eleanor.
- Po prostu nie czuję się dobrze w jego obecności – powiedziała dziewczyna wymijająco. Nie miała ochoty zwierzać się matce ze szczegółów wieczornej rozmowy z Harrym w altanie. Obiecała sobie, że nie powie nikomu. Ani rodzicom, ani Louisowi, ani nikomu innemu. Na zawsze zachowa szczegóły tej upokarzającej konwersacji dla siebie.
- Ale zrobił coś konkretnego, że tak się czujesz? - dopytywała pani Calder.
- Mam wrażenie, że on w dyskretny sposób się ze mnie naśmiewa – odparła, chcąc jakoś wybrnąć. Nie miała pojęcia, że powtarza niemal dokładnie słowa Charlotte. - Jakby uważał mnie za bezwartościową, głupią i... i niegodną Louisa – zakończyła niemal szeptem.
- Niegodną Louisa? - Farnces otworzyła szeroko oczy. - A co to znowu za wymysły! Jakim cudem daleki kuzyn, którego Louis zna raptem kilka tygodni, ma decydować o podobnych kwestiach? Wydaje mi się, że przesadzasz. Nie sądzę, by Louis aż tak liczył się z jego zdaniem. Nawet zakładając, że faktycznie chłopak wtyka nos w te sprawy.
- Może masz rację, mamo. - Eleanor najwyraźniej uznała, że rozmowa nie ma sensu. Jeśli nie zdradzi matce szczegółów spotkania w altanie, czego robić nie zamierzała, nie przekona jej. Sama spostrzeżenia i wrażenia to za mało. - Może tylko wmawiam to sobie.
- Eleanor – pani Calder delikatnie ujęła córkę pod brodę – wiem, że zależy ci na Louisie. Nam, nie ukrywam, też. To wyśmienita partia. Rozumiem, że dużo lepiej poczujesz się po ślubie, albo chociażby po zaręczynach, ale naprawdę uważam, że nie masz czego się obawiać. Louis jest mądrym, odpowiedzialnym mężczyzną, a jego rodzice popierają wasz mariaż. To jest twoja gwarancja. I żaden przybyły ze Stanów daleki krewny nie zmieni tego stanu rzeczy, nie będzie miał wpływu na decyzje podejmowane w tej rodzinie. Możesz być spokojna.
Eleanor odetchnęła lekko. Faktycznie, może niepotrzebnie denerwuje się i przejmuje. Harry Styles może sobie gadać co chce, ale nie ma żadnej realnej możliwości, by cokolwiek pozmieniać na linii Tomlinsonowie – Calderowie. Przyjechał, pojedzie, a rzeczy zostaną po staremu i to, co było postanowione dawno temu, dojdzie do skutku. A nieszczęsna rozmowa w altanie i nieprzystojne słowa Harry'ego pozostaną jedynie bladym wspomnieniem.
Uśmiechnęła się lekko.
- Zaraz lepiej – powiedziała Fances. - Nie przejmuj się takimi drobnostkami. A ze swojej strony dopilnuję, byś miała jak najmniej sposobności zetknięcia się z tym chłopakiem, skoro źle się czujesz w jego obecności.
- Dziękuję, mamo.
- Jesteś piękną, dystyngowaną kobietą. - Położyła córce dłonie na ramionach, spoglądając na jej odbicie w lustrze. - Louis nie mógłby wymarzyć sobie wspanialszej żony. Ten osobnik z Bostonu niczego nie zmieni.
Frances Calder nie wiedziała, jak bardzo się myli.


*


Spotkanie u Tomlinsonów było natury towarzysko – biznesowej. Rozegrano mecz krykieta, po czym służba podała obiad w ogrodzie. Następnie kobiety w swoim gronie raczyły się kawą, a mężczyźni w swoim brandy i rozmowami o polityce, interesach i pieniądzach. Ku uldze Eleanor Harry nie był obecny, nawet go nie widziała. Za to Louis oczywiście uczestniczył w spotkaniu, ale Eleanor wydawał się dziwnie roztargniony. Często popadał w zamyślenie, w minimalnym stopniu uczestniczył w konwersacji, a jeśli ktoś bezpośrednio do niego skierował pytanie, musiał je powtarzać, by Louis zareagował. Wyglądał, jakby myślami był daleko od krykieta, zupy szpinakowej, faszerowanego bażanta, spółki handlowej ojca i całej reszty tego, czym zajmowało się towarzystwo owego słonecznego popołudnia.
Nikt jednak nawet w najśmielszych fantazjach nie mógł podejrzewać, co kryje się w głowie młodego Tomlinsona. A zajmował ją niemal w całości młody chłopak o kręconych włosach i promiennych zielonych oczach. Louis nie zapomniał o snach. Gdy tego poranka wszedł do salonu, niemal automatycznie zerknął na fortepian. Ale taboret był pusty, a całe pomieszczenie piękne, wykwintne i skąpane w lekkim świetle sączącym się z okien. Ani śladu ruiny, kurzu, zniszczonych draperii czy wybitych szyb. I ani śladu nagiego Harry'ego składającego na jego ustach erotyczny pocałunek.
- Louis... Louis, mówię do ciebie. - Jak przez mgłę przebił się do chłopaka głos matki. Tomlinson otrząsnął się z sennych wspomnień.
- Słucham, mamo. Mówiłaś coś?
- Owszem, od kilku dobrych chwil, ale ty dziś wyjątkowo bujasz w obłokach.
- Przepraszam, pisałem rano pracę na temat odpowiedzialności deliktowej i nadal zaprząta mi umysł. - Było to tylko po części kłamstwo. Louis naprawdę starał się przygotować materiały na jeden z zadanych tematów, których opracowaniem studenci mieli zająć się podczas wakacji; spędził nad tym całe przedpołudnie. Ani matka jednak, ani nikt inny nie musieli wiedzieć, że prawnicze zagadnienia zupełnie nie wchodziły mu do głowy, wypełnionej obrazami Harry'ego Stylesa i gmatwaniną sprzecznych emocji.
- Nie dyskutujmy o obowiązkach w tak przyjemne popołudnie – powiedziała lekko Frances Calder. - Prawo poczeka.
- Całkowicie się zgadzam – poparła ją Mary. - Może zabrałbyś Eleanor na spacer? Jest tak piękna pogoda.
Louis zbyt dobrze znał układy towarzyskie, by na podobną „zachętę” odpowiedzieć: nie. Podał zatem ramię przyszłej narzeczonej i oboje udali się na przechadzkę po okolicy, odprowadzani dyskretnymi spojrzeniami pozostałych.
Jedno lubił w Eleanor: nie była kapryśna i nie robiła problemów z byle czego. W zasadzie zgadzała się na wszystkie jego propozycje, więc tym razem również nie miała nic przeciwko spacerowi po łące, nie utyskując, że pobrudzi sobie buty albo ugryzie ją komar.
Pogoda była rzeczywiście cudowna. Po wczorajszej burzy nie doskwierał już upał, powietrze było ciepłe i rześkie. Eleanor niosła w dłoni beżową parasolkę, osłaniając się od słońca.
Rozmawiali w zasadzie o wszystkim i o niczym. Louis starał się koncentrować na tym, co mówi dziewczyna i odpływać zanadto myślami w kierunku Harry'ego.
Styles ponownie zniknął, jak to często miał w zwyczaju; nie było go nawet na obiedzie, co już wcześniej zakomunikował domownikom, gdy tylko dowiedział się, że przychodzą goście. Louis z jednej strony był za to wdzięczny losowi, ale z drugiej, konieczność tkwienia w nieszczególnie interesującym towarzystwie męczyła go potwornie.
- Nie tęsknisz za Londynem? - zapytała Eleanor, gdy stanęli na niewielkim wzniesieniu i spoglądali na okolicę. - Tu musi wydawać się nudno w porównaniu z wielkim miastem.
- Czasem dobrze jest odpocząć – odparł Louis. - Odciąć się od tego zgiełku, tłumów, ciągłego pośpiechu. Ale na dłuższą metę nie chciałbym prowadzić życia ziemianina. Mam nadzieję, że tobie też spodoba w Londynie.
- Z pewnością... Louis... czy tam ktoś leży?
Louis zerknął we wskazanym przez dziewczynę kierunku i serce uderzyło mu szybciej. Te kasztanowe loki poznałby wszędzie.
- Harry... - powiedział cicho.
Młody Styles leżał wśród traw, wystawiając twarz do słońca. Koszulę miał rozpiętą, a ręce założone za głowę. Być może spał. W każdym razie zdawał się nie widzieć Louisa i Eleanor.
- Zostawmy go. - Tomlinson przełknął ślinę. - Pewnie śpi.
- Dlaczego nie we własnym łóżku?
Bo jego „własne łóżko” jest tysiące kilometrów stąd, odpowiedział w myślach Louis. O ile on w ogóle gdziekolwiek ma swoje miejsce...
- Harry jest specyficzny – odparł, z trudem odrywając wzrok od sylwetki kuzyna. - Lubi wolność. Chodźmy.
Nie powiedział nic więcej. Zdecydowanie nie chciał rozmawiać z Eleanor na temat Stylesa. Musiał sam uporać się z dziwnymi uczuciami, jakie zaczynał żywić w stosunku do niego. Nikt nie mógł o tym wiedzieć, bo nikt by go nie zrozumiał, a tym bardziej nie pomógł.
- Czy ty... dobrze go znasz? - odezwała się po chwili Eleanor, gdy już szli w przeciwnym kierunku.
Louis spiął się. Nie mógł twardo oznajmić, że nie chce poruszać tematu Harry'ego, bo Eleanor wydałoby się to podejrzane. Musiał wybrnąć bardziej dyplomatycznie.
- Lubię go. - Może nawet bardziej niż powinienem. - Jest dobrym człowiekiem, nawet jeśli stara się to ukrywać pod maską sarkazmu albo znudzenia.
Louis poluzował kołnierzyk przy szyi. Było mu gorąco w koszuli i marynarce. Boże, ile by oddał, by móc teraz leżeć razem z Harrym na trawie, wystawiając nagą klatkę piersiową w stronę słońca. Być czuć chłód nadal chłodnej po nocnym deszczu ziemi, podmuchy wiatru i promienie słońca muskające skórę. By rozmawiać swobodnie, bez wymuszonej grzeczności obowiązującej względem kobiet. Tak bardzo zazdrościł Harry'emu jego nonkonformizmu i wolności.
Nikt nie jest wolny, przypomniał sobie, co powiedział kiedyś Harry. I każdy ma tajemnice.
- Wracajmy do Castamere – zdecydował. - Niedługo powinni podać podwieczorek.
Eleanor być może chciała jeszcze o coś zapytać, ale zrezygnowała. W reakcji Louisa wyczuła nerwowość, a podświadomie czuła, że nie powinna drążyć tematu. Wścibstwo nie było dobrze widziane i wiedziała, że Louis nie znosi nadmiernie ciekawskich kobiet. Bo Eleanor szczerze zależało na Tomlinsonie. Matka patrzyła na ich przyszłe małżeństwo głównie pod kątem materialnym, ale dziewczyna naprawdę chciała stworzyć z młodym prawnikiem szczęśliwy związek. Marzyła o domu, dzieciach, rodzinie. Chciała być dla niego dobrą żoną.
Louis milczał przez większość drogi powrotnej do Castamere, ale Eleanor była niemal pewna, że nie myślał o wypracowaniu prawniczym. Co zaprzątało jego myśli? Nie wiedziała.
Pytania nadal pozostawały bez odpowiedzi.